Archiwa miesięczne: Wrzesień 2015

lata 30. i Bydgoszcz

30. Aff-Era Filmowa. Bydgoszcz. 22-25 września 2015

Jest taka impreza. Pulsuje w bydgoskim Pałacu Młodzieży przy Rondzie Jagiellońskim. Zawiadują nią „Dominikanie” – Dominika Kosińska i Dominik Wierski. Wspomagają filmoznawcy z bydgoskiego i poznańskiego uniwersytetu. I nie tylko, bo również ci, którzy prowadzą warsztaty (filmowe, fotograficzne, taneczne, literackie i te o savoir-vivrze). Słowem: coś dla tych, którym już ciało zdrętwiało od siedzenia w szkolne ławce i zamarzyła się podróż filmowa. Taki na przykład maturzysta, co to zabiera się do lektury Nałkowskiej albo pierwszak sięgający po Mistrza i Małgorzatę. Zanim przekona go Bułhakow do wysłuchania konsultanta czarnej magii na Patriarszych Prudach albo zanim zrozumie, dlaczego Zenon Z. desperacko oblał się kwasem, może wdać się w Afferę. Wehikuł – magiczny jak kino – przenosił w lata 30. za minimalną opłatą, z bagażem ledwie podręcznym, z instrukcją w postaci prelekcji.
Lata 30. plakat
Przeszkody były? Były. 
Ktoś nie spał w nocy, więc oko kleiło się, gdy zgasło światło. Ktoś dał się oczarować Hasowi i zajrzał do Sanatorium pod Klepsydrą, a drugi Ktoś wolał cyrk Braci Benzinich i Wodę dla słoni.  Mogło być tak, że nie każdy etap podróży był dla każdego jednakową atrakcją. Ale była jazda i kalejdoskopowy pakiet podróżny.

***

Przedwojenna Warszawa (i Zakopane)

Adolf Dymsza, „dziedzicznie obciążony” wielorakimi talentami fryzjer Czwartek, staje się kanadyjskim hokeistą Piątkiem, którym de  facto jest Aleksander Żabczyński.  Zabawne qui pro quo organizuje dziesiątki komicznych scen Sportowca mimo woli. Ten sam chwyt (najwidoczniej sprawdzony i niezawodny) przejął reżyser komedii Piętro wyżej. Tu myli się Hipolit Pączek (meloman) z Henrykiem Pączkiem (spikerem i jazzmanem). A ekran, oprócz fabuły, oferuje opowieść o tym, co w latach 30. było modne. Stroje, fryzury, piosenki, sport i jazz, i ówczesny bon ton. Również typy amantów i amantek: Dymsza, Żabczyński i Bodo oraz panie – Helena Grossówna czy Ina Benita.

Chaplinowskie Wielkie Miasto (LA/NY?)

Obszarpany tramp w meloniku, w podartych portkach i z laseczką wędruje ulicami, co rusz – przez przypadek, który jest duchem sprawczym wszystkich gagów – trafia na salony bogaczy, na ring lub do pokoiku kwiaciareczki. To połknie gwizdek, to zje serpentynę zamiast makaronu, to zatrudni się w firmie czyszczącej miasto i jak magnes przyciągnie stado koni i słoni, których kupy trzeba będzie usuwać. Może nielekkie to życie, ale warto się ogrzać burleskowym żartem, zanim zgasną ostatnie Światła wielkiego miasta.

Nowy Orlean 

Tutaj skok w przeszłość. Betty Davis przenosi nas w czasy wojny secesyjnej, na farmę na amerykańskim Południu. I chociaż wtedy panny chodziły w gorsetach, grzecznie dygały, a na Bal Debiutantek przywdziewały szumiące białe suknie, ona stroi się w szkarłatną, wydekoltowaną i zaczepną. I pokazuje, ile trzeba płacić za chęć bycia niezależną. Stracić można wszystko. Tym bardziej, że to melodramat, w którym zazwyczaj depcze się uczucia i łamie serca. Jezebel – Dzieje grzesznicy.

Norymberga

Leni Riefenstahl dokumentuje zjazd faszystowskiej partii i przez dwie godziny każe nam oglądać Hitlera. Z żabiej perspektywy, by wyglądał jak atletyczny wódz. Albo sam Pan Bóg lądujący z nieba na ziemię, z dobrotliwym uśmiechem i mocną pięścią na mównicy. Rzesze wielbicieli Trzeciej Rzeszy. Wszyscy wygimnastykowani w składaniu rąk do salutu, maszerujący, zwarci, nordyccy. Reżyserka nazwała dokument Triumf woli, choć ciśnie się na usta raczej „obłęd zniewolenia”. 

***

Tyle stacji przedwojennych, pozostałe pochodzą z lat późniejszych, nawet z ostatniego sezonu, ale rozgrywają się niezmiennie w trzeciej, przedwojennej dekadzie. Czasem w miejscach fikcyjnych jak Zubrowka z filmu Wesa Andersona, nierzadko w drodze (tam, dokąd prowadzi cyrk lub gdzie trzeba dotrzeć z trumną zmarłej matki). 

USA

W bliżej nieokreślonej przestrzeni. Chyba że komuś mówi coś miasto Jefferson w hrabstwie Yoknapatawpha (gdzieś w stanie Missisipi). Tam podążają żałobnicy z trumną, opisani wcześniej przez Williama Faulknera – Kiedy umieram. Nieco odrażający ojciec, czterech synów i córka. Atmosfera z pogranicza szaleństwa, groteski i ekscentrycznych objawień o samotności, bólu czy poplątanych pragnieniach.

Dużo prościej jest oglądać Jennifer Lawrence i Bradeya Coopera w melodramacie Serena. Jak już wspomniałam, melodramat łamie serca i depcze uczucia. A do tego lubi wysoką temperaturę (tu całkiem dosłownie, ogień wypala wnętrza i spełnia się w pożarze). Natomiast lata 30. lubią melodramat – i tak się kręci błędne koło. Cooper kocha Lawrence, a Robert Pattison wzdycha do Reese Witherspoon, choć Christoph Waltz krzywo na to patrzy (Woda dla słoni). Cała nadzieja w słonicy Rosie, która jest „dziedzicznie obciążona” niezliczonymi talentami niczym fryzjer Czwartek.

Zubrowka

W latach 30. wydarza się większość historii opowiedzianych w szkatułkowo skomponowanym Grand Budapest Hotelu. Zero kocha Agatę, a Monsieur Gustave wszystkie starsze panie, ale tym razem nie w tym rzecz. A w czym? W melancholii, w dowcipie, w muzyce Alexandra Desplata i zapachu l`air de panache. 

Hiszpania (a ściślej: Aragonia)

Ken Loach ma rękę dokumentalisty, więc Ziemia i wolność uderza realizmem. Przeniosła nas w sam środek hiszpańskiej wojny domowej. W temperamentne spory republikanów, tych sympatyzujących ze Stalinem i tych, którzy jak protagoniści u Loacha marzyli o alternatywnej wizji komunizmu. Słowo klucz to „marzenia”. O równości, wolności, sprawiedliwości (którą każdy rozumie inaczej). Rzecz również o mrzonkach idealizmu i o tym, że niepotrzebnie przedkłada bezkompromisowość nad miłość.

Anglia

Ryszard III w klimacie lat 30. – w obłędnej obsadzie, w tanecznym rytmie, w kostiumach XX-wiecznych. Ryszardem jest „Gandalf”, czyli Ian McKellen (wyprany z magii, wystylizowany na Hitlera). Kobiecy tercet tworzą:  Annette Bening, Kristin Scott Thomas i Maggie Smith. Jest nawet kamerdyner z Downton Abbey, czyli Jim Carter (tutaj grający Lorda). To się ogląda! Nawet jeśli słowa Szekspira chłoszczą miłośników prozy.

Drohobycz (?)

Nikt nie wie, gdzie znajduje się Sanatorium pod Klepsydrą. Gdzieś na granicy jawy i snu, życia i śmierci, w pętli czasu. Ale niewykluczone, że można tam dojechać z Drohobycza, z którego Bruno Schulz oglądał i kreował świat. Jest wszystko, w czym kochał się pisarz, jego bohater i reżyser. A więc: syn zafascynowany ojcem, kuszony egzotyką i erotyką; manekiny, ptaki i tajemnicza księga; ruina i rupiecie; starość i dzieciństwo, kobiecość i męskość. Zagubienie (tyleż samo bohaterów co widzów).

Bydgoszcz

W przedwojennej Bydgoszczy grasował seryjny morderca. Zwodził policję, ofiar szukał wśród dzieci, które mamił grą-zabawką z czarnym kotem. Sfilmował (i wymyślił) tę historię Tadeusz Chmielewski (tegoroczny zdobywca Platynowych Lwów na festiwalu w Gdyni). Dawno, bo w 1978 roku. A film – Wśród nocnej ciszy – się nie zestarzał, ogląda się go świeżo i z dreszczykiem.

***

Trzeba więc wrócić do początku. Wszystko zdarzyło się w Bydgoszczy. Anno Domini 2015. Niemal w centrum, dwa kroki od „linoskoczka” nad Brdą i Wyspy Młyńskiej. 

sicario

Sicario, reż. Denis Villeneuve, USA 2015

Coraz częściej zdaję sobie sprawę z prawdy w zasadzie oczywistej: nie da się pisać o filmach, nie wpadając w pułapki. Bo co komu po spojlerach, żadna przecież mądrość w tym, że widziało się wcześniej i można jakieś wątki z osnowy wypruć. Gdy się zaś balansuje i tuszuje tropy, nie niszcząc niespodzianki, to znów niczego nie da się powiedzieć. Może więc niespecjalnie warto, ale wciąż kusi, by spróbować.

Sicario. plakatWERSJA A (minimalistyczna)
Siły amerykańskiego wywiadu walczą z kartelem narkotykowym, którego korzenie rozrastają się w Meksyku. Akcja rozpoczynająca się w Arizonie, wkrótce przeniesie się do Juaréz – stolicy ciemnych interesów. Ku zaskoczeniu Kate Macy (Emily Blunt), agentki FBI, która zgłosiła się do grupy z własnej woli. Dotąd „sprzątała” po jatkach, teraz chce im zapobiec, usuwając najgrubsze ryby. Sama w męskim świecie. Coraz silniej hiszpańskojęzycznym. Bez zrozumienia kto jest kim, co jest dopuszczalne i co jest celem głównym.
S
zlachetna, pozornie krucha. Jej zaskoczenie wynika z przywiązania do prawa. Amerykanie nie powinni na obcym terenie działać tak bezpardonowo. Nie powinni wchodzić w układ ze złem, prowokować, działać nieczysto i nieproceduralnie. Granice dozwolonego są niewyobrażalnie (a przecież namacalnie) elastyczne.

Kate Macy to plan pierwszy, bohater-protagonista, wiemy tyle, co ona, czyli prawie nic. Cały film zbudowany jest na dezorientacji. Kate nie może się doprosić, by prowadzący zdradzili jej swe plany. Dostaje strzępy informacji. Resztę musi wydedukować z obserwacji i nasłuchu. Uważność, napięcie, przerażenie, niedowierzanie. Skupiona twarz i zwięzłe wypowiedzi.

Figury numer dwa i trzy (w dowolnej kolejności) to Matt (El Araña – Pająk) i Alejandro (La Muerte – Śmierć). Matt (Josh Brolin) jest gościem z CIA. Gracz niezdradzający reguł, wyga bez złudzeń. Uśmiech, guma do żucia, nogi na biurku (o ile jest biurko) i klapki do długich spodni. Alejandro (Benicio Del Toro) ma zmęczoną twarz, jest znużony i czujny jednocześnie. Małomówny, tajemniczy, podminowany – inicjacyjna scena podczas lotu, w której zrywa się z drzemki jak z traumy, zdradza nieobliczalność. Przede wszystkim – nigdy się nie przedstawia i nie odsłania swojej rangi. A sądząc po tym, co robi, można mu przypisać najdziksze konotacje. 

Wersję minimalistyczną „otaguję” trzema wskazaniami – odpowiednio do kart, które są w grze: dezorientacja, cynizm, desperacja. Dodam, że „sicario” znaczy „płatny zabójca”.

Sicario. Emily BluntSicario. Josh BrolinSicario. Benicio Del Toro

WERSJA B (powściągliwa)

Powściągliwie, lecz z zachwytem! Świetne tempo. Nie twierdzę, że akcja wiruje, raczej się zagęszcza. Eksploduje raz po raz w spektakularnych „kotłach”. Każdy z nich to jakby piętro niżej w piekle. Choć nie jestem pewna, czy Dantejska wizja dziewięciopiętrowego leju ma tu rację bytu. Może piekło to magma, mocno obniżony rozległy parter?

Więc raz: mamy bojowników FBI szturmujących podejrzany przyczółek narkotykowego biznesu. Z porażającym odkryciem, po którym większość zaangażowanych wpada w trans wymiotny.

Więc dwa: mamy pięć czarnych samochodów eskortowanych do Juaréz i masakrę na autostradzie.

Więc trzy: na pozór wyluzowaną scenę w pubie, bez obcych, w tanecznym rytmie, który zaciska na szyi ręce kochanka in spe.

Więc cztery: nocne łowy na grubą rybę z przynętą w postaci policjanta. Skorumpowanego, bo innych chyba nie ma.

Więc pięć: odsłona motywacji, czyli wyjaśnienie, dlaczego bezwzględność Alejandra i tak nie dorównuje tym, na których się mści.

Więc sześć: kolacja, podczas której dosiada się do rodzinki płatny zabójca i robi swoje.

Więc siedem: dwie konfrontacje z wymierzoną w siebie nawzajem bronią i jedno pouczenie: prawo – jeśli istnieje – to tylko w małych miasteczkach.

WERSJA C (hulaj dusza)

Świetna jest Emily Blunt i Josh Brolin, ale najlepszy Benicio Del Toro. Ma do zagrania tyle, ile trzeba. Pozostaje na drugim planie. Ale każde jego wkroczenie do akcji jest paraliżujące. Jak by to wyrazić bez emfazy? No, po prostu, jest Del Toro, zapominasz oddychać. Scena, w której każe dzieciom jeść kolację, a dorosłym zachować biesiadny nastrój na moment przed strzałem, łączy w sobie oczywistość z totalnym zaskoczeniem. Niby Del Toro robi to, co zamierzał i czego byłam świadoma. Ale to, że nic go nie powstrzymuje, że fala wzruszenia czy analogii z własną traumą nie budzi w nim jakiegoś veta, to jednak szokuje. Del Toro gra znużeniem, nieobliczalnością. Tym, że nigdzie nie przynależy i rozgrywa prywatną wojnę – mógłby pracować dla wroga, dla obu stron, dla diabła, byleby rozegrać rewanż.

Dlatego tak istotny i świetnie wkomponowany jest wątek zamieszanego w przemyt narkotyków meksykańskiego policjanta. Wątek przez długi czas poboczny, dygresyjny. Ojciec, matka i syn wpatrzony w ojca. Tata, odganiający małego od strzelby (jakby chciał wierzyć, że brudu się nie dziedziczy i synowi dany będzie jaśniejszy los). Gdy w końcowych scenach oglądam chłopaka idącego na mecz z matką, widzę w ich twarzach tę samą desperację, którą nosi w sobie Alejandro – potrzebę pomszczenia ojca. I poza wszystkim innym (w skrócie: poza milionami dolarów płynącymi z narkotykowego biznesu) chodzi również o to: to się nie skończy. Bo nie działają prawne mechanizmy – to raz. Bo są otwarte rany, które nie pozwolą skupić się na racjach „uniwersalnych”, o ile będą w niezgodzie z prywatną zemstą.

Bardzo dobry film – niewykluczone, że mogłam się do tego zdania ograniczyć – WERSJA D (ze wskazaniem). 

bokser i frustratka

Do utraty sił (Southpaw), reż. Antoine Fuqua, USA 2015
Płomień (A Blast), reż. Syllas Tzoumerkas, Grecja 2015.

Inauguracja sezonu. To był dzień, w którym oderwałam się od Downton Abbey (seria 2, 3 i 4) i wyszłam z domu na seans na naprawdę dużym ekranie. Od razu na dwa seanse, żeby zwiększyć szanse na poruszenie, które mnie pchnie w jakimś kierunku – zachwytu, smutku, namysłu. Wiadomo, w końcu po to oglądamy, żeby jakaś reakcja chemiczna zaszła. Coś zatliło, nie powiem. Ale wracałam do domu z myślą, że jednak tradycyjne, zachowawcze, piękne w każdym detalu życie rodziny Crawley`ów ekscytowało mnie bardziej. Samej trudno mi uwierzyć w to, co piszę. Tak, kąśliwa ciotka hrabina Violet, wyniosła lady Mary, niezłomny kamerdyner pan Charles Carson, przewidywalni bądź co bądź, pozostają po kilkakroć bardziej wielowymiarowi niż kreacje ze świeżutkich premier.

Do utraty silDo utraty sił – moim zdaniem – obejrzeć nie zaszkodzi. Kto lubi Gyllenhaala i McAdams, będzie miał w kogo się wpatrywać, pozostali (są tacy, co nie lubią Jake`a i Rachel?) tę korzyść odniosą, że wszystko będzie spójne, umotywowane, ze zwrotami akcji i napięciem narastającym tak, jak trzeba. Powiedziałabym, że to film logiczny i uczuciowy. Proszę sprawdzić, czy to możliwe, by opowieść o boksie, o ciosach w twarz, rozbitych łukach brwiowych, sińcach, wylewającym się lewym oku, ogłuszeniach etc. była logiczna i wzruszająca. 

Ale w tym rzecz, że cudowny paradoks zbudowany na zderzeniu brutalnego sportu z kruchością i tęsknotą za czułością, nie wyważa żadnych drzwi. Raczej przypomina znaną już baśń, w kinie amerykańskim obecną w tylu wariantach, że nie mogłam się nadziwić, jak często serwuje się nam znane od lat menu. Sedno w tym, że ocena filmu Antoine`a Foquy zależy od tego, czy mamy apetyt na nowe smaki, czy zaspokaja nas chleb z masłem. Decyzja zależy od żołądka.

W dwunastu zdaniach: Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest mistrzem wagi półciężkiej. Tworzy życiowy duet z Maureen (Rachel McAdams). Znają się z czasów, gdy oboje byli wychowankami sierocińca. Teraz stworzyli dom dla siebie i córeczki Leili. Bogaty, ciepły. Maureen ma sex appeal i głowę na karku, Billy rozważny jest mniej, co nie dziwi – gdyby za dużo myślał, pewnie by nie boksował. Oczywiście, wszystko się odmieni, Billy straci tyle, że zostanie mu tylko – nomen omen – nadzieja na kolejny zakręt losu. Fanom Rachel McAdams doradzam, by wpatrywać się intensywnie, bo jest na ekranie krótko. Jeśli przed zakrętem był szczyt, to za zakrętem jest jama depresji w fuzji z wściekłością. Znika dwuznaczny manager, pojawia się guru. Stary doświadczony życiem bokser jest jak Wergiliusz u Dantego: prowadzi przez piekło, wie więcej i grzecznie pozostaje na drugim planie. Wzbogaca bohatera głównego w samoświadomość i empatię. Zresztą – bohater ma sporo bodźców do przemiany, a najsilniejszym motywatorem jest córka.

Tyle. Słabe strony wydają mi się oczywiste (100% widzów wie, że utracony tytuł Billy Hope musi odzyskać, choćby miał w tym celu ubić kotlet z przeciwnika),  skupię się więc na tych dobrych. Po pierwsze: montaż walk bokserskich. Trzeba przyznać, że mistrzostwo. Mnie ujęły te zwolnienia, którym towarzyszą mocno podbite plaśnięcia uderzeń. Znika wtedy rozgardiasz tłumu, są tylko ciosy. Runda za rundą. To mnie nie nudzi, może dlatego, że nie jestem kibicem bokserskim, raz na jakiś czas mogę więc zobaczyć, jak to działa. Fuqua pokazuje boks z desperackim zacięciem. Jak spektakl, w którym muszą wybrzmieć upadki, poderwania, kiwanie się na zdezorientowanych nogach, odrzuty głowy, w której chyba miesza się z sobą sens i bezsens całej gry. Zwycięzca unosi ramię poharatany, dostaje ozdobny pas, idzie się umyć. Potem pozwoli się poskładać na wzór siebie sprzed walki.

Po drugie: Gyllenhaal. Ostatnio widziałam go w Wolnym strzelcu, gdzie jako wychudły paparazzi ocierał się o obłęd. Tu demonstruje wyćwiczoną muskulaturę, dla lepszego efektu ustrojoną tatuażami. Nie przypadkiem zapewne są to tatuaże gotyckie, podobne do kroju napisów rozpoczynających film. Jakiś podtekst? Mile widziana podpowiedź. Zastąpię słowa dwoma fotkami, które oddają skalę odgrywanych przez aktora emocji. Aktor się sprawdził. Mógłby zagrać ze trzy razy tyle, gdyby mu ktoś rolę skomplikował. Zadanie miał dość proste – o ile nie wliczać scen walki.

SOUTHPAW

Oona i Jake2

Po trzecie: dziewczynka w okularkach (gdyby nie były jej naturalnym wyposażeniem, należało je wymyślić, trafienie w punkt). Córka, której zafundowano emocje ponad miarę, w skali o niezwykłej rozpiętości – od nienawiści do ojca po ból towarzyszenia mu w walce. Poniekąd również „typ”: mądrej, rezolutnej, nad wiek dojrzałej dziewczynki. Rolę Oony Laurence uważam za mocny punkt obsady. 

***

Jeśli więc przy Do utraty sił mogłam nieco pokręcić nosem na przewidywalność i ogrywanie schematu, to przy greckim Płomieniu ujścia domagało się wołanie o odrobinkę wyjaśnień: co, dlaczego i po co. 

Plomien. plakatOpis dystrybutora prowadzi na manowce, a przynajmniej wkłada do filmu sensy wcale nieoczywiste. We mnie rozbudziło się pewne oczekiwanie. Otóż: że będzie to opowieść o kobiecie, która w szalonym związku z marynarzem utopiła szansę na uporządkowanie swojego życia. Czuje się uwięziona życiową sytuacją (samotnością, balastem wychowywania dzieci w pojedynkę, kryzysem). Dotarła do ściany. Chciałam zobaczyć, jak ją obejdzie. Czy będzie walić w mur, czy przypnie skrzydła, by przefrunąć. Ale to wcale nie o tym. Co gorsza: nie wiem, o czym. Więc mały dyskomfort.

Syllas Tzoumerkas, reżyser, był gościem kina Muza. Sympatyczny i bardzo ciekaw rozmowy. Zgadzał się na każdą interpretację otwartego zakończenia. Niewiele mi pomógł. Jak twierdzi – film ukazuje losy typowej greckiej rodziny, na tle społecznych kryzysów współczesnej Grecji, z odniesieniem do archetypów (Grek to zawsze jakiś archetyp, nie dziwi nic). Jednym z nich jest potrzeba zabicia matki i ojca. No, a niech to! Powiedziałabym raczej, że oglądam perypetie kobiety mocno szurniętej (ciekawe, lecz trudno uznać ten stan za typowość), opętanej seksem, którym niestety nie da się rozwiązać wszystkich problemów. To, czy rzecz dzieje się w Grecji, jest czymś totalnie wtórnym. Najbardziej grecka jest symptomatyczna symbioza błękitu i szarej zieleni. Sytuacja społeczna rysuje się niewyraźnie. Chyba że należy podążać za łopatologią i długi matki odczytać jako zamiennik greckiej niewypłacalności. Nie sklejają mi się obrazy w całość.

To moja druga – zakończona fiaskiem – próba zrozumienia Syllasa Tzoumerkasa. Kilka lat temu oglądałam jego Ojczyznę. Jedno, co mogę, to zastanowić się, dlaczego jestem na niego głucha, choć czasem zatli się w oku płomyk zrozumienia.

Nowe kino greckie olśniło mnie trzykrotnie: Attenberg (2010),  Alpy (2011) i The Lobster (2015). I tyle umiem sobie wyjaśnić, że nie jest to kino realistyczne. Twórcy niby się nie odżegnują od komentowania greckich aktualności, ale na pewno nie należy oczekiwać kina spod znaku Kena Loacha. Nie są to filmy społeczne. Nie są to filozoficzne metafory i nie są to opowieści budowane motywacją psychologiczną. Tym, co jest nerwem znanych mi greckich filmów ostatnich lat, to ekscentryczność, przekraczanie granic, demaskowanie ograniczeń, które zwykle pękają pod naporem absurdu i zakręconych konceptów. Obłęd, okrucieństwo i dużo rzadsze, tym nie mniej ważne, współczucie. Czasami odnajduję w tych historiach niesamowitą świeżość, lubię bohaterów, akceptuję wariactwa i nie domagam się, by było „realistycznie i po kolei”. Szaleństwo rządzi się własnymi prawami i nie wiadomo, kiedy się udzieli, a kiedy nie. Jeśli się nie udzieli, to klapa. I tak się sprawy mają między mną a Syllasem Tzoumerkasem, że mnie się jego zmysł sensu nie udziela. Teraz, gdy wiem, jak on wygląda i jak miło się uśmiecha, jest mi trochę żal, że tacy jesteśmy niekompatybilni. No cóż.

Aggeliki Papoulia

Niczego nie utrudniają retrospekcje. Wydają się wręcz niezbędne, by unieść ładunek emocjonalny głównej protagonistki. Marią jest Aggeliki Paupolia, aktorka świetna, przyciągająca wzrok, znana z Kła, Alp i The Lobstera. Intuicyjnie zestawiam ją z Kingą Preis (czego nie wytłumaczę, lecz sugeruję klasę i charyzmę). Sceną, którą reżyser uznał za kulminację, wokół której krążył, rekonstruując potknięcia Marii, jest scena zwierzeń na spotkaniu psychoterapeutycznym. Otwarcie na oścież przed obcymi. Zanegowanie dotychczasowych relacji, zobowiązań, wizerunkowych przebieranek. Chyba wściekłość na życie. 

Można by pogdybać, skąd to wkurzenie. Powody się znajdą. Niełatwo wychowywać samotnie trójkę dzieci. Owszem, ale o relacjach z dziećmi Thoumerkas ani się zająknie. Dzieciaki plączą się po planie bez sensu. Trudna jest relacja z wiecznie nieobecnym mężem. Ok, wydaje się jednak, że jedyne, czego Maria od niego chce, to wysokiej temperatury wariackich zbliżeń. Dostaje. Marynarz wygląda na takiego, który się nie domyśla, że chodzi o coś jeszcze. Może trzeba mu było powiedzieć? Relacje z rodzicami mogą być frustrujące, to oczywiste. Ale naprawdę grubą przesadą jest bicie kalekiej matki po tyłku i wymawianie ojcu, że na starość stał się ciężarem. Widz, który nosi w sobie nienawiść do rodziców być może utożsami się z Marią siłą rozpędu. Ja potrzebuję wyjaśnień. Pewnie, że upośledzona siostra również może ciążyć jak kamień. Tylko że mnie brakuje cierpliwości, by przytakiwać frustracji Marii. Mam wrażenie, że mogłaby ją dobić nawet przypalona grzanka. Dlaczego mam rozumieć frustratkę? Czy frustratka nie mogłaby czegoś odpuścić? I trochę mniej krzyczeć? Nie trzepać rękami bez ładu i składu… 

 ***

W repertuarze kin  jest naprawdę niezła Pieśń słonia z aktorską kreacją Xaviera Dolana. Polecam. Może gdzieniegdzie uda się upolować Mr.Turnera. A jak nie, to zanurkować w Downton Abbey – w świecie arystokratów i ich służących, w świecie, który umiera na naszych oczach. Ale wciąż uwodzi, wymusza podziw nawet na radykałach. Powiedziałabym, że – być może, co niektórych – leczy z frustracji.