Archiwa miesięczne: Październik 2015

w imię dziecka

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

Bohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

W imię dzieckaAle to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

obce niebo

Obce niebo, reż. Dariusz Gajewski, Polska, Szwecja 2015

Zbiegły się dwa wtajemniczenia. W obu chodzi o ingerencję instytucji w los dzieci. Jestem po świeżej lekturze najnowszej powieści Iana McEwana – W imię dziecka, w której pani sędzia rozstrzyga, czy wychowywany w kręgu świadków Jehowy chłopak będzie uratowany przez transfuzję krwi, czy zgodnie z wolą rodziców ma przyjąć z pokorą wyrok choroby. Obejrzałam też film Gajewskiego, w którym o losie dziewięcioletniej dziewczynki decyduje szwedzka opieka społeczna, postanawiająca „dla dobra dziecka” odebrać Ulę rodzicom. Obie opowieści są silnie nasycone absurdem, w obu przyglądamy się roli osoby postronnej, której nadano moc sprawczą. I obie są w pewnym sensie przewidywalne: znamy argumenty świadków Jehowy (nihil novi) i domyślamy się, że skandynawskie wyczucie krzywdy bywa hiperboliczne (vide: Polowanie Thomasa Vinterberga). Dość jednoznacznie przyznajemy rację jednej ze stron. Gdyby nawet założyć, że ktoś będzie kibicował prymatowi religii nad życiem albo wyższości prawa nad miłością, to zdecydowana większość odbiorców wybierze „właściwą” opcję. Tu różnica, bo u McEwana reprezentuje ją sędzia, a u Gajewskiego – rodzice. 

Wniosek nieco paradoksalny: mimo że pytanie „kto ma rację” nie prowadzi do konfrontacji racji równoważnych, to i tak doświadczamy tragizmu o greckim rodowodzie. Tragizmu, który uświadamia, że słuszność jest na straconej pozycji, bo istnieje jakieś irracjonalne fatum, które nie wiadomo jak obejść. Co gorsza: w filmie Gajewskiego irracjonalne jest uzbrojone w czysty racjonalizm.

Obce niebo. PlakatEmocjonalny dreszczowiec. Naprawdę. Gdybym była wierna temu, co czułam, oglądając, powinnam pisać wykrzyknikami. Przerażające. Tym bardziej, że nie wyssane z palca. Tym silniej angażujące, że zaangażowanie rodziców w odzyskanie córki jest źle postrzegane. Jakikolwiek bunt i niesubordynacja zadziała na ich szkodę. Więc człowiek bierze na siebie tę niemoc i wychodzi z kina przemaglowany na amen.

Dużym atutem jest aktorstwo – profesjonalizm Agnieszki Grochowskiej (Basi) i Bartłomieja Topy (Marka) oraz nieprzeciętna intuicja i talent odtwórczyni roli Uli – Basi Kubiak. 

Młode polskie małżeństwo emigrowało do Szwecji. Są tu już dwa lata. On jest trenerem szkolnych drużyn, ona dorabia masażem. Ula chodzi do szwedzkiej szkoły, mówi po szwedzku. Rodzice – gdy trzeba będzie bronić swych racji – wybiorą angielski. Są tu obcy. Mówią innym językiem, wyrośli z innej kultury, ich wyobrażenia nieba i dobra wydają się nie przystawać do szwedzkiej definicji raju. Basia nosi tę obcość w sobie i gdy pojawi się pierwszy znak – nauczycielkę zaniepokoi agresywne zachowanie Uli – będzie je tłumaczyć obcością. Jak ma się czuć jej dziecko, skoro tęskni za utraconym? I tę nieznośną samotność odczuje każde z nich, gdy urząd wkroczy w ich życie.

Pięknie zbudowane są relacje między nimi, zanim jeszcze rozpocznie się walka. Są naturalni, bliscy sobie, lekko pogubieni. Coś zaszło, są reperkusje po zakończonym już romansie Marka. Żyją skromnie, Basia nie ma pracy. Nie są tak krystaliczni jak pojawiająca się w połowie filmu szwedzka rodzina zastępcza. Ale właśnie zestawienie obu rodzin odsłania, jaki potencjał jest w relacji między Basią, Markiem i ich Ulą. Szwedzi, którzy przygarniają ich córkę to ludzie prawi, przeżyli śmierć dziecka, są poranieni, lecz otwarci. Poukładani, wyważeni, bogaci. Zasługują na wdzięczność. Niewtajemniczeni w sytuację, zmanipulowani przez społecznych opiekunów. Ale nawet jeśli daliby Uli wszystko, co chcą dać – mądrą rozmowę, uważność, ciepłe kakao i psa, to nie zastąpią Basi i Marka. Urząd na tę prawdę jest ślepy. 

Szalenie mi się podoba takie rozłożenie sił. Mogło być inaczej. Grany przez Jana Englerta „jedyny polski adwokat w Szwecji”, który zrzeknie się pomocy, bo wie, że nie ma szans na wygraną, przyznaje, że rodziny zastępcze to loteria. Opowiada o okrutnym losie dzieci, których nie umiał obronić. Ale tu jest inaczej. Reżyser nie zdecydował się na kontrast. Całe szczęście, już i tak grubą czarną kreską skreślił postać Anity, nadzorującej rozdzielenie. Trzeba więc było sugestywnej gry Topy i Grochowskiej, by uwierzyć w bliskość. Topa jest luzakiem, który wydaje pieniądze na zakup łódki, a zapomina o czynszu. Gdy zabiera córkę na przejażdżkę albo gdy gra z nią w piłkę, gdy ją przytula, a ona do niego lgnie, choć się przekomarza i dąsa, to jest w tym takie ciepło, że nic się z tym nie równa. Grochowska gra mamę wciąż lekko zmartwioną, palącą papierosy przy dziecku i faktycznie – jak nierozsądnie! – wymierzającą córce klapsa, gdy Ula wraca tuż przed balem w ubrudzonej sukience, specjalnie szykowanej na ten dzień. Ale sama tę sukienkę uszyła, ustroiła (upiekła?) urodzinowy tort i wie, czego życzyć swojej Uli. „Żebyś zawsze była sobą” – a Ula właśnie przy nich może być Ulą, nie Ursulą. 

To, co możemy przeżyć, patrząc na dwoje ludzi, którym ktoś w imieniu prawa odbiera niespodziewanie dziecko, a potem stawia warunki i straszy, że może być gorzej, to już prawdziwy thriller. I znów mistrzowska gra. Dezorientacja. Niemal apatia, jakby im wyszarpnięto duszę. Chyba żaden histeryczny występ nie krzyczałby równie silnie jak ta pustka. To, jak rozpisano działania i zachowanie Basi i Marka, to dla mnie ogromny walor filmu. Nie wiem, ile tu roli scenarzysty i reżysera, ile aktorów. Ale nie sposób się otrząsnąć. Obce niebo. Agnieszka Grochowska, Basia Kubiak

Na koniec zostawiam to, co uosabia w tej historii zło – do granic absurdu posunięty system interwencji. Nie wiem, w jakim stopniu oddaje rzeczywistość. W tej historii spotkanie restrykcyjnej i fanatycznej Anity z nieco roztargnioną parą polskich emigrantów demaskuje zło w potencjalnie dobrych intencjach. 

Od początku można mieć wątpliwości, czy Anita (Ewa Fröling) chce zdiagnozować zagrożenie, czy je z premedytacją sprokurować. Przecież już podczas pierwszej rozmowy z dziewczynką, która zażądała, by nazywać ją Ulą nie Urszulą, wmawia dziecku, że na pewno coś dzieje sie w jej domu nie tak. Podsuwa numer telefonu do BRIS, namawia, by dzwoniła. Przecież to powinno być karalne! Urzędniczka manipuluje dzieciakiem. Dzieciak skłamie, no tak, bo dzieci mają swe powody, żeby kłamać. Na ogół trudno wytłumaczalne, ale znów wskażę na kontekst Polowania Vinterberga, takie kłamstwa się zdarzają. W zachowaniu opiekunki społecznej – dziwnie mocno kojarzącej mi się z Siostrą Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem – jest wiele nadużyć. Apodyktyczność, poczucie wyższości wobec „obcych”, fanatyzm, manipulowanie rodzicami zastępczymi, niedopuszczanie do głosu oskarżonych, niewyjaśnianie im sytuacji. Czarny charakter.

Mnie może bardziej jeszcze przeraził mężczyzna, do którego przychodzą rodzice pierwszego dnia po utracie dziecka. Ma przy boku Anitę, w tle sceneria biura. Wydaje się neutralny, więc gdy ustawia głos, zabraniając jakichkolwiek emocji, grożąc końcem rozmowy, gdy tylko wyczuje próbę niesubordynacji, to nie wiem, czy istnieje coś straszniejszego. Człowiek uzbrojony w procedury. Ktoś porywa ci dziecko, nie mówi, o co chodzi i jeszcze oczekuje, że grzecznie podziękujesz za troskę. Film dla ludzi o mocnych nerwach.

Jeśli dobrze wyczuwam, odbiór koncentruje się właśnie na tym aspekcie filmu, który dotyczy praw systemu opiekuńczego do ingerowania w prywatne życie. Na pewno Obce niebo jest głosem w dyskusji nad tym, dokąd zmierza szwedzkie prawodawstwo. Mówi, że łatwo przekroczyć granice, że nadinterpretacja może wyrządzać krzywdę. Uzasadnione są również przeniesienia tej historii na szersze tło: widzi się wówczas w Obcym niebie parabolę zderzenia człowieka z systemem (totalnym/ totalitarnym). Albo konfrontację uczuć z rozsądkiem nakazów i zakazów. 

Pomyślałam – czując na własnej skórze, jak bardzo wzrosła we mnie chęć obrony rodziców, nawet ich nieporadności – że jednak wiele racji trzeba wyważyć. Przywołana na początku tekstu powieść Iana McEwana (W imię dziecka) byłaby dla filmu Gajewskiego równowagą. Dbanie o to, by miłość rodzicielska nie stratowała dziecka, mimo najlepszych intencji, powinno jednak czasem zależeć od sił zewnętrznych. Czasem, czyli kiedy i w jakim stopniu? Tego się nie wie. Albo: niestety, norma nie zawsze uwzględnia scenariusze życia.

Paolo Sorrentino

Młodość, reż. Paolo Sorrentino, Włochy (& co) 2015

Można by się spodziewać, że pod takim tytułem znajdzie się solidna notka o Sorrentino, a raczej tak się nie stanie. Trochę na złość. Owszem, widzę, jak reżyser się stara, jak pręży kulturalne muskuły i szasta cytatami, i synkretyzm sztuk uskutecznia. Słowo. Obraz (malarstwo i fotografia). Muzyka (w tym klasyka i opera). Gra aktorska. Wszystko wycyzelowane i podniesione do potęgi. Warto zobaczyć. Myślę, że można odebrać bezpośrednio, a jeśli ktoś potrafi, to i aluzje sobie rozczyta. W Młodości do tych najczęściej dostrzeganych kontekstów należą Osiem i pół Felliniego i Czarodziejska góra Tomasza Manna. Oczywiście, muszę się przyznać, że jeden ogląd nie wystarcza mi na wychwycenie wszystkich smaków. Może nawet nie poczułabym ich po dziesięciu seansach. Ale też zaziewałabym się na śmierć, gdybym miała wynotowywać te wygibasy. Prawda jest taka, że mam z Sorrentino problem ten sam co z operą. Nie wzrusza mnie. A kilka tytułów widziałam. Wczoraj Młodość, rok temu (i dziś) Wielkie piękno, niegdyś Wszystkie odloty Cheyenne`a i siedem lat temu Boskiego.

Młodość

Młodość. SorrentinoNiezmiennie od 20 lat Fred i Mick spędzają urlop w tym samym sanatorium. Jest luksusowo i elitarnie – przyjeżdża tu w nagrodę nawet Miss Universe (choć starsi panowie podejrzewają, że to za karę). Trochę tu uciekają przed życiem, ale też przywożą je ze sobą, zrośnięte symbiotycznie z  ich naturą. Druga natura to nawyki. 

Mick Boyle jest reżyserem i z grupą młodych adeptów dopracowuje scenariusz do (proroczego) Ostatniego dnia życia. Fred manifestuje swój emerycki stan i nawet posłaniec królowej nie może na nim wymóc powrotu do dyrygentury. Tak na pozór, bo pokątnie chodzi na podalpejskie łąki dyrygować krowimi dzwoneczkami. Te sceny bardzo lubię. Panowie przyjaźnią się od zawsze. Rozumieją się w pół słowa (zwłaszcza, gdy wyliczają krople moczu, które z racji prostaty są niezadowalające). I tak gadają ze sobą – dowcipnie, błyskotliwie, nostalgicznie i ostatecznie, bo są w takiej fazie, że przeglądając karty życia, weryfikują ich wartość. O tym, czym jest dla nich sztuka, ile dla niej poświęcili, i czy było warto. O kobiecych archetypach, rozpiętych między  Lindą, żoną i Brendą (platonicznym westchnieniem, związkiem zatrutym egoizmem i chodzącym sex appealem). O więzach z dziećmi – całkiem niezłych (Fred i jego córka-asystentka, która co nieco mu jednak wygarnie) i całkiem zdystansowanych (Mick o wybrykach syna powie, że to spuścizna po matce). Sporo o zapominaniu i o minionej młodości. O ważnym i nieważnym. Byle odegranym przez mistrzów: Harveya Keitela (Mick) i Michaela Caina (Fred)

Dialogi to mocna strona filmu. Słabszą stroną jest jego epizodyczność. To, że poszczególne sceny, choć interesujące, błyszczą własnym światłem, niewiele do całości dodając. Na przykład: scena, gdy do młodego aktora (Paul Dano) podchodzi nastolatka, która umie docenić kunszt gry w niszowych filmach, podczas gdy miliony zachwycają się rolą Rycerza Q, stworzoną dla chałtury. W ogóle – wszystkie niemal sceny z Rachel Weisz (piękną skądinąd, więc zasadnie obecną) są mało istotnym dodatkiem.  

I jak z operami bywa, to, co się może podobać, bywa też nieznośne. Trudno z Sorrentino dyskutować,  że lubi rozbuchane formy. Nie wystarcza mu opowieść prosta, skupiona na losie dwóch osiemdziesięciolatków (tak się składa, że artystów), na tym, co w nich wciąż trwa, co minęło, z żalem lub ulgą. Nie wystarczy. Jeszcze muszą wybrzmieć archetypy, senne figury, kawałki arcydzieł muzycznych czy filmowych. Musi się wymieszać starość z młodością. Błędy życiowe z tym, co krystalicznie czyste. Jeszcze trzy deko muzyki, pięć gramów malarskich impresji. 

Najzabawniejsze, że Wielkie piękno tętniło bogactwem dużo bardziej barokowym, wciągało w wir jak rollercoaster. I ani mru mru. Przeżyłam z zachwytem. Co podważa zasadność krytycznych argumentów. Ale potwierdza, że w filmie (i szerzej – w sztuce) nie tyle komponenty się liczą, ile końcowe flow. Drugie, co z tego wynika, dotyczy widza, który jednego wieczoru jest otwarty i przyjmie wszystko ze smakiem, a kolejnego dnia marudzi i wydziwia.