NH 2018 – kino sztuka wyjścia

Nowe Horyzonty – Wrocław 26.07 – 5.08.2018

Kino sztuka wyjścia (OUT) – taki był motyw przewodni, logo, „identyfikacja wizualna” aplikowana przed każdym seansem. Wyjście, odpuszczenie sobie czegoś, zejście z wydeptanego traktu… Przekonuje mnie. Z jednej strony mój udział w festiwalu był zalogowaniem się do „współbycia”: przez osiem dni w określonych godzinach w przestrzeni dwunastu (przestronnych) sal kinowych i wchłaniania przygotowanych atrakcji. Wybór należał jednak do mnie. Sposób asymilacji i przetworzenia – tym bardziej. Dlatego – oprócz „przyłączenia” – wrocławska filmowa fiesta była impulsem do poszukiwań takich przesmyków, furtek czy okien, którymi można się wydostać z tego, co już znam. Zamysł oddają słowa autorów:

„Samo «OUT» rozumiem jako mieszankę fascynacji i równolegle strachu przed nieznanym. To przejście na «drugą stronę» lub po prostu wyjście z pudełka, zmiana punktu widzenia”.

„OUT, czyli bycie poza; obserwowanie i opisywanie świata z pewnego dystansu, ale też odnajdywanie elementów nieprzystających do mainstreamu (…)”

Kino sztuka wyjścia

Osiem dni (brakuje trzech pierwszych) to nie przelewki. Program przestudiowany. Karnet kupiony już w kwietniu. Wybór seansów zależny od nanosekund przesądzających, czy idę na tytuł pierwszego wyboru czy na (często szczęśliwy) drugi garnitur. Zależne od porannego boju o rezerwację.

Nie ma większego sensu pisać o wszystkim. O dwóch filmach chcę bardzo. Pozostałe wymieniam w porządku alfabetycznym z dodaniem noty w skali 1 – 10.

Arktyka – reż. Joe Penna, Islandia 2018   [7+]
Atlas zła – [8 krótkich metraży w konwencji horroru]   [3 – 8]
Człowiek, który zabił Don Kichota – reż. Terry Gilliam, W.Bryt &co 2018 [8]
Dzika grusza – reż. Nuri Bilge Ceylan, Turcja   [9+]
Jeszcze dzień życia
(animacja)-reż. Damian Nenow, Raúl de la Fuente, Hiszp., Polska 2018 [7+]

Kafarnaum (Cafarnaúm) – reż. Nadine Labaki, USA, Liban 2018   [7+]
Madeline i Madeline – reż. Josephine Decker, USA 2018   [8]
Monument – reż. Jagoda Szelc (film dyplomowy), Polska 2018   [7]
Mój wiek XX 
– reż. Ildikó Enyedi, Węgry 1989   [7]

Pani Hyde – reż. Serge Bozon, Francja 2017 (z Isabelle Huppert)   [6]
Pororoca
– reż. Constantin Popescu, Rumunia, Francja 2017   [8]
Powrót – reż. Malene Choi Jensen, Dania 2018   [7]
Searching – reż. Aneesh Chaganty, USA 2018   [7+]
Shoplifters (Złodziejaszki?) – reż. Hirokazu Koreeda, Japonia 2018 [8]
Siedzący słoń – reż. Hu Bo, Chiny 2018   [9+] 
Szczęśliwy Lazzaro – reż. Alice Rohrwacher, Włochy & co 2018   [6]
Team Hurricane – reż. Annika Berg, Dania 2018   [7] 
Tęsknota
– reż. Valeska Grisebach, Niemcy 2006   [8+]
Tłumacz
– reż. Martin Šulík, Słowacja (Czechy, Austria) 2018   [7+]
Trawa – reż. Hong Sang-soo, Korea Południowa 2018   [5]
Twarze, plaże (dokument) – reż. Agnes Varda, JR, Francja 2017  [7]
Wszyscy wiedzą – reż. Ashgar Farhadi, Hiszpania & co 2018  [7+]
Zama – reż. Lucrecia Martel, Argentyna 2017   [7] 
Zmysłowa obsesja
– reż. Nicolas Roeg, Wielka Brytania 1980   [8]
Zniewaga 
– reż. Ziad Doueiri, Liban & co 2017   [8]
Żal – reż. Savi Gabizon, Izrael 2017   [7+/8]
Żona
– reż. Björn Runge, Szwecja & USA… 2017   [9]

Spośród tego, co widziałam, najbardziej nowohoryzontowe były: Madelaine i Madelaine, Siedzący słoń i Dzika grusza. Znaczy – najmniej oczywiste, najsilniej poruszające i takie, że najlepiej wchłaniać je na festiwalu właśnie. Można też kiedy indziej (późną jesienią czy zimą) wybrać się na nie do kina, zostawiając za sobą bagaż prywatnych zdenerwowań. Ale nie mam pewności, czy inna publiczność (w innym czasie) pokocha takie kilkugodzinne opowieści (Siedzący słoń – 230`). Festiwal sprzyja wyłączeniu i odcięciu od codziennych rozpraszaczy. Świetnie się natomiast będzie oglądać porcje kina narracyjnego: opowieści Farhadiego (Wszyscy wiedzą – najsłabszy jego film, ale wciąż dobry), Hirokazu Koreedy (Złodziejaszki/ Shoplifters – pięknie poprowadzone wzruszenie i dobro znalezione tam, gdzie społeczny osąd usiłuje naprostować i przyciąć wszystko, co niepojęte, bo inne). I podobać się może Arktyka – rozegrana w mroźnej, zimowej Islandii udającej tytułową krainę w filmie z Madsem Mikkelsenem. Oj, dla Mikkelsena warto! Niewiele tu mówi, mierzy się z żywiołem i beznadzieją. A czystość scenerii uwypukla przejrzystość sytuacji próby. Ekstremalne doświadczenie sprawdza, ile w nas woli życia, ile empatii i pokory. 

Aktorski klucz czasem się sprawdza, czasem nie. Nie uwiodła mnie Mrs. Hyde z tytułową rolą Isabelle Huppert. Ale zobaczyć aktorów grających w Tłumaczu (Jiří Menzel i Peter Simonischek – Toni Erdmann) – warto. A co dopiero taka gratka jak erotyczny thriller z udziałem młodego Harveya Keitela, Arta Garfunkela (!) i Theresy Russell. Pyszności! Dostępne w retrospektywie Nicolasa Roega (film sprzed niemal czterech dekad).

To, co najsilniej we mnie rezonuje, to tradycyjna w formie Żona, koncertowo rozegrana przez Glenn Close i Jonathana Pryce`a (oj, jaki cudny był z niego Don Kichote u Terry`ego Gilliama!) oraz tureckie kino autorskie Nuriego Bilge Ceylana – Dzika grusza. Teraz dopiero sobie uświadamiam, że w obu kluczową rolę odgrywa literatura, bohaterowie są (lub próbują być) pisarzami.

*** Żona (Wife) ***

Wybitny pisarz Joe Castelman wraz z żoną Joan wyczekują wieści z Akademii Szwedzkiej, z nadzieją, że literacki Nobel trafi do nich. On jest wziętym powieściopisarzem, ona żoną przy mężu. Może nieco zbyt jasno przydzielona jest sympatia widza. Nie sposób nie sekundować Glenn Close: spokojnej, zdystansowanej, pogodzonej z niejednym (jeszcze nie wiemy, na jakie poszła kompromisy, ale życie u boku egocentryka sugeruje, że były liczne). On zażera stres słodyczami, czeka na nagrodę jak dzieciak, skacze po łóżku z radochy i mizdrzy się do ludzkości – z niezbitą wiarą, że otrzymał coś, co mu się z dawien dawna należało. Klękajcie narody. Może sobie być niemiły dla dziennikarza, nie dostrzegać balastu, jakim obarczył syna (początkującego pisarza) i oczekiwać od żony, by była żoną. Może wygłaszać przemowy i żarty, które towarzystwo akceptuje nawet czerstwe. Sytuacja wyjazdu do Sztokholmu jest przecież niezwykła, więc kąpiel w pianie zadufania jest tyleż próżna, co oczywista. 

Od początku dużo ciekawsza jest ona. O rany, Glenn Close jest genialna! Tajemnicza. Wielowarstwowa. Może i pominięta w splendorach (żonom noblistów proponuje się przewodnika po galeriach handlowych!), ale stojąca na mocnych nogach. Wie, kim jest, nawet jeśli nie domaga się sprostowań ignorancji opinii publicznej.

Retrospekcje. Związała się z Joem, rozbijając jego małżeństwo (nieudane i tak). Była jego studentką. Utalentowaną studentką z warsztatów pisania. Opublikowała tylko jedną krótką prozę, w której eksmałżonka Joego była pierwowzorem głównej bohaterki. Ta proza… Po latach, gdy natrętny dziennikarz przymierza się do biografii noblisty, stwierdzi, że proza Joego wyrasta właśnie z tego tekstu. To, co on sam napisał wcześniej, jest raczej poślednie. Czy Joan na pewno nie pisała nic więcej? Czy miała jakiś wpływ na kształt powieści męża? O, nie, takie pytania Joan przenika z iście babską przenikliwością. Nie zrobi z siebie ofiary i nie ulegnie manipulacji. Dziennikarz tylko z pozoru jest namolny, wszystko wskazuje na to, że bada temat gruntownie. I tu, uwaga, w roli biografisty wystąpił Christian Slater. [Może tylko ja przeoczyłam jego karierę. Pozostał dla mnie adeptem Wilhelma z Baskerville – Adso z Melku! z Imienia róży].

Joan miała dar wnikliwości i talent. „- Pisarz musi pisać” – rzuciła komuś w twarz, gdy była młoda i nie rozumiała, ile goryczy może uzbierać się w sercu piszącego samotnika. Usłyszała ripostę: „- Pisarz musi być czytany!”. Kilkadziesiąt lat wcześniej: czy dziś to brzmi anachronicznie? Być może. Kontekst tej rozmowy sugeruje: kobiecie trudniej. Żona przy mężu to zjawisko częstsze niż mąż przy żonie. Rozgoryczona pisarka sugeruje Joan, że mężczyźni (redaktorzy, wydawcy, recenzenci) nie dają kobietom tych samych szans. Joan to zapamięta. Te zdania są w konflikcie: mus pisania i mus bycia czytanym.

Tu każdy się już domyśla, nie trzeba spojlerów, że pierwszą wydaną powieść Joego gruntownie zredagowała („przepisała”) Joan. Pisała wszystkie następne. I dzięki temu wygrała podwójnie: Joe, choć zdradzał ją na prawo i lewo, nigdy jej nie zostawił; poza tym: publikowała i miała czytelników. Dostała Nobla (choć o tym wiedziała tylko ona, bo Joe jakoś wyparł z pamięci, że jego rola, to dogląd domu i pilnowanie, by do gabinetu nie zakradł się niepożądany świadek). 

Jedna z pierwszych powieści: Orzech włoski. Joan nie mogła lubić orzechów. Ciekawa sprawa: film sugeruje coś, co pewnie jest uproszczeniem, lecz nie bez racji, że mężczyźni zdradzają, powielając wypróbowane wzorce. Joe lubił obdarowywać kobiety orzechami. Na łupinie pisząc im dedykację. Nieco żenujące, gdy ten trick powtarza nawet w Sztokholmie. W jednej z kluczowych scen  (bo oczywiste, że przyjazd do Sztokholmu i pazerność Joego jednak zburzą pokorną uległość Joan), żona wymusza na mężu spojrzenie poza swój własny pępek. Moim zdaniem to jedyna scena, w której próżność Joego tłumaczy się jakąś logiką. – Przecież to wszystko moje! Moje życie, emocje, przetworzenie tego, co przeżyłem. Materia mojego istnienia. 

I to też tłumaczy, że nie ma prostego podziału na ofiary i wyzyskiwaczy. Cena jest płacona za wymierne korzyści. Spektrum doświadczeń, które uczyniło z Joan pisarkę, nie wpisuje się w rejestr krzywd. Przeszłość. Co dalej? Zmianę wymusza los. Stawiam na dyskrecję, ale nie sposób uwierzyć, że Joan przestanie pisać, gdy z literackiej mapy świata zniknie Joe. Siłą filmu jest Glenn Close. 

*** Dzika grusza (The Wild Pear Tree / Ahlat Ağacı) ***

Turcja Ceylana. Zazwyczaj rozpięta między miastem (nowoczesnością, europejskością) a prowincją (tradycją), tym razem mocniej stawia na drugi filar. Piękna jesienna Turcja, nieprzesłodzona, uderza prostotą (chce się jednak dodać: ubóstwem). W centrum rodzina osądzana oczami Sinana (dwudziestolatka tuż po studiach, któremu zdaje się, że w świecie ojca nie ma już dla niego miejsca). Prowincjonalna mentalność, kołtuństwo notabli, nieudaczność ojca, niemrawość życia. Nie tak ma ono wyglądać. 

Ojciec – miejscowy nauczyciel, wyczekujący emerytury – napędem życia uczynił marzenie o studni. Niewiele osiągnął, mają go za nieudacznika, dziwaka, który spłaca jeden dług, zaciągając kolejny. Osobny taki. Nie można powiedzieć „zgorzkniały”, raczej zatracony w doglądaniu zwierząt, bliższych mu niż ludzie. O psie, który zaginął, mówi, że on jeden go nie osądzał.

Sinan – owszem – osądza ojca surowo, lekceważąco. On tą drogą nie pójdzie. Wyrwie się w świat, stawiając na to, w czym czuje swą siłę: będzie pisarzem. Tytuł powieści, jak tytuł filmu: Dzika grusza. Wyda ją własnym sumptem, szukając wsparcia bliżej-dalej, byle wydać, ogłosić, zaistnieć. Relacja z ojcem przebija się na plan pierwszy, ale bunt wobec pokolenia ojców rozciąga się i na duchownych, i na pisarzy-mistrzów, wszystkich ślepych i głuchych na głos „prawdy”. Po „ceylanowsku” toczą się długie rozmowy. Nawet te spoza głównego nurtu są ważne i tworzą świat Dzikiej gruszy. Bo opowieść Ceylana budowana jest nie tylko intrygą, zmierzającą od ekspozycji po epilog. Tworzą ją pejzaże, twarze, rozmowy, drobne podglądy codzienności.

Czasem – we śnie lub w przeczuciu – Sinan wyobraża sobie samobójczą śmierć ojca. Jakby aura przegranego życia musiała ku temu prowadzić. Ciekawe, że w końcowych sekwencjach, gdy następują liczne przewartościowania, niepokój podsuwa widzowi myśl, że to może być wybór Sinana, że – wciąż u progu życia – może wpaść potrzask takiego właśnie finału. Jest blisko. Trzeba mieć jednak na uwadze, że oprócz samotnych drzew (gałąź, sznur etc.), w tym pejzażu są również studnie. Bez wody, której ponoć nigdy nie będzie, ale z jakąś tam inspiracją, że kopać trzeba, bo a nuż dojdziemy do źródła?

Co z tą książką? Wydana. Stosy zalegają w pokoju, nieco namokłe. Matka dumna z syna, lecz nie czytała, siostra się uczy (a „przecież książka jej nie ucieknie”), z księgarni nie zniknął żaden egzemplarz. Najwierniejszym (jeśli nie jedynym) czytelnikiem okazał się ojciec. Rozpoznał w niej siebie, zaprzyjaźnił się, zna tekst na wylot, a w portfelu nosi wycinek z gazety. Dzikie grusze – jest ich nie tak mało: samotne, niedopasowane do świata, lekko pokraczne. 

Tyle wiem, że są. A zdaje mi się, że stają się oswojone i bliskie (z całkiem smacznymi owocami), jeśli tę ich osobność, wsobność czy inność się przełknie. 

THE END

Bardzo lubię tamaryszka. Uwielbiam tamaryszkować! Kawał życia włożyłam w tamaryszkowe pre-teksty (wcześniej: tamaryszek – opowieści zebrane). Dużo tu o sobie powiedziałam, rozpoznałam. Pomimo kamuflażu i materii zastępczej, czyli pisania o filmach (coraz rzadziej o książkach), podszewka była bardzo osobista. Dobrze mi tu było. I sporo radości dały mi spotkania, które dzięki blogowaniu się zdarzyły. Szmat czasu! Pierwszy wpis opatrzony jest datą 24 lutego 2010 (!). Będę tęsknić, ale spróbuję się nie oglądać. To chyba najlepszy moment na zmianę. 

Pozdrawiam :)

Ren

Kropka.

 

Reklamy

w cieniu drzewa

W cieniu drzewa (Undir trénu) – reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson, Islandia & Dania 2017

W cieniu drzewa. 1

Oto chór męski spod Reykjavíku. Niezbyt sexy, nie szkodzi, to nie chór jest w centrum opowieści. Chór to ekwiwalent papierosów. W tym sensie, że gdy bohater ma ochotę czmychnąć, by odreagować, to czmycha nie po paczkę Marlboro a na próbę śpiewu. Mowa tu o Baldvinie (to ten, który nie śpiewa). Moja ulubiona postać i wabik dla każdego, komu podobał się film Barany. Islandzka opowieść. W roli Baldvina – Sigurður Sigurjónsson, jeden z braci, o których opowiadał ww.film. Nazwiska nie spamiętam, ale twarz zapada w pamięć. Dobrze się ją ogląda, bo sugestywna i do rozczytywania. Jest taka scena – W cieniu drzewa – gdy Baldvin po prostu jest swoją twarzą: oniemiałą, otępioną, potraktowaną obuchem absurdu sytuacji, w której utknął. Dobrze więc, że tego rodzaju komunikaty niesie twarz wymowna.

I co z tego, że nie sexy, skoro to film o czym innym? Niby innym, lecz od filmu porno się rozpoczyna. I ten początek pozornie nijak ma się do całości, jak cały wątek dotyczący małżeńskich kłopotów Atliego, młodszego syna Baldvina i Ingi. Jak się już wszystko w całość poskłada, okaże się, że boczny wątek potrzebny jest, by dopiąć intrygę oraz po to, by uwierzyć w przebaczenie.

Główny wątek to sąsiedzki spór o drzewo. Drzewo rośnie na posesji Baldvina i Ingi, lecz rzuca cień na ogród Konrada i Eybjorg. Pierwsi mają dwóch dorosłych synów (starszy nie żyje, z czym nie mogą się pogodzić, młodszy wrócił pod dach wygnany z domu przez małżonkę). Drudzy starają się o dziecko. Ci mają kota, tamci psa. A drzewo rośnie i zacienia…

W cieniu drzewa. 2– Nie ścięlibyście kilku gałęzi? – Właśnie o tym myślimy. 

Zaczyna się ugodowo, z gotowością na ustępstwa. Dalej trzeba przemilczeć, by nie zdradzać zbyt wiele. Jedno pewne: to będzie jazda bez trzymanki. Wojna na słowa i na domysły.

– Oni specjalnie tak…. – Jak można coś takiego powiedzieć? – Jak nieludzkim trzeba być, by to zrobić?

Nie skończy się dobrze. Zaklasyfikowanie tego filmu jako komedii (opis dystrybutora) to żart. Nawet jak na standardy komizmu skandynawskiego lekko tu rzecz nagięto. Owszem, jest aura absurdu, jest swoista śmieszność ludzi zacietrzewionych i nie nazbyt logicznie działających. Wszystko jednak zmierza ku takiemu stężeniu niezgody na drugiego, że jeżeli już sięgać po kategorie estetyczne, to tragizm. Tragizm i absurd (o ile to się nie wyklucza). Tragizm w szekspirowskim  sensie, czyli – można byłoby zachować spokój i zasady, gdyby nadepnięcie na odcisk nie uruchomiło w bohaterach emocji silniejszych od nich samych. Każdy kolejny rewanż podbija stawkę.

Świetny film o tym, jaką siłę sprawczą ma domniemanie czyjejś złej woli. Można przećwiczyć na sobie, wszędzie tam, gdzie czyjeś zachowanie jest nam nie po myśli. Wyobrazić sobie, że istnieje jakiś podtekst, celowość, uprzedzenie względem nas etc. Albo lepiej tego nie robić, tylko obejrzeć islandzki film i przeżyć katharsis. Zanim w grę wejdą pies z kotem… 

jeszcze nie koniec

Jeszcze nie koniec (Jusqu’à la garde) – reż. Xavier Legrand, Francja 2017

Lea Drucker, Denis Menochet

Najświeższe filmowe poruszenie: film Xawiera Legranda. Dlaczego go przeoczyłam? Był w kinach między zimą a wiosną, a dla mnie zaistniał ledwie wczoraj. Można go już obejrzeć w telewizji lub na dvd. Jeśli ktoś – tak jak ja – nie musi oglądać w wakacje wyłącznie kina rozrywkowego, oto tytuł wart uwagi.

Fotos 1 (początek)

W izolowanej od życia sali rozpraw trwa przesłuchanie eksmałżonków w temacie opieki nad dwojgiem ich dzieci. Sędzina wysłuchuje obu stron. Za mało danych, by orzec, kto ma rację. Wszystko może okazać się inne niż się zdaje. Ukłon w stronę Farhadiego, który przed laty analogicznie rozpoczął swoje Rozstanie. Tam jednak rzeczywistość miała wiele warstw, bieg zdarzeń mógł podążyć w tę lub inną stronę, postaci przekonując w jednej scenie, budziły podejrzenia w kolejnej. Paradoksalnie: to, że w filmie Legranda role są rozdzielone, niczego nie upraszcza. Chodzi właśnie o to, że domniemana złożoność sytuacji pozwala zawiesić rozstrzygnięcia. Pozwala trwać niebezpiecznej sytuacji, odbiera słabszej stronie nadzieję, że można wyjść z potrzasku.

Sąd się nie spisał. A sekwencja przesłuchania – trwająca długo, ok. 20 minut – świetnie gra nastawieniem widza. Odizolowani od codzienności patrzymy na bohaterów jak na strony. Kto ma rację: drobna blondynka o zgaszonych emocjach, niemająca twardych dowodów na znęcanie się męża czy zwalisty mężczyzna, chcący praw do dzieci, możliwości współwychowywania syna (córka za moment skończy osiemnastkę). A może blondynka coś rozgrywa, nastawia dzieci przeciw ojcu, zawłaszcza je, by korzystając z uprzywilejowanej (?) pozycji matki, dopiec mężczyźnie, który ją zawiódł – odebrać mu wszystko. A może odwrotnie: mężczyzna kryje się jak wilk w owczej skórze w tej misiowatej niezgrabności. Przedstawia swoje wersje zdarzeń i jedno proste pragnienie – nie stracić syna – by legalnym orzeczeniem instytucji wciąż mieć dostęp do swej własności. Głowa rodziny nie odpuści, jeszcze wszystko będzie chodzić jak w zegarku (który on sam nakręci). Ku której wersji skłania ogląd zdjęcia? Ogląd sądu wcale nie jest wnikliwszy.

Fotos 2 (ucieczka i dybanie)

Denis Menochet, Thoms Gioria

Dwunastoletni Julien zadeklarował co prawda, że nie chce mieć nic wspólnego z „tym facetem”, ale to właśnie on jest na pierwszej linii frontu, gdy ojciec pojawia się, by wyegzekwować czas, do którego uprawnił go sąd. Może kilka pierwszych chwil w samochodzie wstrzymuje osąd. Mur niechęci ze strony dziecka. Próba przełamania dystansu, niełatwe przejęcie syna, z którym nie jest się na co dzień. Ciąg dalszy jest przerażająco oczywisty: Julien jest jak paczka do przechowania: odebrało się ją, posadziło w wygodnym miejscu, zwróci się na czas. Można na nią huknąć, wymuszać potrzebne informacje, można nie odpowiadać na pytania, wgapiając się w telewizor. Nie jest to apogeum zła. Napięcie buduje dramaturgia zdarzeń. Aż po moment, gdy jest już bardzo niebezpiecznie. Wtedy to, co uciążliwe objawia się jak stężona patologia. Dlaczego tak długo tyle sytuacji jest „do zniesienia”?

Jedna rzecz nabrać antypatii do ojca, druga – przyglądać się, jak rozgrywki dorosłych kaleczą dziecko. Strach i niechęć w oczach Juliena (Thomas Gioria). Bezradność – nie może nie przyjąć opieki, choć mu ona nie w smak. Nawet ten zabrany mu wolny czas budzi sprzeciw, a to niewiele wobec sedna sprawy.

Ukłon w stronę Niemiłości Zwiagincewa. Tam co prawda Alosza nie miał wsparcia w żadnym z rodziców. Był niewidzialny i niemy. Julien mógłby liczyć na matkę, gdyby ona miała siły liczyć na siebie. Obaj stłamszeni, mierzą się z własnym strachem.

Fotos 3 (samotność)

Thoms Gioria

Thomas Gioria… Jeszcze nie koniec zdobył pulę nagród (Wenecja, San Sebastian) – w kategoriach: film, reżyser, debiut. Opowieść rozgrywa się kameralnie, bez spektakularnych scen (poza finałem), więc jej siłę tworzą aktorzy. Pierwszoplanowe trio: Denis Ménochet, Léa Drucker i – w roli syna – Thomas Gioria. Niesamowicie rozgrywa to Legrand, pierwszorzędnie odgrywają to aktorzy. Sceny niemych konfrontacji, strachu, tłumionej agresji. Zwłaszcza twarz Juliena zapada w pamięć. Gdy wyszukiwałam informacji o młodym aktorze, wyskoczyły jego zdjęcia z gali – jaki kontrast z twarzą znaną mi z filmu! Roześmiany, beztroski, nieskrępowany. Pozafilmowy komentarz do pozbawionej tej swobody postaci Juliena. 

Napięcie między trojgiem głównych postaci odsuwa na drugi plan pozostałe. Lecz drugi plan to nie żaden drugi sort, też przeprowadzony znakomicie. Skoro główne postaci nie mogą się wykrzyczeć, to i osoby towarzyszące tragedii nie wypowiadają się wprost. Nie wiemy o nich wiele, ale widzimy, że są sytuacją naznaczeni. Córka wchodząca w dorosłość szybkim krokiem uciekiniera. Siostra głównej bohaterki – zdeterminowana bardziej niż ofiara (bezradna, bo poza tragicznym trójkątem). Rodzice Antoine`a, czyli dziadkowie Juliena, wściekli na syna, że tępy i destrukcyjny, i że przez niego tracą wnuka.

Zniuansowana jest też postać Antoine`a (ojca/męża). Coś jednak gasi we mnie potrzebę rozumienia jego słabości. Bo tak jak na rozprawie z początku filmu – można się rozczulić złożonością sytuacji, a czasem lepiej widzieć prosto i nie niuansować winy, gdy w obiegu jest przemoc.

nigdy cię tu nie było

Nigdy cię tu nie było (You Were Never Really Here) – reż. Lynne Ramsay, UK&USA 2017

Dawno mnie tu nie było (nie żeby nigdy). Niech więc będzie, że wracam nocą, w niepokojącym szumie miasta, w kałuży krwi i wśród flashbacków wypełniających głowę Joego (uporczywych tak, że przenikają do mojej). Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem…. cztery, trzy, dwa… jeden.Płatny zabójca, zbir do wynajęcia, mściciel krzywd. Uderza precyzyjnie, znienacka, jak trzeba to w kilku wrogów po kolei. Młotkiem z supermarketu. Oblepiają go obrazy zbrodni sprzed lat. Świeże uderzenia mają coś zneutralizować lub zagłuszyć. Nie wyrywają go jednak z transu, nakładają kolejną warstwę impregnantu na życie. Joe (Joaquin Phoenix) to żywa przeszłość. Słowa, obrazy, sytuacje. Flashbacki: „stój prosto…”, „musisz się bardziej postarać”, odliczanie. Strzępy obrazów: nakładany na twarz dziecka worek (jedna z metod, którą Joe testuje odruchowo na sobie); mama leżąca pod stołem – palcem na ustach nakazująca milczenie dziecku; dzieci stłoczone w przyczepie, pełne lęku; ruszająca się stopa dogorywającego człowieka na pustyni.

Przeszłość do końca się nie wyjaśnia. Wiemy, że Joe doświadczył przemocy. Zło najsilniej uderza w dziecko, zostaje w nim na lata, na zawsze. Casus Joe – skrzywdzony chłopiec, który w malejącym odliczaniu znajdował nadzieję, że „to” się zaraz skończy. Był też po drugiej stronie – z rozkazu zabijał (amerykańskie operacje wojskowe – najprawdopodobniej). 

Gdy rozpoczyna się akcja, Joe wykonuje zlecenia za pieniądze. Nie wnika w to, kogo zabija i dlaczego. Mówią, że jest brutalny. A jest też kruchy i delikatny. Film wypełnia zadanie specjalne: ratowanie nastoletniej Niny Votto, córki senatora, wykorzystywanej w burdelu przez bogatych zwyrodnialców. Tym razem zadawane razy mają posmak zemsty osobistej. Ciąg wydarzeń skupionych wokół eterycznej blondynki – polecam do obejrzenia.

Konotacje: Taksówkarz, Leon Zawodowiec, Logan: Wolverine.

Trudno pisać o tym filmie, nie używając słów: trans, psychodeliczny nastrój, surrealistyczna rzeczywistość. Zanim przejdę do Joaquina Phoenixa, oddam cesarzowi co cesarskie: muzyczny klimat stworzył mistrzowsko Jonny Greenwood (niesamowite, że w tym samym roku skomponował tak odmienny soundtrack do Nici widmo), reżyseria jest w rękach kobiety – Lynne Ramsay. To ma znaczenie, bo brutalność świata – co do której nie ma tu złudzeń – podana jest nie bezpośrednio. Tak mi się zdaje, bo po seansie, gdy próbowałam sobie przypomnieć, czy była scena, na którą nie mogłam patrzeć, przyszła mi do głowy tylko jedna. Ta, w której nie o śmierć chodzi, lecz o wyrwanie zęba.

Gdy Joe wkrada się do domu, w którym dygnitarze zabawiają się dziewczynkami, obserwujemy to wtargnięcie z perspektywy czarno-białego monitoringu. Analogiczna scena w Taksówkarzu eksploduje czerwienią krwi. Nie naoczność więc, nie tarantinowska bezpośredniość i nadmiar. 

Nadwyżka zła, brudu, bezkarnej niemoralności – to wszystko jest w Joe, który doświadcza ich z nadwrażliwością. Niejednoznacznie okrutny morderca. Swoje robi scenariusz i reżyserski pomysł na fragmentaryczną rekonstrukcję przeszłości Joego. Na przeplatanie scen, w których jest katem, ze scenami, w których jest opiekuńczy i czuły. Joe opiekuje się swoją mamą: robi jej porządek w lodówce i sprząta, gdy nieporadnie zaleje łazienkę. Żartuje, gdy staruszka przestraszy się nadawanej w tv Psychozy. I będzie czuwał aż nie zaśnie, by strach nie zakłócił jej snu. Razem śpiewają alfabetyczną piosenkę – rozbrajająco dziecięcą. Chwilami to wręcz komiczne. Również scena, w której Joe leży obok konającego mordercy jego matki i razem śpiewają do wtóru słodkiej melodii sączącej się z radia. Jakby byli nie uczestnikami sytuacji, na którą mają wpływ, lecz wmanewrowanymi w ten absurd dziećmi.

I to wcale nie umniejsza grozy, którą Joe w sobie nosi i którą zaraża. W tym maestria gry Joaquina Phoenixa. A więc: image. Długa broda i kitka, prezencja kloszarda. Powracający gest przemywania twarzy. Jakby pod strumieniem bieżącej wody można było coś zmyć. Momenty wyłączenia – wtedy, gdy powraca przeszłość lub całkiem niespodziane, gdy ktoś włącza Joego w normalne życie. Taka jest np scena, w której idącego ulicą zahacza grupa azjatyckich nastolatek, prosząc o zdjęcie. Nie wiem, czy wynika to z jakiejś zbieżności, czy właśnie niewinność roześmianych twarzy (z coraz bardziej zdziwionymi i łzawiącymi oczyma) wywołuje w Joe konsternację. Joe jest cholernie zmęczony życiem. Chce się z niego wylogować. Całkiem dosłownie – np. podduszając się w foliowym worku, czy przymierzając się do zadania sobie ciosu nożem. Kładąc kamenie do kieszeni, by tonąć. Traci koncentrację lub kieruje ją na szczegół bez znaczenia (na zielony cukierek, np). Chwilami niemal namacalnie głowę rozsadzają mu obrazy.

Dodajmy do tego głos – niski, chropawy, niewyraźny. Barczysta sylwetka i zmęczony, śmiertelnie zmęczony ciężki krok, którym przemierza ulice w dzień. A które nocą są ulicami wyjętymi z filmu Scorsese`a. 

Świat Joe jest zarazem przytłaczający i nierealny. Kwintesencją nierealności są ostatnie sekwencje. Zdarzyło się naprawdę? Przecież matka pojawiać może się już tylko w wyobraźni. Drzemka przy stole w knajpce, gdy planuje wyprawę z Niną – gdy oboje nie wiedzą, dokąd chcieliby uciec. A Joe to śpi, to wreszcie pozwala sobie umrzeć. Może nigdy go tu nie było. Zobaczyć warto. Potwierdzam to po drugim już seansie (pierwszy na jesiennym aff we  Wrocławiu).

trzy billboardy…

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – reż. Martin McDonagh, USA 2017

Trzy billboardy za Ebbing, MissouriJeden z dziewięciu nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. O trzy nieba bardziej trafiający w mój gust niż Czas mroku. Nierozsądnie porównywać takie różności, chyba że według kryterium kinofilskiej sytości. Odludny amerykański Ebbing syci bardziej niż londyński Westminster.

Trzy mocne punkty pomysłu:
1) Prowincjonalna mieścina staje się axis mundi – mikroświatem – w który wchodzimy niechętnie, spodziewając się, że spod naskórkowej poprawności wyjdą demony fobii, frustracji i podłości. Tymczasem… zadomawiamy się i – choć opuszczając Ebbing nie łudzimy się, że świat jest dobry – mamy nadzieję, że na horyzoncie świta.

2) Poczucie humoru i dystans do siebie. Co wynika, rzecz jasna, z dobrze rozpisanego scenariusza – z dialogów i sytuacji. Przyprawionych leciutko absurdem, hojniej ludzką nieporadnością, a już całkiem bez skąpstwa – autoironią. 

3) Postacie – trudno przesądzić, czy mocniej oklaskiwać scenarzystę czy aktorów. Po co rozdzielać, właśnie zgodność jest tu w punkt. Najpierw pierwszoplanowa Mildred Hayes (Frances McDormand) – matka Angeli Hayes, „zgwałconej na łożu śmierci” i spalonej 17-latki. To ona – po siedmiu miesiącach bezczynności policji – podrywa stróżów prawa do działania. Wykupuje trzy billboardy i wypełnia je trzema komunikatami:

* Raped while dying * And still no arrests? * How come, Chief Willoghby?

Miasteczko oburzone, bo choć współczuje matce, to nie pochwala szkalowania znajomych. Policjanci mają ochotę przyłożyć każdemu, kto się nawinie, nie tylko Mildred, wszystkim, zwłaszcza gdy ktoś „kolorowy”, rudy lub mały. Posterunkowy Dixon (Sam Rockwell) ma tę chęć w takim stężeniu, że śmieszy nawet potencjalne ofiary. Role łamią stereotypy. Skrzywdzona matka jest zaczepna i nieprzewidywalna, złośliwie dowcipna.  Nawet zakochany w Mildred miejscowy karzeł potwierdza, że nie jest miła (a przecież wiemy, że Frances McDormand nie uśmiecha się, gdy nie musi). Niewiele jest scen, w których żałoba Mildred ma ton liryczny i kruchy. Na przykład ta, gdy pielęgnując kwiaty pod billboardami, Mildred zauważa sarnę: piękną jak nieżyjąca Angela, budzącą nadzieję, że jej obecność jest znakiem, lecz przecież nadzieję, która pryśnie, gdy włączy się rozsądek. Jakim cudem w ten ból wpleciony jest dowcip, szorstkość i gniew zdolny mimo wszystko do miłosierdzia – wie scenarzysta i reżyser, Martin McDonagh. 

Rządzi tym filmem liczba trzy, więc czas wspomnieć o trzecim ważnym bohaterze, szeryfie Willoughby (Woody Harrelson) i jego trzech listach, w których zostawia adresatom nie tylko wskazówki i siłę do walki, nie tylko swą pamięć i świadomość może mniej dostępną tym, którzy nie muszą się jeszcze ostatecznie żegnać. W tych listach jest zachwyt nad niedoskonałym i niezaprzeczalnie pięknym światem. Tym większy, gdy dostrzeże się w nim potencjał miłości. 

By nie kończyć sentymentalnie, wspomnę o trzech (jest ich więcej, ale wybieram wierność trójce) bohaterach drugiego planu. Robbie, nastoletni syn Mildred, zrównoważony  i cichy, czysty kontrast nieokiełznanej matki. Księdza napoi herbatką, zniesie owsiankę we włosach, ekscentryczne wyrównywanie przez mamę  rachunków z całym światem. Świetny Lucas Hedges – aż nie do wiary, w ilu świetnych filmach grał ten 21-latek. Niezapomniany z roli Patricka w Manchester by the Sea. James (Peter Dinklage) – najpopularniejszy aktorski karzeł, tu – jak zawsze – z wdziękiem, szarmancją i dowcipem ogrywający swą wyróżniającą się posturę. Niech będzie, że trzecią postacią jest matka posterunkowego Dixona (Sandy Martin), której ten opowiada się, o której wróci do domu. Rasistka podsuwająca Dixonowi niewybredne rozwiązania. Ale rasizm, zaściankowość, małostkowość i podłość niespodziewanie stają się własną podszewką. W każdym siedzi poczciwota, potrzebujący impulsu, by odpuścić. 

Smutna historia z tragicznym punktem wyjścia staje się opowieścią kojącą i zabawną. Szeryf Willoughby powiedziałby, że napisał ją sam Szekspir albo może Oskar Wilde. Nie powstydziliby się, choć tym razem to nie oni. 

czas mroku

Czas mroku (Darkest Hour) – reż. Joe Wright, Wielka Brytania 2017

Czas mrokuJeden z dziewięciu nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film. Banku nie rozbije, spokojny mainstream – przyrządzony według tradycyjnej receptury. Z postacią-legendą na pierwszym planie, która wobec kroci już istniejących wizerunków i anegdot, wkracza w obieg w konkretnym historycznym kontekście. Dziś, gdy Wyspiarze na nowo definiują swą europejskość, Winston Churchill może być punktem odniesienia.

Tak to już z wielkoformatowymi postaciami bywa, że w opowieściach o nich łatwo o patos i szarżę na wspólnotowe emocje. Trzeba wybrać: albo się do nich doczepić i wytknąć im „amerykańskość” (scena w metrze, gdy Churchill pyta zaskoczonych „zwykłych ludzi”, co sądzą o dogadaniu się z Hitlerem – never!), albo dostrzec, że na szczęście determinacja Churchilla przyprawiona jest wątpliwościami, dodawaniem sobie animuszu „pomimo” raczej niż „bo właśnie tak!”.

Gdy Churchill mówi: zwyciężymy!, trzyma w ręku tak słabe karty, że król zarzuca mu manipulację i zwodzenie nadzieją. Premierem zostaje, choć ci, którzy go typują, czynią to pełni obaw i z braku lepszych opcji. Chusteczka Chamberlaina (znak do oklasków w parlamencie) długo blokuje aprobatę. Halifax – zachowawczy, wierzący, że Hitler ma interes w dogadaniu się z Anglią, będzie więc grzeczny i słowny – knuje i podważa idealizm Churchilla. Tymczasem Winston ma na swoim koncie kilka porażek, słynie z trudnego charakteru i ekstrawaganckich nawyków. Słabości do whisky i cygar, irytacji – gdy typistka stawia tylko jedną spację między słowami zamiast dwóch, nieznajomości realiów codziennego życia (łatwiej mu planować wojnę niż ugotować jajko)… 

Jeśli warto obejrzeć Darkest Hours – a warto, choć nie jest to seans obowiązkowy – to ze względu na dwie sprawy. Dla mnie akurat ze względu na te dwie. Pierwsza dotyczy kulisów organizowania akcji Dynamo, słynnej ewakuacji żołnierzy z plaż Dunkierki. Mam jeszcze przed oczyma obraz Christophera Nolana. Dorzucam zakulisową niepewność i upór Churchilla, który tę operację nadzorował jako świeżo upieczony (dwutygodniowy) premier. W skali filmu to epizod.

Drugi (jednak główny) impuls do śledzenia fabuły dotyczy churchillowskich przemów. Tych wygłaszanych w parlamencie, tych adresowanych na falach eteru do całego narodu, czy tych mniejszych, jak ta do współpasażerów, przerywana wzruszeniem premiera, który ponoć do płaczu równie był skłonny jak do furii. Churchill zawdzięcza tym mowom – m.in – literackiego Nobla (1953). Nie mogło więc zabraknąć słów, w których obiecuje rodakom „krew, trud, łzy i pot” i tych, w których zapewnia, że walczyć będą wszędzie i dopóty nie potwierdzi się zwycięstwo – na plażach, polach, ulicach, wzgórzach… and never, never, never… nigdy się nie poddadzą. Ja jednak – już świadoma, że Churchill język miał celny i cięty – czuję niedosyt błyskotek. A nawet dziwi mnie trochę, że najlepsze zdanie w filmie wypowiada oponent Churchilla. Na pociechę mam, że dotyczy ono siły dobrze wykorzystanej mocy słowa. Halifax po płomiennej mowie Churchilla w parlamencie puentuje: „Zmobilizował język angielski i posłał go na wojnę”.

Nie mogło mnie to nie zainteresować. Aczkolwiek… Pozostaję w kinowej homeostazie (w nieporuszeniu), która nie wróży dobrze trwałości tego filmu. Przynajmniej w mojej pamięci. Czy to nie fanaberia?: aktorskie mistrzostwo Gary`ego Oldmana (Złoty Glob!) i drugoplanowa obecność Kristin Scott Thomas ujęły mnie mniej niż również z drugiego planu wzięta Lily James. Lily gra stenotypistkę Churchilla i daje się zapamiętać. Pewnie również dlatego, że niedawno widziałam ją w filmie Baby Driver. Wdzięk ukochanej kelnereczki zakochanej w Baby i nieśmiałość sekretarki Churchilla zazębiły się. Zawsze to ulga, gdy w filmie o wielkiej historii pojawi się miła panienka ze swoim mikroświatem.

sznurowadła

Najsłynniejsze filmowe sznurowadła to te, które w Święto Dziękczynienia wylądowały na talerzu Charliego Włóczęgi (Gorączka złota). Sznurowadłowe spaghetti obok steku z podeszwy. Charlie zjadł i jakoś przeżył. Nie pamiętam, by inne sznurowadła zawracały mi dotąd głowę. Dotąd – znaczy do czasu, gdy przeczytałam o telomerach.

Jest taki syndrom, że osoba czytająca o jakichś dolegliwościach, rozpoznaje je w sobie. Ma to każdy hipochondryk i pewnie co drugi student medycyny. Takie zboczenie empatyczne. Nie wiem, czy ono działa, gdy czytamy o super mocach, ale choróbska, ułomności wszelakie czy niedobory bardzo uruchamiają wyobraźnię.

Najpierw przeczytałam, że energia urodzeniowa, niestety, ma ściśle ograniczone zasoby i co zużyte, to się nie odnowi. Dalej wywód prowadził do tego, że kto energię trwoni lub nadweręża, ten się wypali (czasowo lub na amen). Skoro wypalenie nie musi oznaczać gapienia się w sufit, lecz równie dobrze rzucanie się bez tchu w działania zastępcze, postawiłam sobie diagnozę. 

Kto się rzuca jak wieloryb na agrafce – z projektu w projekt, z jednej sterty wypracowań w kolejną, z małego zobowiązania w duże, z dwóch zobowiązań w cztery… Kto? Wielu. Ja też. Może to nawet norma, ale coś za bardzo z przytupem tym razem, bo poczułam, że energia mi umyka, że mogę nie podopinać tego tysiąca drobniutkich, małych, średnich i mega zadań, co sobie wzięłam na klatę. 

Dotarło, gdy przeczytałam o telomerach, które zostały porównane do niklowanych końcówek sznurowadeł. Analogię podsunęła Elizabeth Blackburn (Nagroda Nobla w 2009 r.). Telomery to zakończenia chromosomów, które je chronią przed zwyrodnieniem (żeby się sznurowadła nie rozplątały na końcach). I jak tak dzielą się komórki, enzym polimeraza kopiuje DNA, lecz niecałe. Ta część chromosomowej nici ujęta w uchwyt niklu (telomeru) nie dzieli się. Telomerki też z czasem się skracają. Pomaga im enzym telomeraza, ale do czasu. Tym samym liczba możliwych podziałów danej komórki jest skończona. W sensie: policzalna. Leonard Hayflick ustalił, że komórka ma zaprogramowaną maksymalną liczbę podziałów (tzw. limit Hayflicka). Koniec. Drugiego życia nie dostanie. Podobnie (podobno) ma się z energią. Odnawia się, dzieli na bliźniacze cząstki, lecz wciąż ciut mniejsze. Już nie tak zamaszyście można nimi zarządzać. Czegoś braknie na finiszu. Hip hip hurra zamienia się w sapnięcie – uffff. 

Może tak właśnie jest? Konsternacja. Nie chcę mieć przykrótkich sznurowadeł! Przez chwilę się zastanawiałam, czy może lepiej: nie rozmieniać się na drobne. Poczekać. Znaleźć sobie jeden obszar działań, nie tamaryszkować na wszystkich frontach. Dłużej spać. Nie stresować się nic a nic. (Zestresowane myszy miały telomery krótsze niż myszy wyluzowane!). Co by tu jeszcze? Jeszcze można by – dla zabezpieczenia – jeść tylko Dobre Produkty. Bez przerwy się wiercić, czyli być w Ruchu. Przepędzać czarną aurę, nie zauważać ludzi toksycznych, wyłączyć samokrytykę i jakiekolwiek rozpamiętywanie.

Na szczęście przyszedł Nowy Rok, a wraz z nim ironiczny uśmieszek. Tylko nie planuj! Chyba że Boga chcesz rozśmieszyć dodatkową porcją absurdu.
Astrologowie 
przepowiadają, że Skorpiony mają w herbie feniksa, co się z popiołów odradza. A nie słyszałam, by mu się dziób skracał albo by odrastały mu miniaturowe piórka. Skorpion ze mnie co prawda zwyrodniały (łagodniutki, niepamiętliwy, ze średnio rozwiniętą ambicją). Ale zawsze. Poza tym większość moich butów obywa się bez sznurowadeł. To może jakoś to będzie. 

Niechby więc te sznurowadła – choćby tymczasowe – były jak najdłuższe i jak najmniej się snujące po głowie. Najlepiej, by były pożywne i lekkostrawne.

 

mother!

Mother! – reż. Darren Aronofsky, zdjęcia – Matthew Libatique, USA 2017
mother!

Właśnie rozpoczął się w Bydgoszczy Camerimage (25. edycja filmowego festiwalu sztuki operatorskiej) i jest możliwe, że Matthew Libatique zgarnie Żabę. Aronofsky – Libatique to filmowy tandem z dorobkiem. Mother! jest w konkursie głównym. Jest również na liście filmów dostępnych w repertuarze kin. Można się więc przekonać, na czym kunszt operatora polega i w jaki sposób współtworzy całość.

O ile to możliwe, spróbuję nie wdawać się w powszechny spór na temat kontrowersji i skrajnych ocen filmu. Żadnej oceny nie wystawiam. Oglądałam ze zdziwieniem, irytacją, z narastającym rozbawieniem przerysowaniami… aż po coraz bardziej wzrastające przekonanie, że wszystkie szarże są zaplanowane, celowe i uderzają w sferę wielkiego kalibru. Tak wielkiego, że aż człowiek chce powiedzieć: serio? mówimy tu o Bogu? o Jego infantylnie patriarchalnym ego? Jeśli tak, to Aronofsky porywa się na księżyc z motyką, co emanuje tyleż pychą, co próbą wiwisekcji sacrum w bliżej niesprecyzowanym celu. Otóż cel może być nadęty lub po prostu odważny. I tego rozstrzygnąć nie umiem.

Deklaruję, że odrzucam interpretacje, które widzą w Mother! przede wszystkim opowieść o artyście. Odrzucam, bo jeśli On (główny bohater nazwany jest tym zaimkiem) miałby tylko taką wykładnię, to nie wierzę w film ani trochę. Przekombinowane. Jeśli natomiast oglądać tę fabułę jako opowieść naszpikowaną biblijnymi archetypami, to odbieram ją jak wyzwanie. Nie na tyle jestem otwarta, by przyjmować Aronofsky`ego jak proroka, ale posłuchać i popatrzeć można. Zwłaszcza popatrzeć, bo – powtórzę – zdjęcia Libatique`a mam wciąż w głowie i najsilniej mówi w tym filmie wizualność.

On i Ona (tytułowa „mother”) w wielkim domu na odludziu. On starszy o pokolenie, ona ma urodę madonny. Ona odrestaurowała olbrzymi dom po pożarze, każdą reperację przeprowadzając własnoręcznie. On w tym czasie usiłuje coś tworzyć, nie może przywołać weny, więc ślęczy na pustą kartką. Ironiczne odwrócenie twórczych ról. Impas twórczy jest żałosny, a żałość narasta, gdy obnaża się megalomania „impotenta”, wygórowane wyobrażenia o roli każdego słowa. Tak, to znak: słowo może stwarzać światy, uzdrawiać, określać życiową misję. W tym celu – za moment – nawiedzą dom spragnione tłumy. Słowo potrzebuje kogoś, kto powie „tak, niech się stanie” i świetnie w tej roli sprawdza się młoda kobieta, w której poczęło się życie i wciąż jeszcze nie zgasło uwielbienie do Tego, który je począł. Zawieszam chronologię: poczęty został syn, którego On chce podarować światu. I naprawdę to zrobi, choć Ona usiłuje powstrzymać irracjonalny dar. Tak samo jak próbuje wyperswadować Mu wzruszenie ludźmi, którzy Go wielbią, potrzebują, szerzą kult. U Aronofsky`ego wielkopańskość gestu Artysty (Boga, Onego etc.) jest horrendalnie nieludzka. Dlatego właśnie trudno na serio traktować postać graną przez Javiera Bardema. Artysta o tak rozdmuchanym ego jest niestrawny, choćby tam sobie stwarzał bóg-wie-co. No ale Bóg to inna jakość. Może ludzkie pragnienia kobiety, chcącej tylko domu, wspólnej kolacji i pieluszek dla maluszka to jednak rzecz zbyt drobna? Czyżby w tym sęk, że ona pojąć nie może, a On jednak wie, co robi?

Tropów biblijnych bezlik. Bo to: Adam i Ewa (przybysz, co ma ranę tam gdzie żebro, za którym podąża wcielenie kobiecości) – tu: Ed Harris i Michelle Pfeiffer. Może dom, stojący na bezludziu (z którego Ona chciała zrobić raj) wydaje się początkowo pusty, ale wraz z pojawieniem się Pierwszych Ludzi, nadciągają kolejni. Dwaj synowie – jako żywo: Kain i Abel, a wraz z nimi bratobójstwo. Już oni wystarczają, by urządzić apokalipsę (Ona używa tego słowa, jakby Aronofsky miał potrzebę dopowiedzieć, co i tak przecież widać). 

Apokalipsa, czyli najazd obcych. Gdy On stworzy coś na kształt Księgi – będzie nieustannie się nasilać. Nie sposób się nie zdziwić, że Armagedon jest stopniowalny. Piekło jest przecież już na początku, a tu wciąż bardziej i bardziej… Aż po męczeństwo Syna i rozdanie Jego ciała, by nasycić spragnionych. Aż po niepojęte miłosierdzie dla grzeszników, w których ceni się to, że uznają swą słabość i wciąż szerzą kult z nadzieją na miłosierdzie. Ten „Bóg” jest nie do wytrzymania. Ale trzeba przyznać: zapiera dech, jest niepojęty i w różnych sensach tego słowa: bezgraniczny.

Nie wiem jeszcze, co myślę. Nie traktuje tego filmu jako dzieła, które proponuje jakiś metafizyczny dyskurs. Raczej – sprowadza metafizykę w wymiar ludzki, więc niepojęty. Dosłowność biblijnych tropów (zwłaszcza ofiary z syna) uświadamia, jak bardzo różne jest czytanie Biblii przez zdesakralizowane okulary od lektury, która zakłada jeden zasadniczy pewnik: że On to On. Javier Bardem (nawet gdy mówi „Jestem, który jestem”) jednak Nim nie jest.

***

Mother! pewnie w ryzach gatunkowych horroru się nie mieści, ale sporo jednak z niego ma. Jennifer Lawrence (Ona, matka, etc.) bierze na siebie grozę mierzenia się z czymś irracjonalnym. Krew płynąca w ścianach, plama na podłodze, znaki i głosy dziwne. Nie wydaje mi się, by to była najlepsza rola aktorki – ale można jej empatycznie towarzyszyć. Coraz nowi obcy włażą butami w jej życie, najpierw się szarogęszą, potem na potęgę niszczą (nieumocowany zlew, na którym siadają z nonszalancją – trochę śmieszy, ale nie da się zaprzeczyć, że przyspiesza krążenie krwi w żyłach). Coś tu się Aronofsky`emu załamało, bo choć napięcie grozy powinno rosnąć, trochę siada. Winna jest groteskowa figura natchnionego Artysty. Gdy Bardem nago siada do pisania, by nie uronić weny albo gdy Ona czyta poemat i – klękajcie narody – świat się przemienia, to jednak zabawne jest. W tym rzecz: jeśli ten poemat to Biblia (którą wielu tak właśnie czyta), to inna opcja niż jeśli założyć, że poemat to poemat. Nawet jeśli arcydzielny, to przecież można sobie darować stawanie na palcach i opuchliznę płynącą z dumy.

Niegotowe piękno raju w obiektywie Libatique`a naprawdę robi wrażenie. Surowość, potencjalność, wielkość – aż chce się chodzić krok w krok za Jennifer. Są takie sekwencje (powtórzone i budujące znaczącą klamrę kompozycyjną), w których opowiadaczem jest autor zdjęć. Cień i światło. Najpierw aura rozkładu, spalenizny, truchła, z którego za sprawą światła wyłania się życie. Ten motyw jest powtórzony również w obrazie ogrodu, który ze zgliszcz przemienia się w barwny soczysty Eden. Ogród stwarza się, gdy Ona czyta poemat. Piękno obrazu zakłóca więc infantylna (nieprzekonująca) motywacja. Ale gdy na początku i na końcu filmu ruch kamery i ustępowanie cienia powołują na nowo świat do życia, to to jest coś pięknego.

Chapeau bas za wizualne ogarnięcie apokalipsy. Nie ma co opisywać – to są sceny warte zobaczenia. Nawet gdyby trzeba było wyciszyć przy tym racjonalne interpretacje.

Mother! to film, o którym naprawdę niełatwo jest pisać. Dwie trudności stoją na przeszkodzie. Jedna dotyczy spojlerów (no cóż), druga hermetyczności (bo jednak kto sam nie widział, nie wchłonie tego opisu).

 

 

 

(aff) nowicjat

Nowicjat – reż. Margaret Betts, USA 2017

Film wielu nominacji – póki co niezwieńczonych nagrodą – Sundance, Gotham, Camerimage, AFF (sekcja Spectrum). Najmocniejsze strony to aktorstwo i zdjęcia, również reżyseria – jako że ogarnia całość. Nie wiem, kiedy wchodzi do dystrybucji w polskich kinach. Powinien wejść.

Być może ujął mnie tym, że nie powiela schematu. Czego się można spodziewać po opowieści o dziewczynie wstępującej na zakonny trakt i zamieniającej wachlarz życiowych perspektyw na jednotorową drogę do świętości – w scenerii ograniczonych do minimum bodźców, samotnie, wśród zdanych na podobną samotność, osobnych towarzyszek? Można się spodziewać, że dziewczę albo wyrzeknie się siebie albo wejdzie w konflikt z hierarchią. Ponadstuprocentowa pewność, że przeorysza okaże się podłą babą z twarzą wykrzywioną wieloletnią ascezą i cierpiętnictwem. Te oczekiwania nie stąd płyną, że tak jest w istocie (nie wiem, jak jest, pewnie różnie). Stąd raczej, że taki jest stereotyp i taka jest dramaturgia konfrontacji młodości z późną dojrzałością, świata z zakonem, jednostki z hierarchiczną wspólnotą. I w filmie te wszystkie klisze występują, ale jeśli nie przełamane, to przynajmniej pogłębione, nie czarno-białe.

Wpadło mi w oko czyjeś powątpiewanie: niemożliwe, że w nowicjacie tyle pięknych dziewczyn! Przecież możliwe, skoro takie młode, siedemnastoletnie, mające nadzieję na coraz silniejsze duchowe iluminacje, emanujące oczekiwaniem miłości wyższej i doskonalszej niż wszystko, co oferuje im świat. Postać główną gra Margaret Qualley  (Amelia, poszukiwana przez duet nieudacznych detektywów w filmie – Nice Guys. Równi goście). W Nowicjacie jest krucha i silna. Jej wybór zaskakuje – wyrastała w niewierzącej rodzinie, „rozbitej” – jak mówiło się niegdyś. Trafia do szkoły prowadzonej przez zakonnice i tam znajduje to, co już kilka lat wcześniej ujęło ją podczas przypadkowej „niezobowiązującej” wizyty w kościele: ciszę i spokój. Ujmują ją młode zakonnice, choć te wcale nie rekrutują: „zastanów się, czy NA PEWNO tego chcesz”, mówią z rezerwą.

Cathleen chce. Chętnie wyrzeknie się świata, im więcej odda, tym bliższy wyda jej się Jezus-Oblubieniec. To oddanie jest namiętnością. Niesamowicie pokazuje to film. Owszem, współtowarzyszki wyboru przygnały do zakonu impulsy na ogół przypadkowe: tradycja, by jedno z dzieci oddać Bogu, film z Audrey Hepburn (The Nun`s Story), potrzeba szacunku (bycie przedsoborową zakonnicą to prestiż). Ale jakież zaskoczenie, gdy w miarę upływu czasu, dziewczyny coraz dojrzalej lustrują własne pragnienia. Gdy dzielą się obawami, próbują rozróżnić rozmowę z Bogiem od dialogu z samą sobą, gdy doświadczają milczenia i zaczynają rozumieć, że to najczęstsza odpowiedź, jakiej udzieli im On. Dawno nie spotkałam się z taką opowieścią. Na ogół przecież człowiek pakuje się w życiowe wybory na oślep. Więc chętnie pomyśli, że panienki na progu życia muszą być ślepe po stokroć. Wcale nie. Wycofują się. Przyglądają się, jak habit zrzuca ich opiekunka, jak jedna ze starszych zakonnic wariuje. 

Dziewczyny są tak młode, że ich hojne wyrzeczenia są na wpół świadome. Znów: mogłoby się zdawać, że pewne pragnienia w ogóle nie wydostaną się na wierzch, stłumi je zakonne tabu, poczucie grzechu. Tymczasem właśnie tu czeka przełamanie. Erotyzm, rodzący się stopniowo, przerażający, bo przeżywany w tajemnicy i przychodzący wbrew woli. Naprawdę mam szacunek do reżyserki za sposób, w jaki to ukazała. Jeśli Cathleen z namiętnością oddaje swe życie Wybranemu, to coraz trudniej będzie jej opanować pragnienie bliskości. Jedno z tych, które ma być beznadziejnie niezaspokojone.

Tym, co mnie uderzyło jest przekonanie, że zakonna droga to małżeństwo z Jezusem. Brzmi to jakoś tak… sama nie wiem… kosmicznie. Ale tak jest nazywane. Dziewczęta po ślubach tańczą przy ognisku jak na weselu. Są aż pijane radością, że taki super Pan Młody jest ich (znaczy każdej z osobna – !). Matka przełożona też czuje się żoną. W głowie się kręci. Ale też dodaje to bohaterkom kobiecości. Każda pracuje nad swym małżeństwem z osobna. Zakon to inny świat? O, tak.

Skierujmy światło na przeoryszę. Gra ją Melissa Leo (najwięcej nagród zgarnęła dotąd za drugoplanową rolę w Fighterze – 2010). Dla niej warto zobaczyć ten film. Od nowicjuszek zaczęłam, bo to plan pierwszy, ale matka przełożona to postać-cebula. Warstewka po warstewce buduje efekt piorunujący. Najwyższy czas, by uwzględnić tło historyczne (które dla zrozumienia opowieści o nowicjacie nie było najistotniejsze). Jesteśmy na początku lat 60. Papież Jan XXIII reformuje kościół na II Soborze Watykańskim. Jeden z dekretów adresowany będzie bezpośrednio do osób konsekrowanych. Zrewolucjonizuje ich świat. Patrzę na te przemiany przez pryzmat filmu – w tym świetle zmiany są dla wielu zainteresowanych nie do przełknięcia. Podobno ich konsekwencją było porzucenie zakonu przez 90 000 zakonnic. 

Matka przełożona to przeczuwa. Trzyma swe dziewczyny pod kloszem niewiedzy. Dopiero arcybiskup przywołuje ją (groźbą) do porządku. Ach, ten epizod z arcybiskupem! Jak on ustawia hierarchię! Jak biskup się nią pasie, jak zakonnica przełyka pigułkę pokory!

Dlaczego kreacja Melissy Leo jest taka świetna? Bo niejednoznaczna. Ja ją rozumiem, choć charakter nie mój. Gdy mówi nowicjuszkom, że zastąpi im Boga jako pośredniczka, chociaż to absurd, brzmi wiarygodnie. Gdy przenika wzrokiem, organizuje sesje terapeutyczne, przeprowadzając na dziewczynach wiwisekcję, miażdży gaduły wrzaskiem – wywołuje dreszcze. Ale wiele rozumie. Zna wszystkie wątpliwości, bo sama ich doświadcza i woli obrać dziewczyny ze złudzeń. Już ona wie, co znaczy milczenie Tego, który przyjął dar poświęcenia Mu życia. Scena, w której miotana irytacją – bo w czasie absolutnej ciszy, nowicjuszka pozdrowiła ją na głos – nie panuje nad twarzą, zapada w pamięć. Nie tyle jest wściekła (nad miarę), co ogarnięta niekontrolowaną chęcią, by przedrzeźniać, doszpilić, przydepnąć tę nieogarniętą istotę, która stanęła jej na drodze. Trzeba zamilknąć, gdy kładzie się u stóp ołtarza jak zdradzona kobieta, która „pomimo wszystko” będzie trwać w wierności. Albo gdy przełyka łzy, czytając dekret, który – tak to przynajmniej brzmi – degraduje zakonnice z pozycji Oblubienic do równych wszystkim innym członkom kościoła, od których nigdy nikt radykalnych wyrzeczeń nie oczekiwał.

I tu już trzeba kończyć, bo ileż można. Ale zza muru wyłania się postać, którą lubię najbardziej. Julianne Nicholson jako Nora Harris, matka Cathleen. Kobieca, bezpośrednia, nonszalancka wobec kościelnych świętości, których nie rozumie. Świecka do bólu. Pełna podejrzeń wobec instytucji, w której swe życie chce ulokować jej córka. Próbuje wybić jej z głowy klasztorną opcję. Ale zostawia Cathleen wolność, bez której sama by żyć nie mogła. Pojawia się raz po raz i mnie jej obecność wzrusza. Jak zawsze wzrusza miłość, niestawiająca kochanej osobie barier i kłód w poprzek drogi, którą chce iść.

 

zaległa obecność

Na czym to skończyłam? Na lipcowej Dunkierce? Ano. Trochę wody upłynęło. Trochę znużenia przybyło. I zdziwienia – że jak to? Tamaryszek nie pisze, a świat wciąż toczy się dalej? I filmy ktoś kręci, choć nie są na …pre-tekstach opisane? Żaden alarm się nie włącza, a przecież siedzą we mnie (coraz słabiej osadzone) obrazy widziane w kinach w sierpniu, wrześniu, październiku…

No, to czas na remanent (zanim kolejna zaspa niepamięci przysypie chwilowo świeże wrażenia). Na 18. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (początek sierpnia) największe wrażenie zrobił na mnie Zwiagincew. Już wiadomo, że Niemiłość wejdzie do kin na początku lutego. Wówczas warto nie przegapić. Nawet jeśli nie trzeba wiele, by zamknąć oczy i wyświetlić sobie ten film z pamięci, bo mocno się po pierwszym oglądzie w głowie osadza. Ta scena, gdy mały Alosza – za drzwiami łazienki – słyszy rodziców podrzucających go sobie jak niechcianą paczkę. Albo spotkanie mamy Aloszy z własną matką (pełną wypomnień i żywych zaległych życiowych rozczarowań). I ta myśl, że nawet nienawiść nie boli bardziej niż „niemiłość”, obojętność i chłód.

Sierpniowy Wrocław to był dla mnie czas odkrycia takich filmów jak Dusza i ciało (węgierski), Po tamtej stronie (fiński), Western (niemiecki) i Manifesto (oj, szalona Cate Blanchett!). Odkrycia! Poza tym unikalne spotkanie z Van Goghiem, powtórzone w październiku, na seansie z dubbingiem. Twój Vincent – mocno zabrzmi, ale tak: obrazy Van Gogha już nie będą takie same. Są podszyte ruchem. Potencjalnością. Jakby naprawdę można było w nie wejść i dojść z jednego pejzażu w kolejny. Poza tym cały czas bawi mnie świadomość, że można zagrać rolę w filmie animowanym; że ktoś gra po to, by później tę grę zanimować. OK, efekt „no, naprawdę”. Ale czyż to nie tak jakby dojrzała piwonia zamieniała się w kwiatowy pączek? Ależ to byłby świat, gdybyśmy zaczęli marzyć o wejściu w przestrzeń już istniejących malarskich struktur. Gdyby ktoś mnie zanimował np. jako tę dziewczynę na huśtawce, w białej sukience z niebieskimi kokardami – z Renoira. A jeszcze lepiej tę w czerwonym kapeluszu, siedzącą z dzieckiem na tarasie, zamyśloną taką. O, tę chcę zagrać! Mam predyspozycje. ;)

Widziałam latem i inne – Happy End (Hanekego), A Ghost Story (Lovery`ego) czy The Square (Östlunda). Zostały we mnie we fragmentach. Może się kiedyś – przy kolejnym oglądzie – poskładają w całość. Podwójny kochanek przesądził o przypięciu Ozonowi łatki nudziarza.

To było „przedwczoraj”, a „wczoraj” raczyłam się Ameryką na wrocławskim 8. AFF (ostatnia październikowa sobota). Ździebełko filmowej klasyki: pobyt w psychiatryku u Samuela Fullera – Shock Corridor. Psychiatryczna Ameryka (kameralny plan jest mikrokosmosem, w którym USA – i nie tylko – mogą się przeglądać). Ostrzeżenie: nie ryzykować dla kariery pisarskiej zbyt wiele! Może i trzeba przyjrzeć się światu, zanim się go opisze. Lepiej jednak zachować dystans niż skończyć jak katatonik z wyciągniętą ręką. ;) Z hałaśliwej przestrzeni dobrze wskoczyć w miejsce zaciszne (choć stany z ekspresją hiper- i hipo- dają podobny rodzaj odlotu). Trafiłam do Nowicjatu (Margaret Betts) – którego akcja rozgrywa się (podobnie jak film Fullera) w latach 60. Nowicjat to mój faworyt tegorocznego oglądu (i chciałabym mu poświęcić w oddzielnym wpisie więcej uwagi).

A propos amplitud dalekich od normalności: dorzucę jeszcze dokument Kochana mamusia nie żyje, którego temat (morderstwo matki przez córkę, uśmiercaną uprzednio przez matkę farmakologią i toksynami emocji) jest tyleż mocny, co prowadzący na skraj irytacji.

Bardzo mi natomiast było miło wędrować nocą w gangsterskim klimacie ze zmęczonym do granic możliwości Joaquinem Phoenixem czy z Robertem Pattinsonem i braćmi Safdie. Okradać, mordować, uciekać… w świetle migających neonów natężających ból głowy.

Zabawne, że festiwalowy program opisuje oba filmy (Nigdy cię tu nie było i Good Time) jako krzyżówkę Taksówkarza Martina Scorsese i Drive Nicolasa Windinga Refna lub Taksówkarza i Siedem Davida Finchera. Czyżby „kalkomania” redaktorów? Bo noc, samochód i desperacja?

Ojejku, ja nie wszystko rozumiem, poprzestaję na domysłach, ale i tak oczu nie mogę oderwać, gdy Phoenix w jednej scenie śpiewa z mamą piosenkę „alfabetyczną”, a w drugiej wali po mordach (mało powiedziane!) zleconych mu skurwieli (słowo, wiem, nieładne, lecz adekwatne). You Were Never Really Here.

Good Time to coś dla miłośników absurdu (lub sensacji podszytej humorem). Jeden z braci Safdie (scenarzyści i reżyserzy) gra tu rolę upośledzonego umysłowo, w którejś z pierwszych scen poddawanego ankiecie przez terapeutę. „Co to dla pana znaczy: dzielić skórę na niedźwiedziu?… a co: uderz w stół , a nożyce się odezwą?…”. Jego bystry brat, Connie (Pattinson), próbuje go wyciągnąć ze stresogennej sytuacji. Bo biedak napina się niemożebnie przy odpowiedziach („Connie, my tu z panem rozmawiamy o niedźwiedziu i nożyczkach”). I cały film jest właśnie o tym, jak bystrzak próbuje udowodnić światu, że brat nadąża i wszystko potrafi. Zaczynają od tego, by sprawdzić, czy im się uda wspólny napad na bank. A dalej to już czysta gonitwa-ucieczka, roller coaster, co nawet czasu na namysł nie zostawia, tak gna.

Myślę sobie, że poza wszystkim innym (głębią, kunsztem, wagą tematu…) kino potrzebne jest człowiekowi, by wypchnąć z niego zmęczenie. Owszem, samo też męczy. Zwłaszcza w dawce pięciu seansów na dzień. Ale jak cudownie odświeża – nawet swoim brudem, szaleństwem, dewiacją i innymi paskudztwami, w które narkotycznie umie wciągnąć. Porównać da się to do zanurzenia głowy w rwący nurt. Oddechu brak, stężenie grozy i szału większe niż przed zanurzeniem, ale gdy się ponownie odzyska dostęp do powietrza, to nagle tlen wskakuje w normalne parametry. 

Dunkierka

Dunkierka, reż. Chrstopher Nolan, Wielka Brytania &co, 2017

Do pisania o filmach wojennych podchodzę z nieśmiałością dużą, bo co ja tam wiem. Myli mi się, kto-gdzie-jak dowodził. Jakie strategie tworzą ukryte tło zdarzeń. Nie rozróżniam broni, pojazdów, samolotów. Nawet o znaczeniu bitew muszę coś doczytać (przed lub po). Dunkierka plasuje się na liście zdarzeń mi znanych, ale jeśli dorzucę coś od siebie, to nie po to, by zdawać test z historii. Opowiem o sile seansu najnowszego filmu Nolana, o torpedzie strachu, w jakiej na własne życzenie się znalazłam. 

Stawiam Dunkierkę wyżej niż Szeregowca Ryana, Przełęcz ocalonych czy Helikopter w ogniu. A przecież Spielberg, Gibson, Scott swej rangi nie tracą. Do innych wielkich filmów wojennych analogii nie przeprowadzam, choć można przy tej okazji jakiś klasyk sobie przypomnieć.

Bardzo zsynchronizowana opowieść. Równie zasadnie można by zacząć uwagami o muzyce, stronie wizualnej czy scenariuszu. Są sprzężone, wszystkie strefy działają równocześnie. 

Akcja rozpisana na tydzień, przełom maja i czerwca w 1940 – operacja „Dynamo”. Osaczone wojska alianckie – angielskie i francuskie (trzeba rozróżnić) – nie mają szans w walce z wrogiem. Należy więc ewakuować żołnierzy przez Kanał La Manche. Na horyzoncie plaży w Dunkierce mgliście „widać” ojczysty ląd. Dom jest niemal w zasięgu zmysłów, wzmacniając tęsknotę i bezradność. Siły zbrojne nie przysyłają na ratunek okrętów wojennych, czekających w gotowości na obronę Brytanii. Nadzieja w małych, licznych, łodziach i jachtach. A żołnierzy na plażach Dunkierki są setki tysięcy. Jakie szanse ma każdy z nich, by być uratowanym? Im ich więcej, tym nadzieje na życie mniejsze. 

Wiadomo, że wielka ewakuacja stała się symbolem „zwycięskiej porażki”. Na francuskim brzegu porzucono broń i wcale niemałą liczbę poległych żołnierzy, na brzeg angielski dotarło ich 338 tysięcy 226. W jednej z końcowych scen, gdy wchodzą do pociągu, którym pojadą w głąb lądu, niewidomy starzec wita ich słowami:
– Brawo!
– Myśmy tylko ocaleli.
– To wystarczy!
Napięcie między doświadczeniem przegranej i wygranej wpisane jest też w scenę czytania gazety. Jeszcze nie wiedzą, jaki będzie społeczny komentarz do ewakuacji, strach przed wstydem waży się z ulgą po totalnym zmęczeniu minionego tygodnia. Mnie się to rozdarcie nie udziela. 
Przeżyć – wystarczy. Wreszcie przestaję się bać, rozumiem tylko sen, w który się chronią, odreagowując piekielną, natężoną czujność. Film Nolana nie zajmuje się tym, co odłoży się w psychicznej pamięci. Wystarczająco dużo się zdarzyło, by ocaleni zapamiętali ekstremalne stany i reakcje.

Fenomenalne jest to, że scenariusz Nolana nie koncentruje się na żadnej spektakularnej historii. Można wybrać, który z bohaterów silniej zaanektuje naszą uwagę. Każdy, kto wchodzi w pole akcji, wprowadza swój los w grę. Gra zagarnia coraz więcej ludzi i coraz mniej daje im szans. Nie dowiemy się o tych postaciach zbyt wiele. Poza tym, że pod Dunkierką dotknęli śmierci, ostatecznie lub tylko czując jej przedsmak.

Dunkierka. 1

Skoro więc nie śledzę „przygód”, nie uruchamiam sentymentalnych kontekstów, nie mam wglądu w biografię, w relacje, w bagaż cudzy, to uruchamiam własny. Przez niespełna dwie godziny jestem nad Dunkierką w błękicie nieba i wody, w kabinie myśliwca z Farrierem (Tom Hardy), który traci kontrolę nad zasobami paliwa. Albo z Collinsem (Jack Lowden), lądującym na pełnym morzu, w stawiającej opór kabinie napełniającej się wodą. Albo na jachcie Dawsona (Mark Rylance), który kieruje się w stronę odwrotną do ucieczki. I trudno nie rozumieć, że wyciągnięty z morza żołnierz dygocze ze strachu (Cilian Murphy). Jeszcze gorzej: nie w myśliwcu jestem i nie na jachcie, lecz w zatapiającej się łajbie albo pod wodą, na której unosi się i za chwilę zapłonie warstwa ropy. Na mostku wśród tysiąca innych pod ostrzałem bombowców.

Dunkierka. 3

Scenariusz, który sygnalizuje potencjał bohaterów, ale za nim nie idzie, to ryzyko. Słusznie podjęte. Zmultiplikowanie bohaterów, wtłoczenie na plażę statystów, balansowanie między otwartą przestrzenią nieba, wody, piasku a klaustrofobiczną cieśnią kabin – potęguje strach. Kolorystyka obrazów – czasem błękit, często sinoniebieski, szary, beż i cała paleta ciemności. Operatorem jest Hoyte Van Hoytema, chciałabym zapamiętać. Muzycznie prowadził mnie przez seans Hans Zimmer. Nie umiem opisywać muzyki, ale kto wie, czy to nie główna siła, która wpędziła mnie w lęk. Swą monotonią narastającą. Cały czas sugerując jakąś eksplozję, ale w heroizm nie wchodząc. Właśnie osaczenie – czasem, przestrzenią, dźwiękiem jest tym, co działa silniej niż herosi i ich ewentualne tragizmy i heroizmy.

Jak powstawała Dunkierka? (materiał z vloga Na gałęzi)

Dunkierka

 

Olli Mäki

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Hymyilevä mies), reż. Juho Kuosmanen, Finlandia 2016

Premiera w połowie lipca. Widziałam, bo byłam na seansie „kina w ciemno” (MUZA).  

Fowiści zgłosiliby veto: film czarno-biały. Amatorzy soundtracków mogliby poczuć niedosyt: nie ma muzyki spoza planu (na planie – niewiele). A ja mówię: zaskoczenie, niespodzianka, bardzo w punkt.

Chwytliwy slogan głosi, że to „fińska love story”, ale bardziej „fińska story” niż „love…”. Opowieść ma zaczepienie w prawdziwej historii – w biografii tytułowego Olli, boksera, który miał dla Finów wywalczyć mistrzostwo świata w 1962 roku.

Fabuła krąży wokół tego sportowego eventu. W Helsinkach rozegra się wielki pojedynek: Amerykanina (który ma tytułu bronić) i Fina (który ma mu go odebrać). Olli to prowincjonalny piekarz z Kokkoli (w tym mieście urodzi się też reżyser – 27 lat po pamiętnym bokserskim starciu). Skoro po tylu latach kręci się o Ollim Mäkim filmy, znaczy, że była to w fińskim sporcie persona. Póki co jest świeży, skromny, uważnie rozpoznający swe cele i uczucia. Cel: nie sprawić zawodu, czyli wygrać, uczucie: „chyba się zakochałem”, czyli Raija. 

Wszystko jest takie niepozorne! Dzisiejszy świat glamour, szeroko otwarty dla sportowych celebrytów, jeszcze nawet nie raczkuje (albo ledwie). Owszem, ekipa fotoreporterów ma śledzić przygotowania, robi się kilka ustawek (nic nieznaczącą Raiję usuwając w cień). Żadnych tam pstrykniętych ukradkiem zdjęć paparazzich. A były przecież widowiskowe okazje – np. gromada zapiętych na ostatni guzik dziennikarzy wkraczająca do łaźni, gdzie goluteńcy bokserzy.

Największym zaskoczeniem jest to, co poza fotograficznym kadrem. Życie codzienne w malutkich mieszkankach, spanie kątem u trenera (w dziecięcym pokoju, skąd przegnano dzieciaki), amatorskie zbijanie wagi. Jest szum i są oczekiwania, ale ich skala budzi uśmiech. Podobała mi się scena kościelna. Olli jest gościem na czyimś weselu. Nieważni nowożeńcy, mężczyźni teatralnym szeptem chcą wydobyć z weselnego gościa, ile to on musi ważyć i jakim cudem schudnie. Biedny Olli nie mógł przecież startować w tej kategorii wagowej, do której naturalnie przynależał, bo w wadze lekkiej triumfował niegdyś trener. Olli musi zmarnieć do 57 kg, do wagi piórkowej, a i tak cud-miód, że nie do koguciej. 

Wszystko, co mnie ujmuje w fińskiej opowieści o człowieku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, jest rozpięte między prostą i minimalistyczną mimiką młodego boksera a promienną i mądrą twarzą Raiji. Skupienie i jasność. Więc jednak „love” głównym tematem? Jednak nie. Historia tych dwojga rozwija się dyskretnie, w domysłach, bez dramatyzmu. Prawie jej nie ma, choć tworzy mocne tło.

Jest jak antidotum na niepewność i presję świata. Jak lek, kompres i multiwitamina na spojrzenia, które widzą w nas kogoś, kim podobno mamy być. Raija patrzy prosto, z uśmiechem, gotowa roześmiać się w głos lub zrobić głupią minę. Niby nic nie znaczy, sama chętnie schodzi na drugi plan. Ale wówczas drugi plan staje się pierwszym. Tak to chyba widzi Olli. Jeśli więc w realnym życiu rzeczywiście związał się z Raiją, to pewnie się nie zatracił i równowagę utrzymał. Bo to właśnie taki film o równowadze. Zwłaszcza w chwili, gdy coś nas rozbuja i próbuje przestawić na nieznany nam tor. Wówczas jest tak, jak w tych scenach, gdy Olli wiózł rowerem Raiję siedzącą na przednim kole. Miało się na wywrotkę, a do celu dotarli.

Data bokserskiej walki – 17 sierpnia 1962 – bez względu na to, co się zdarzy na ringu, będzie datą szczęśliwą. I o to „bez względu” toczy się gra.

Olli Maki 3

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

opowieść do wysłuchania

Długie milczenie grozi eksplozją. Ryzy nakładam i słowotoku nie będzie. Sam konkret. Opowiem co i dlaczego absorbuje moją uwagę. Oczywiście poza filmami, książkami, pracą i życiem powszednim.

CK Zamek (Poznań) – Centrum Praktyk Edukacyjnych – ogłasza wiosną konkurs na projekt Współdziałanie w kulturze. Muszą być dwie strony, edukacja i kultura, i jakaś grupa docelowa, której projekt będzie służył. Czegoś uczył i zapraszał do twórczego działania. Wystartowałyśmy z moją przyjaciółką i dano nam zielone światło. Wybrano siedem projektów do realizacji, również nasz.

Ja reprezentuję ZSO nr 4, Joanna ODN. Partnerów znalazłyśmy w Teatrze Nowym (Michał Pabian jest tam dramaturgiem, prowadzi również spotkania z tekstem i pisarzami – Czytnik) i w Radiu Poznań (Wanda Wasilewska specjalizuje się w reportażach społecznych). Działamy do połowy października.

Tytuł zdradza wszystko: „MOST ZAMIAST MURU. Opowieść do wysłuchania”. Dotyczy wykluczenia. Grupą docelową są osadzeni w Areszcie Śledczym na Młyńskiej. Robimy z nimi słuchowisko. W ten sposób opowieść zza muru zbuduje most i ma szansę pokazać, że po obu stronach można podobnie myśleć i czuć. A jeśli różnie, to też ciekawie.

Drugą grupą  są licealiści. Popracujemy z nimi nad wykluczeniem, które widzą wokół siebie lub którego doświadczają. I dobrze by było, gdyby i tu powstała jakaś opowieść. Te opowieści być może się spotkają.

Zaplanowałyśmy cykl warsztatów. Scenarzysta z Teatru Nowego pracuje z więźniami nad historią, która ma być opowiedziana. Fikcja, przefiltrowana przez ich sposób patrzenia. Potem aktor pomoże przygotować role, a reporterka wystąpi w roli reżyserki. Chłopaki z Młyńskiej zadziałają. Już ruszyli i idzie nieźle.

Młodych dopiero rozkręcamy. Mamy dla nich warsztaty tematyczne – „wykluczenie” i „inność”, mury i mosty. Spotkają się ze scenarzystą, reporterką społeczną, aktorką, która metodę dramy wykorzystuje w działaniach społecznych, również ze mną i z Joanną.

Trzymajcie kciuki, bo gra jest warta świeczki. :) Można nas polubić i obserwować na fanpage`u (KLIK).

Zapraszam :)

Kuracja Yaloma

Kuracja Yaloma, reż. Sabine Gisiger, USA 2014

Obejrzałam w kinie MUZA, w „tani czwartek”. W ofercie zdarzają się przy tej okazji różne cuda niewidy i to jest film z tej kategorii. Nie słyszałam wcześniej ani o Irvinie Davidzie Yalomie (ignorancja), ani o filmie (co wybaczalne, nie ma go nawet w indeksie FilmWebu). Warto było obejrzeć. Jeśli się komuś nadarzy okazja, proszę nie przegapiać. Dokument biograficzny, który trudno oceniać według kryteriów filmowych. Magnesem jest bohater. Dla tych lepiej zorientowanych w psychologicznym świecie znaczące może być nazwisko. Mnie ujął człowiek.

Druga dekada XXI wieku – Yalom (rocznik 1931) ma ponad 80 lat. Mieszka w pobliżu Palo Alto, już nie wykłada na Stanfordzie, lecz wciąż jest zawodowo czynny. Co zrozumiałe, gdy uwzględnimy zakres jego działań. To profesor psychiatrii, „ojciec psychoterapii”, pionier terapii grupowej. W Ameryce znany i popularny. Tym bardziej, że nie tylko badacz i praktyk, lecz również popularyzator i autor powieści. W Polsce wydawany przez Instytut Psychologii Zdrowia i przez Czarną Owcę.

Przyglądam się postaci bardzo otwartej i empatycznej, nieekspansywnej, skłonnej do zejścia na drugi plan. Uderza skromność, absolutny brak zachowań przywódczych (choć z powodzeniem występuje przed kilkutysięczną rzeszą słuchaczy na konferencji). Raczej introwertyk, z dobrze przepracowaną umiejętnością wchodzenia w relacje.

Pierwsze co mnie ujmuje to właśnie ta symbioza doświadczenia (podszytego zawodowym sukcesem) i świeżości. Profesjonalizm i „naiwność”. Pół wieku pracy terapeutycznej i gotowość do zaczynania kolejnego wyzwania jakby było pierwszym. Sztuka odkładania na bok gotowych mądrości. Mówi Yalom: pomagam ludziom, bo sam tę drogę przeszedłem wiele razy, czy nie tego oczekujemy od przewodnika? Nie w tym rzecz, że zna metę, ale że już szedł i widział, jak szli tą drogą inni, że też się wybiera w drogę. Chyba można zaufać?

Podoba mi się fragment z wyszperanego w Sieci wywiadu (TU), w którym odnosi się do Barucha Spinozy. Punkt wyjścia: namiętności są silniejsze niż rozum i często nas zwodzą. Nic dobrego nie wyniknie z tej konfrontacji. „Musimy zamienić rozum w namiętność”, uczynić z poznawania siebie przygodę. „Jako terapeutę prowadzi mnie to do chęci zwiększania wiedzy pacjenta o samym sobie. Często pytam: «Czyż nie jest interesujące, że ja wydaję się być bardziej zainteresowany tobą niż ty sobą samym? Dlaczego tak się dzieje?» Pomagam pacjentowi w zainteresowaniu się sobą samym, ażeby wraz z terapeutą byli podekscytowani wspólną pracą”.

Drugie co mnie ujęło i zaskoczyło to wiara w literaturę i filozofię. Ani stawianie pytań, ani szukanie odpowiedzi nie zaczęło się na kozetce u Freuda. Notabene: Yalom odleżał obowiązkowe (dla studenta psychologii) psychoanalityczne seanse i nauczył się dzięki nim, jakie drogi omijać. Literatura i filozofia penetrują ludzką „duszę” od zawsze. Oczywiście, brzmi to deklaratywnie, gdy powiem, że Yalom uczy się od pisarzy i filozofów. Powiedzieć łatwo. Moim zdaniem już deklaracja jest ciekawa, idąca pod prąd obiegowych wyobrażeń o psychologii coachingowo-NLP-owskiej. Skuteczność, wymierność, rozwiązywalność, użyteczność… Można się uczyć od charyzmatycznych coachów, mówców występujących przed wypełnioną salą, można też od tych, którzy utrwalili swe rozważania w esejach czy fabułach. To się nie wyklucza. Ale przeczuwam, że literatura i filozofia wprowadzają w te poszukiwania oddech. Otwartość (filozofia) i paraboliczność (literatura). 

Zanim pojawił się pomysł studiów medycznych, Yalom zachłannie czyta. Potem odkrywa, że wiedzę może spożytkować w terapii. A po latach koło się zatacza i – mając doświadczenie praktyka – wraca do literatury. Pisze książki, bo nimi może trafić do ludzi inaczej, szerzej i głębiej. Nie bezpośrednią diagnostyką, lecz analogią i leczniczą siłą narracji. Yalom pisze książki, sięgając po doświadczenia terapeuty. Ale też powieści, w których ożywia filozofów: Kiedy Nietzsche szlochał, Kuracja Schopenhauera, Problem Spinozy. Super sprawa. Korci mnie, by przeczytać i trochę boję się, że pan Yalom aż nadto jest sympatyczny, by mieć na dokładkę literacki talent. ;) Tytuły bliższe obserwacjom psychoterapeuty to: Kat miłości…, Istoty ulotne…, Leżąc na kozetce, Patrząc w gwiazdy.

Trzecia sprawa – coś, co zostaje wyrażone nie słowami, lecz wynika z całej filmowej opowieści – to świadectwo życia. Lekarzu, ulecz się sam. Psychoterapeuto, wyklaruj swoje życie. No i tu jest pułapka. Gdyby Yalom był świetliście uporządkowany, zakrawałoby to na ściemę. Gdyby się zanadto pogubił, to można by bez żalu machnąć ręką na porady. Uważam, że mieści się w bezpiecznym środku, z tendencją ku jasności. Kluczowe, że mówi o sobie w sam raz – nie stawiając siebie w centrum i nie chowając się za teorię. 

Jest synem polskich Żydów, którzy przed wojną wyemigrowali do Stanów, założyli tam sklep i – nie asymilując się – nigdy nie wyszli z getta. Ojciec umiera, gdy Irvin jest nastolatkiem, relację z matką będzie przepracowywał całe życie. W roli antidotum wystąpi żona, niezależna, dowcipna, ale nie dominująca. Małżeństwo udało im się nad wyraz. Zazdrości go im ich czworo dzieci (każde po rozwodzie). Podpatrują wnuki. I jestem w stanie uwierzyć w terapię, patrząc na to jak stabilnie czuła się przy panu Yalomie pani Yalomowa. Jeśli w związku ktoś musi być tym, któremu zależy ciut bardziej, to oficjalnie w tę rolę wchodzi Irvin. Żona lekko kokietuje, że – ach, czasami wyfruwała w pragnieniach tu i tam, ale dodaje – on mnie zawsze bardzo ciekawił. Choć tym, co może w Irvinie Davidzie Yalomie ujmować najmocniej, jest właśnie to niesilenie się na atrakcyjność i deklarowanie stałości. 

tytułem wstępu

Nie wiem, co ten wstęp zapowiada – kolejny rozdział czy epilog? Babka wróżyła na dwoje. Ale fakt: dwa i pół miesiąca bez wpisu. Znów zawiesiłam się na polskim kinie (syndrom Wołynia i Pokotu). Jeden z możliwych wniosków sugeruje, że jest to kinematografia wampiryczna i trzeba ją z kinem światowym przeplatać, inaczej wyssie, zassie, zaczopuje wenę na amen. Niewykluczone, że magiczny wpływ na zamilknięcie miało też podwójne mierzenie się z Milczeniem (Endo i Scorsese`a). Wszystko bowiem może mieć skutki uboczne i stać się niechcianym antypre-tekstem. 

Szukając przyczyn racjonalnych, znajduję trzy. Po pierwsze nadmiar pretekstów. Kwietniowy konkurs filmowy (dla licealistów) przygotowuję cały rok, ale im bliżej mety, tym większa gorączka. Przeistoczyłam się więc, na miesiąc z okładem, w filmowy odkurzacz i oglądałam na tyle dużo, że nie dało się wcisnąć w rozkład doby ani chwili na tamaryszka. Czyste oglądanie plus wymyślanie zagadek. Ależ by mi blog napęczniał, gdybym nadążała z refleksją! Po drugie: odwyk. Mówi się, że potrzeba 21 dni, by wprowadzić jakąś czynność do nabytych przyzwyczajeń (jeśli dzień w dzień ma się ją w harmonogramie). To ile trzeba, by któryś z nawyków wyrugować? Może trochę więcej, ale każdy brzęczyk jest do usunięcia, więc i pisanie bloga, gdy zejdzie na czwarty plan, to szybko spada na dziesiąty. Nolens volens. Po trzecie – wpis Czary o tym, że tu i teraz, że gąsienica w ogrodzie, czyli czas na przepoczwarzanie (metamorfozy). A przede wszystkim – że czas blogów chyba minął. Dłuższą chwilę zajął mi namysł nad tym końcem.

Bo choć pewnie w każdej chwili powstaje iks nowych, to – tak mi się zdaje – energia ekspansji maleje. Blog to już nie prekursor sieciowych publikacji, lecz epigon. Daleko w tyle za vlogiem, za instagramem (tudzież bliźniaczymi portalami) i nawet kurzu po facebooku nie wącha. Gdzież mu do jego intensywnej nachalności, nieprzerwanej mobilizacji by być up to date! Otóż, nie tam trendy, gdzie blog. Co – paradoksalnie – może jednak dawać blogowi pewne fory. Takich jak ja jest może niewielu, lecz się zdarzają: bez przekonania do filmików nagrywanych roboczo, do selfie-dokumentacji, do hasztagów, hiperłącz i alarmów o cudzej aktywności.

No wiem, przesadzam. Są na pewno makroplusy w tym, nad czym wybrzydzam. A ja marudzę z nienadążania. Bo tak jak wyznaje Czara – inne formy są nie dla mnie. Niech żyje blogowa staroświeckość! Niech żyją blogi-dinozaury! Zwłaszcza te, podszyte jakąś silną (często tajemniczą) motywacją, która sprawia, że jest mus. Czasem dlatego, że czytelników krocie, czasem pomimo że kroci brak. Czasem dlatego, że posty są na poziomie profesjonalnych tekstów publicystycznych, a czasem, że w ogóle nie pretendują do zawodowstwa, jeno urokiem naturszczyka głoszą charyzmę autora. 

Co do mnie: bez założeń, bez liftingu, bez wyścigu i bez szans na Grand Prix – rozkrzewiam się dalej. Tamaryszek tak ma. Potwierdzają to dane z botanicznych encyklopedii.

Tyle tytułem wstępu.

ps.
Cokolwiek postanowi Czara, mam nadzieję, że o tym usłyszę i że przeczytam. Bo pisanie Czary to w blogowym wszechświecie crème de la crème. Odsyłam do Gąsienicy. 

pokot

Pokot – reż. Agnieszka Holland, Polska&co. 2017
pokotW dwóch zdaniach: 1) Oglądałam z zainteresowaniem, podobały mi się sceny, nastrój i aktorzy. 2) Opowieścią się nie przejęłam. Jeśli to wina mojej stępionej wrażliwości, to mam problem. Jeśli nie, to coś w tej opowieści szwankuje.

W Dolinie Kłodzkiej (mrocznej tak, że nikt jak William Blake by tego nie wyraził) w mgle i w lasach rozgrywa się dramat. Seryjnie giną ludzie według dość czytelnego klucza: to okoliczni myśliwi, typy wręcz karykaturalnie wredne. Klucz uściśli się na końcu, ale związek między ofiarami jest na tyle czytelny, że można typować kolejne. Mroczność dotyczy nie tyle aury i ludzkich trupów, co zabijania zwierząt – niemądrze i na potęgę. Giną myśliwi, giną zwierzęta. Nawet te, które mają czas ochronny. W łowieckim kalendarzu są przecież obok okresów przyzwalających na łowy, również czasy azylu – dla jeleni, borsuków, dzików, lisów, saren czy bażantów. Nie przestrzega się prawa, a dla głównej bohaterki sama reglamentacja jest absurdalna – dlaczego jeden dzień różnicy czyni śmierć legalną bądź bezprawną?

Duszejko, kobieta 60-letnia, nierdzenna, samotna, nie pojmuje oczywistości. Razi ją to, na co większość jest znieczulona. Protestuje, odwołuje się do empatii i litości, szuka – daremnie – wsparcia na komisariacie. A władza też ludzie, też sobie lubi zapolować, powycinać i „czynić ziemię poddaną”. Duszejko wie, że mają ją za starą (1) natrętną (2) wariatkę (3). Ten poćwiartowany jeleń na rysunku z plakatu wytatuowany jest słowami, którymi Duszejko mogłaby skwitować to, co obserwuje: immorality, corruption,  greed,  ruthlessness,  cruelty, stupidity, gluttony, hypocrisy. Niemoralność, korupcja, chciwość, bezwzględność, okrucieństwo, głupota, żarłoczność,  hipokryzja. Na krawędzi desperacji łatwo o impuls zemsty.

Duszejko jest mądrą wiedźmą, wie swoje i swoje czuje. Można by o niej powiedzieć to, co ona mówi o Dobrej Nowinie (bohaterce drugiego planu): „jest jak jabłoń, która nie pyta się buka jak rosnąć”. Holland, zapytana w wywiadzie, co łączy tę postać z bohaterami jej poprzednich filmów, mówi że: „złożoność postaw, ekstremalizm wyborów, szaleńczy bunt przeciwko większości, ekspresja bezsilności. Wszyscy [Rimbaud, Socha, Palach] czują się reprezentantami świata, który nie ma żadnych możliwości, żeby się bronić. Ich bunt można podciągnąć pod formę terroryzmu. A terroryzm – skąd się bierze i dlaczego jest – ciekawi mnie przynajmniej od czasu Gorączki.”

No tak, szlachetna terrorystka, do której lgną inne dobre dusze, również zdegustowane tym, że władza jest w niewłaściwych rękach, że dobro jest bezsilne, i że trzeba wziąć stery w swoje ręce, bo w naprawianiu świata nikt nas nie wyręczy.

Otóż – intryga kryminalna, radykalizm zemsty, w ogóle: ideowość tego filmu są czymś, co biorę w pakiecie, ale bez przekonania. Prawda, że zadawanie śmierci żywym istotom jest uzurpacją. Żyjemy w świecie, który wyposażył naszą mentalność w hipokryzję – „mięsko” widzimy w oderwaniu od procesu przetwarzania go z kogoś, kto żył. Nawet przekonujemy się wzajemnie, że to biblijny nakaz, a nie cywilizacyjny nawyk. Dobrze, że Pokot stawia temat radykalniej, lecz sama nie wiem, na ile jest radykalny. Duszejko totalnie odebrałaby prawa do zabijania. Czy o to tu chodzi? Czy może o większą świadomość. Mogę tę koncepcję przyjąć jedynie dzięki słowom Wiktora Zborowskiego (z wywiadu): „To nie jest opowieść o zemście, o braku sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. To opowieść o zaniku czułości wobec ludzi, zwierząt, roślin, tego wszystkiego, co żyje. To jest krzyk w poszukiwaniu ginącej czułości.”

To, co udane, to gra zmiennymi konwencjami. Bo to jak podają źródła: i baśń, i thriller. A jeszcze ważniejsza okazuje się groteska. Słowem: choć w poglądach wiele przegięć, to są one podane z dużą dawką umowności. Gdy zaprzyjaźniony entomolog mówi o holocauście żuczków, to owszem, przekonuje tym Duszejko, ale to przecież nie na serio! Groteskowy jest listonosz. Świetny jest Dyzio grany przez Jakuba Gierszała (moja najulubieńsza postać!). Odmieniec, naznaczony padaczką. Wykluczenie – smutna sprawa, ale już inne maniactwa Dyzia są uroczo zabawne, a scena, w której wraz z Duszejko tłumaczą w konspiracji Blake`a zasługuje na nagrodę w kategorii: „pisarz w filmie”. Absolutnie rewelacyjny jest Wiktor Zborowski jako Świętopełk Świerczyński, któremu Duszejko zdiagnozowała „testosteronowy autyzm”. Z groteską bywa zabawnie, lecz choć przewrotna, to nie aż tak, by nie przebiło jej życie. Podobno w kręceniu filmu pomogło lokalne koło łowieckie. Podobno było świadome, że to jest film, w którym nie kocha się polowań.

Tak wyszło, że nie napisałam niczego o Agnieszce Mandat. A zasługiwałaby na oddzielny wpis, bo udało jej się wprowadzić prawdę w to, co literacko jest chyba mniej wiarygodne. Wyznam, że wciąż nie jestem do końca przekonana do fabuł Olgi Tokarczuk. Nie znam monumentalnych Ksiąg Jakubowych, więc wypowiadam się jak laik. Lubię Prawiek... i Biegunów, lecz nie zapadają mi te narracje w pamięć. Prowadź swój pług przez kości umarłych też do mojej wyobraźni nie trafia. Agnieszka Holland twierdzi, że ta proza jest filmowa. Ona wie lepiej niż ja. Ja bym na to nie wpadła.

manchester by the sea

Manchester by the Sea – reż. Kenneth Lonergan, USA 2016

manchester-by-the-sea

Bank rozbity. Najlepszy film w oscarowym wyścigu. Aż trochę żal innych dobrych, które muszą zejść na drugi plan. Film nie do przeoczenia. Najlepiej bez wcześniejszych rozczytań. Pójść do kina, obejrzeć tę opowieść, pośmiać się, poczuć ból, oniemieć, zdziwić tym, ile emocji i dramatu nosimy pod skórą – wszyscy, choć Lee Chandler ma historię szczególną. 

Nie spojleruję, gdy nie muszę, ale po gwiazdkach tekst na „po seansie”.
Swoją drogą: piszę, żeby się zmierzyć, ale żaden komentarz niczego do filmu nie wniesie.
Wszystko już w nim jest.
Fenomenalnie rozpisane, zagrane, wyreżyserowane.
***

Można założyć, że kluczowy dramat dotyczy postaci granej przez Caseya Afflecka – Lee Chandlera. Dotknęła go tragedia, naznaczyła traumą, rozwaliła życie. Wypaliła do cna. Ale to życie nadal trwa – rozgrywało się „przed” i wciąż dopisują się nowe wątki „po”. Tragedia jest punktem zwrotnym, lecz wcale nie w niej umieszczone jest centrum opowieści. 

Zanim dowiemy się, co się stało, jesteśmy wciągnięci w teraźniejszość. Przeszłość powraca w reminiscencjach (które dopowiadają, co w danym momencie potrzebne i budują napięcie). Okazuje się, że teraźniejszość i różne tonacje wspomnień są tak samo ważne, jak ten jeden punkt z przeszłości. Lee (dozorca z Bostonu, człowiek od każdej roboty i od żadnych pieniędzy) wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea w stanie Massachusetts. Zmarł jego brat – Joe, trzeba więc pilnie działać i organizować nową rzeczywistość. I jeszcze zmierzyć się z absurdalnym testamentem, w którym Joe zawierza bratu opiekę nad swym 16-letnim synem, Patrickiem. Lee ma potężną blokadę przed wejściem w tę rolę, choć bratanka nie sposób nie lubić.

A więc nie tylko Lee. Są świetnie stworzone postaci drugiego planu. Pojawiający się we wspomnieniach starszy brat, Joe (Kyle Chandler) – dowcipny, zaradny, lubiany przez wszystkich, znany z dowcipów o rekinach. Randi (Michelle Williams), eksżona Lee, wspólniczka bólu po śmierci ich dzieci, gotowa zaczynać nowe, mimo że to, co minione, wciąż rani. Wspomniany już Patrick (Lucas Hedges), wrażliwy i przebojowy zarazem, mający przyjaciół, dwie – niewiedzące o sobie – dziewczyny (i tabun chętnych), niby pośród ludzi, lecz sam, zdany na nieswoje decyzje o swoim życiu. Miałby opuścić Manchester? Tu gra w drużynie hokejowej i w muzycznym zespole. Jeśli do tematów głównych wrzucić związek z miejscem i z ludźmi tworzącymi lokalną społeczność, to nie będzie to nadużycie. 

Jednak przede wszystkim Lee, (genialny, oszałamiający, fenomenalny) Casey Affleck. O nim też dowiadujemy się sporo z lakonicznych komentarzy innych. „TEN Lee Chandler!”. Gość, z którym chętnie poromansowałyby klientki z Bostonu i mamusie z Manchesteru. I na którego się skarżą, że nierozmowny, nietowarzyski, nie do życia. Jak „dorosły” nie pogada o wszystkim i o niczym. Może natomiast przyłożyć i wdać się w bójkę. Te barowe kontry to chyba jego jedyny sposób na danie ujścia emocjom i napięciu. Poza tym jest zgodliwy, jak człowiek z pustką w środku. 

Sceny, w których bezpośrednio odnosi się do tego, co utracił są nieliczne. 1) Reminiscencja pożaru, gdy wtapia się w obserwujących, nic już nie mogąc zmienić. Tylko obraz i oratorium Haendla w tle. 2) Scena na komisariacie – apogeum rozpaczy, gdy relacjonuje zdarzenia i czeka na sprawiedliwość. A gdy usłyszy, że zapomnienie o postawieniu ekranu przed kominkiem to nie zbrodnia i miliony ludzi robią podobne rzeczy każdej nocy – uleci nadzieja na karę. Weźmie to w swoje ręce. A skoro nie da się przeciąć od razu, to zafunduje sobie karę niepomiernie większą. Życie z poczuciem winy niewybaczalnej. Jest jeszcze 3) scena spotkania z Randi, o niezwykłym ładunku emocjonalnym. Gdy próbuję przypomnieć sobie, co mówi Lee, wydaje mi się, że nic – zaprzecza i ucisza Randi. Ale w tym poszarpanym dialogu dużo się mieści. Na przykład desperacja i pewność, że Lee już sobie nie zaufa, na żadną nową kartę od losu nie czeka. 

Dramatyczne wydarzenia, smutek oratoryjnej muzyki, okoliczności żałobne i ludzie poranieni życiem – to jedno. Można by po tych słowach zgadywać, że tonacja jest patetyczna. A wcale nie! Genialne jest właśnie to przemieszanie tragizmu i zwykłości, powagi i dowcipu. Affleck dokłada do tego swoją grę, Hedges – energię nastolatka, ale mistrzostwo trzeba przyznać scenarzyście-reżyserowi. Podziw dla Kennetha Lonergana! Trwam w zachwycie nad dialogami! Żadnej szarży. Affleck się chyba ani razu nie uśmiechnął, choć źródłem dowcipnych sytuacji czy słownych rozgrywek jest wielokrotnie. Rozmowy o grobie, wizyta w kostnicy, przejęzyczenia czy banalna wymiana codziennych komunikatów… Jak się to miesza! Nastolatek, który po śmierci ojca kombinuje, jak namówić na seks dziewczynę i wyprowadzić w pole jej mamusię, chwilę później przeżywa atak paniki po otwarciu lodówki. Ten balans daje szansę, by unieść dramat opowieści. Nie otwiera optymistycznej perspektywy, bo jej nie ma. Za to pozwala na dostrzeżenie wspólnoty doświadczeń. Bo zarówno więzi między ludźmi, jak i codzienne krzątanie się, mimo śmierci jakoś dzieją się nadal. Czas dalej się toczy, biegnie, upływa, czy jak to tam nazwać. 

Tylko Lee czuje, że czas niczego nie leczy i nie ulepsza. I że mógłby popełnić te same błędy wciąż na nowo. Brak samorozgrzeszenia połączony z sympatią, jaką budzi jego postać działa naprawdę mocno. Nie przynosząc katharsis.

milczenie (Martin Scorsese)

Milczenie (Silence) – reż. Martin Scorsese, USA 2016
milczenie

Jest o co się czepiać i czemu dziwić. Jako że większość rzeczy nie wyszła, nie mam motywacji, by zastanawiać się, czy to jest wielkie kino i jak się ma ten film do tych najlepszych, które dotąd Scorsese nakręcił. Ma się nijak. 

O Milczeniu Shusaku Endo pisałam w poprzedniej notce. Wróciłam do tej powieści właśnie po to, by przyjrzeć się, co zrobi z nią reżyser. Zajmę się więc tylko tym, co dotyczy przeniesienia literatury na ekran. 

Nie żałuję, że widziałam, bo obrazy robią wrażenie. Przestrzeń nieba i morza, zieleń japońskich gór w rejonie Nagasaki, człowiek, w ten świat wrzucony – pierwszorzędny dodatek dla czytelnika. Miasteczko Goto, w którym zostały tylko koty. Mgła rozmywająca kontury. Operatorem jest Rodrigo Prieto, zdobywca Żab na Camerimage, współpracownik Iñárritu i już wcześniej także samego Scorsese (Wilk z Wall Street).  Zdjęcia są świetne. Choć może decyzje reżyserskie nie zawsze im pomagają. Japońscy wieśniacy i urzędnicy wydają mi się jakoś mniej przekonujący, ujednoliceni i szarzy. Jasna rzecz, że nie oczekiwałam filmu-pocztówki. Ewangelizacja przeprowadzana była przecież wśród wiernych z najbiedniejszych kręgów, na XVII-wiecznej japońskiej wsi. Nie umiem nazwać, co tu nie gra, ale nie udało mi się przenieść w tamto miejsce i czas.

Wizualność najefektowniej prezentuje się w scenach tortur, co do których mam ambiwalentny stosunek. Z nimi wiązały się moje obawy. Nie sposób ich nie pokazać, ale łatwo przedawkować i niechcący pójść bardziej w ilustrację niż w dramaturgię. Oba zagrożenia zmaterializowały się w filmie Scorsese. Cierpień dużo, efekt niewspółmierny do głębi tematu.

Być może grzeszy tu główny aktor, którego reakcje na tortury są dodane w pakiecie. Może to rzecz gustu… ale do mnie Andrew Garfield nie trafia. Wciela się w rolę jezuity Sebastião Rodriguesa, który przybył do Japonii ze współbratem, by służyć chrześcijaństwu i odnaleźć ojca Ferreirę (który podobno Boga się wyparł). Współbrata, Francisco Garupe, gra Adam Driver. Obaj panowie są wschodzącymi gwiazdami Hollywood. Obaj mieli w tym sezonie lepsze kreacje – zwłaszcza Driver (w Patersonie), a Garfield dostał nawet nominację do Oscara za rolę w Przełęczy ocalonych. Już jako Desmond Doss był sztywniakiem, na szczęście efektywnym. Żaden z misjonarzy nie przemawia do mnie na tyle silnie, bym wydobyła z siebie empatię. Strzałem w kolano jest Liam Neeson, który gra, jakby chciał zrobić reżyserowi na złość. Większość plakatów Milczenia przemawia jego wizerunkiem. Po seansie stwierdzam, że ta bolejąca twarz, zbyt dosłownie emanująca rozdarciem, nomen omen trafia w sedno.

Dosłowność osiąga tu Himalaje. Wiem, że opowieść literacka o wewnętrznych rozterkach, o milczeniu Boga, o walce wiary z niewiarą nie jest prosta do przeniesienia na ekran. Strategie narracyjne Shusaku Endo trzeba by strawestować obrazem, skrótem, ekwiwalentem. Tym większa towarzyszyła mi ciekawość. I choć często prostota rozwiązań bywa strzałem w dziesiątkę, tu okazała się (śmiertelnym) strzałem w serce. Scorsese wprowadza narrację z offu. Naprawdę! Listy Sebastião są podłożone pod obraz-ilustrację zdarzeń lub samotności. Rzadko kiedy pomysł z dopowiadaniem z offu się sprawdza, na ogół potwierdza, że dostaliśmy erzac zamiast filmu. Kulminacją jest scena, w której z offu mówi nawet Bóg (!). Nie dość, że Sebastião wypowiada wprost swoje zwątpienie, swe pytania-zarzuty do milczącego Boga. Gdy waha się, czy publicznie (symbolicznie) wyprzeć się Boga, by ocalić męczenników, Jezus patrzy na niego z fumie (deptanego obrazu) i mówi: „Możesz to zrobić. Rozumiem. Cierpię z tobą”. Aż nie wierzę.

Ta część opowieści, gdy Sebastião żył w Japonii jako apostata jest naprawdę interesująca. Nie dość, że się wyparł, został zdrajcą (tak bardzo brzydząc się zdradą wcześniej), to jeszcze kazano mu po wielokroć odnawiać procedurę fumie. A nawet prześladować chrześcijan, bo zatrudniono go wraz z Ferreirą do rozpoznawania chrześcijańskich znaków wśród przedmiotów przywiezionych do Japonii na europejskich okrętach. Konsekwencją były tortury dla właścicieli tych artefaktów. Ale w tekście Shusaku Endo jest niedopowiedziana tajemnica. Lektura Milczenia była dla mnie również refleksją nad relacją między zewnętrznym i wewnętrznym wielbieniem Boga. Nad spójnością obu form. Można uznać, że skoro Sebastião zewnętrznie wiary się wyrzekł, to dalsze rozterki są już tylko rozpamiętywaniem. Można też trwać przy tym, że nigdy nie wyparł się do końca, że tylko on i Bóg mieli wgląd w głębię tej tajemnicy. Scorsese zrobił coś nieprawdopodobnego: pokazał „wiarę mimo zdrady” dosłownie. Jego Sebastião nosi intymnie skryty mały krzyżyk, który żona dołącza do jego zwłok. Koncepcja uwewnętrznienia wiary, pomimo zewnętrznych deklaracji, legła więc w gruzach. Bez krzyżyka ani rusz.

Zakończę dobrym akcentem. Do obrazu dołączę dźwięk, zwłaszcza ciszę, która w niektórych momentach działa piorunująco. Bodajże w scenie śmierci Francisco, a na pewno w ekspozycji i zakończeniu. To również dosłowność, ale ocalająca. Niestety, nie na tyle, by ocalić cały film.

Filmoznawcy mają takie szczęśliwe pojęcie (zaproponowane przez Alicję Helman): „twórcza zdrada”. Dotyczy ono filmowych adaptacji literatury. Sedno w tym, że by być wiernym pierwowzorowi, trzeba zdradzić. Trzeba odejść od literackiej formy, by znaleźć dla niej formę filmową. I wtedy, mimo odstępstw, wierność można ocalić. Że też Scorsese nie zastosował tego konceptu! Zwłaszcza, że poniekąd o tym jest jego film.

milczenie (Shusaku Endo)

Shusaku Endo, Milczenie, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2017

Czytałam tę książkę lata temu, wydaną przez Pax, objętą w brązową okładkę z odciśniętą stopą. Ta stopa miała sens, zapewne większy niż fotos z filmu. Cristóvão Ferreira, grany przez Liama Neesona, to w powieści wielki nieobecny. Działa jego charyzma. On sam przemówi raz czy dwa. Okładka należy się Sebastião Rodriguesowi (Andrew Garfieldowi), uczniowi Ferreiry, jego naśladowcy. Film coś w tej sprawie zmieni czy to zagranie marketingu? Jeszcze nie wiem. Jest kilka chwil do polskiej premiery. *
milczenieTytułowe milczenie dotyczy Boga. Jedni określą je synonimicznie nieobecnością, inni – współcierpieniem. Szukanie Go i przywoływanie w chwilach najgorszych prób jest sprawą bardzo intymną, niefilmową, rozgrywaną w świecie wewnętrznym, gdzie wiara zmaga się ze zwątpieniem. To, co wewnętrzne, ma swą projekcję na postawę i czyny. I w drugą stronę: na przekonania wpływa świat zewnętrzny. 

Zacznijmy wiec od tła. Pod koniec XVI i w pierwszych dekadach XVII wieku trwa próba chrystianizacji Japonii. Pionierem był jezuita, św. Franciszek Ksawery, odpowiedzialny za rozmach ówczesnej misji portugalskiej. Japonia zrazu okazała się gruntem żyznym. Setki tysięcy neofitów, prężne gminy chrześcijańskie, misjonarze uwijający się jak frygi wśród złaknionych ich posług wyznawców. Nawracano chłopów, ale bywało, że chrzest przyjmowali też samurajowie. Nie w smak były te konwersje buddyjskim mnichom i władcom, którzy wypowiedzieli chrześcijaństwu wojnę. Szogunat Tokugawów rozprawił się z obcą religią bezwzględnie. Torturami, inwigilacją, pomysłowymi i perfidnymi metodami. Niektóre z powieściowych postaci mają swe historyczne pierwowzory. Gdy rozpoczyna się akcja Milczenia, Kościół już przeczuwa porażkę. Wieści o prześladowaniach są wstrząsające. Japonia zamyka porty portugalskim statkom. Rozchodzą się pogłoski o spektakularnych odstępstwach od wiary wśród najwybitniejszych misjonarzy. To cios w samo serce ewangelizacji.

Odstępcą jest (prawdopodobnie) ojciec Ferreira. Dwóch dawnych uczniów wyrusza jego śladem (by go odnaleźć? by udowodnić, że poszlaki są kłamstwem? by kontynuować misję…). To Sebastião Rodrigues i Francisco Garupe (Adam Driver). Taki zawiązek akcji pozwala niejednego się domyślać. Sądzę, że Shusaku Endo celowo projektuje ten domysł i przestawia centrum uwagi na przemianę młodych księży.
Spodziewać się można tego, że:
*    entuzjastyczna wiara zderzy się z ciężarem, który ją nadwątli (a może wypali do cna?);
*  przynajmniej jeden z uczniów spotka ojca Ferreirę i skonfrontuje swoje wyobrażenia o mistrzu z rzeczywistością;
*   zginie w torturach cały drugi plan (częściowo również pierwszy);
*  będzie okazja wysłuchać racji obu stron: tych, którzy za chrześcijaństwo gotowi są oddać życie i tych, którzy – z jego powodu – bez skrupułów je odbiorą.

Ta przewidywalność w ogóle książce Endo nie szkodzi, bo autor znalazł równowagę między tym, co zewnętrzne, a tym, co ma dramaturgię wewnętrzną. I jeśli rzeczywiście punktem kulminacyjnym zdarzeń jest spotkanie z dawnym mistrzem, to dużo ważniejsze dla ucznia będzie nie tyle zrozumienie Ferreiry, co zmierzenie się z własnymi demonami, z wewnętrznym Judaszem i z Twarzą Chrystusa. Jak te dwa nurty pogodzi Scorsese, tego nie wiem. Shusaku Endo sięgnął po chwyt narracyjny. Sercem powieści są listy pisane przez Sebastião do jakiegoś europejskiego adresata. Relacjonuje w nich zdarzenia, dodając wgląd w swoje myśli i przeobrażenia. Listy opakowane są w bezstronne relacje o kronikarskim kroju (narrator zdystansowany do zdarzeń). Film będzie musiał znaleźć sposób zastępczy.

MILCZENIE

Początkowo przyglądam się młodym księżom nieufnie. Pchają się do męczeństwa z chorobliwą niepoczytalnością. Później opór maleje. Ojciec Sebastião ma czyste intencje i zapał. Ma też zdolność wątpienia – naskórkowego póki co, ale uznaję to za cnotę i warunek, by poważnie traktować jego żarliwość. Jest świadkiem masowych prześladowań. To bardzo filmowy aspekt (nadzieja w tym, że Scorsese to nie Mel Gibson). Ukrzyżowania w wodzie. Procedura fumie. Tortura jamy.

Ta ostatnia jest wymysłem dostojnego samuraja Inoue: „Związuje się człowieka tak, że nie może ruszyć ręką ani nogą, i wiesza głową w dół (…). – A ponieważ w takiej pozycji człowiek od razu by umarł, robi się otwory za uszami, żeby krew mogła ściekać kropla po kropli”.

Przerażające. Ale największą grozą dla Sebastião jest cisza i obojętność towarzysząca męczeństwu. Gdyby z cierpieniem szedł w parze blask i gdyby była pewność, że ktoś ofiarę przyjmie, byłoby do zniesienia. Ponad wytrzymałość jest cisza morza, gra cykad, brzęczenie muchy i trwające w nieskończoność milczenie Boga. „Nie mogę po prostu znieść, że i dziś, w dniu, kiedy Mokichi i Ichizo, jęcząc, umarli w mękach na chwałę Pana, morze jest ciemne i z jednostajnym szumem wgryza się w brzeg. Za tym złowrogim spokojem morza czuję milczenie Boga: wydaje mi się, że Bóg milczy z założonymi rękoma, słysząc ludzki lament.” 

Tyle razy wraca ten gorzki wyrzut! Pytanie o Jego obecność – wciąż aktualne, ale zdziwienie milczeniem, czyli oczekiwanie namacalnej reakcji, jest echem zdziwień z dawnych stuleci. Zmieniła się wyobraźnia religijna. Zdarzyły się ludobójstwa przy wtórze niebieskiej ciszy.

Cały męczeński kontekst przemówił do mnie jedną sceną. Naprawdę dobrą. Gdy Sebastião w celi przeżywa noc przed spodziewaną torturą (nerwy ma napięte i z trudem panuje nad strachem), dobiega go czyjeś chrapanie. Kontrast między powagą jego dramatu a tym, że ktoś sobie po prostu chrapie, jest nieznośnie dlań irytujący. Prawdziwy szok (i groteska) zadziała, gdy chrapanie okaże się jękiem ludzi poddanych torturze jamy. Raz – że to jest jak szpila w egocentryzm Sebastião. Dwa – iluminacja, że w swoich przypuszczeniach dokonał tego samego, o co wciąż miał pretensje. Przydał męczeństwu zwierzęcość.

TWARZ

Obok „milczenia” drugim kluczowym słowem jest „twarz” tamtego Człowieka, Chrystusa. „Dlaczego wyobrażałem sobie Jego twarz? Być może dlatego, że nigdzie w Piśmie Świętym nie znajdujemy jej opisu. To, że nie została opisana, oznacza, że powierzono ją mojej wyobraźni, więc już od dzieciństwa wielekroć tuliłem do serca jej obraz zupełnie jak wyidealizowany obraz ukochanej”. 

Tysiące malarskich wizerunków zamykało Jego twarz w matrycy wyobrażeń artysty, w kanonach właściwych epoce. Niezliczone powidoki rodziły się w głowach wyznawców. Sebastião przywiązany jest do twarzy z Kazania na Górze (otoczonej zachwytem słuchaczy). Trzeba czasu, by zbliżył się do tej z Getsemani, zmęczonej i obolałej. Ale i ta nie traci nigdy blasku: „Twarz, której nikt i nic nie jest w stanie zastraszyć, której nikt i nic nie może znieważyć”.milczenie-stare

Z kilku powodów motyw twarzy powraca wielokrotnie i jest istotny w interpretowaniu powieści.

Jednym z testów, jakim poddawano podejrzanych o bycie chrześcijanami był przymus podeptania świętego wizerunku. Zarówno deptany obraz jak i proces deptania określano mianem fumie. Impulsem do napisania powieści był oglądany przez Shusaku Endo stary malunek z odciśniętymi na nim śladami po depczących go palcach stóp. Fumie jest znakiem wyparcia się wiary pod przymusem.

Japońscy urzędnicy obejmowali tą procedurą całe wsie. Co przysparzało męczenników lub naznaczonych piętnem Judasza. Oczywiście, nie da się stwierdzić, ilu depczących wyrzekło się wiary formalnie, a ilu faktycznie. Najwymowniejsze było zbezczeszczenie obrazu przez kapłanów. Do wewnętrznego dramatu dochodzi wpływ tego aktu na wiernych i potępienie ze strony oficjalnego Kościoła (zerwanie więzi z Rzymem).

APOSTAZJA

Piętro wyżej od przymusowego zaparcia się wiary jest dobrowolna apostazja. Nieoczywista (warto pamiętać, że Shuzaku Endo wyznawał katolicyzm). Zbliżająca dylematy XVII-wiecznych bohaterów do czasów współczesnych. 

W powieści mamy w nią wgląd, gdy przysłuchujemy się rozmowom-konfrontacjom. Katolicki ksiądz w starciu z samurajem-prześladowcą (i ekschrześcijaninem zarazem). Lub: ksiądz, usiłujący ocalić wiarę kontra były ksiądz, którego apostazja boli, lecz broni jej, by ocalić sens swego wyboru. Nie wyobrażam sobie, by film mógł te rozmowy pominąć, obrazem zastąpić słowo. 

Zasygnalizuję kilka spraw, które zostają mi w głowie po odłożeniu książki.

1. Ciekawe jest zderzenie kultur. Starcie religii. Z jednej strony wiara, że ewangelizacja nie zna granic i nie ma przeszkód, by wyznawać chrześcijaństwo pod jakąkolwiek szerokością geograficzną. Bariery polityczne są zrozumiałe, bo dyktują je interesy grup. Z drugiej strony – przekonanie, że katolicyzm jest w Japonii bezpłodny (metafora bezpłodnej małżonki). 
„– Jeśli ktoś wciska drugiemu na siłę coś, czego tamten wcale nie pragnie, mówimy, że to kłopotliwy prezent. Nauka chrześcijańska przypomina taki właśnie kłopotliwy prezent wciskany nam siłą. My mamy swoją religię i nie potrzebujemy obcej”. To argument samuraja Inue.
Ale i ojciec Ferreira rozczarowany jest „gruntem” – „Zasadzonej przez nas roślinie, nie wiedzieć kiedy, zaczęły gnić korzenie w bagnie zwanym Japonią”. Japończycy (wg niego) uczłowieczają Boga, asymilują chrześcijańską teologię tak, że staje się zmutowana, nieczysta, „buddyjska”. Czy nieprawdziwa? To już zahacza o pytanie, ile twarzy może mieć Bóg? Czy upór, że jest tylko jedna ma więcej racji od założenia, że jest ich nieskończenie wiele.

2. Oddzielenie zdrady zewnętrznej od najgłębszych przekonań. Archetyp Judasza. Najpierw jego wcieleniem jest Kichijiro, w którym nie ma genu męczeństwa, więc zdradza po wielokroć. Mógłby być szczęśliwym chrześcijaninem, gdyby żył w spokojnych czasach. Wygląd i charakter Kichijiro budzą w ojcu Sebastião obrzydzenie. Im mniej czarno-biały będzie się stawał świat, im trudniej będzie powiedzieć, co rzeczywiście dobre a co złe, tym inną treść dostrzeże Sebastião w byciu Judaszem. Nawet się z nim utożsami. Choć będzie twierdził, że zdradzając Kościół, nie zdradził Chrystusa. I że sam Chrystus wyrzekłby się wiary, by ocalić człowieka. 

Jest w tej opowieści podziemny strumień, który nie zmierza do oczywistego morza. I chwała katolikowi Endo, że sprawy nie uprościł. Interpretacje opalizują. Jeden z tropów prowadzi od wiary uzewnętrznionej, instytucjonalnej, otaczającej czcią artefakty do wiary pozbawionej przewodników, świadomej własnej słabości. Takiej wiary-niewiary, odartej z dewocji (gdy dla świata jest się odszczepieńcem), a jednak  bliskiej Tego, którego się szuka.

3. Jak się ma milczenie do nieobecności? Już coś mi podpowiada, by nie roztrząsać, bo ugrzęznę. Więc tak jak najbardziej poza religią (spróbuję). 

Z zapisków Sebastião: „A gdyby jednak (to oczywiście nieprawdopodobne, ale gdyby jednak) nie było Boga? – wyszeptał obcy głos w głębi mojego serca. To była straszna myśl. Gdyby On nie istniał, wszystko byłoby absurdalne. Jakąż farsą byłoby życie Mokichiego i Ichizo, którzy przywiązani do słupów, cierpieli, gdy zalewała ich woda! A misjonarze, którzy przepływali liczne morza i potrzebowali aż trzech lat, żeby dotrzeć do tego kraju? Jakże niedorzeczne okazałyby się ich wizje! I jakim absurdem było to, że teraz ja błąkam się po tych górach, gdzie nie ma śladu człowieka!”

Odnalezienie sensu pomimo podejrzeń, że milczenie skrywa pustkę, to oczywiście kłopotliwy paradoks. Taka jednak uroda paradoksów, że łudząc absurdem, podsuwają prawdę. 

Szalenie ciekawą sprawą jest to, że wyznawcy poddawani są tym samym próbom, którymi testują Boga. Dlaczego On nie reaguje, gdy ludzie umierają przez Niego i dla Niego? Zachodzi analogia, bo Inau stawia przed kapłanami wybór. Nie chodzi o to, czy oni sami zniosą fizyczne tortury, lecz czy będą w stanie milczeć, gdy cierpią inni. Jeśli wyrzekną się wiary, egzekucje zostaną wstrzymane.

Refleksja Sebastião: „Przybył do tego kraju gotów umierać za bliźnich, tymczasem fakty są takie, że to japońscy chrześcijanie umierają jeden po drugim za niego i przez niego”.

Ani Cristóvão Ferreira, ani Francisco Garupe, ani Sebastião Rodrigues nie są w stanie postawić na cichą modlitwę, hibernującą bunt. A skoro oni przerywają milczenie, to może tym samym (poprzez ich dotknięcie zdrady i ciemności) nie milczy też Bóg. Albo odwrotnie (bo na dwoje babka wróżyła): człowiek jest bardziej niepojęty niż idea, którą wymyślił (niż Twarz, którą sobie wyobraził). No nie da się jednoznacznie…

* Po premierze (17.02.2017) już wiem, jak poradził sobie Scorsese.

moonlight

Moonlight – reż. Barry Jenkins, USA 2016
moonlightOpowieść o dojrzewaniu. W warunkach niecieplarnianych. Z kilkoma kłodami w życiowej scenografii. Z księżycową poświatą. 

Księżycowe światło, obecne w tytule, bierze się z opowieści Juana, który małemu Chironowi wyjaśnia, że ono zabarwia na niebiesko. Czarni chłopcy w blasku księżyca są błękitni – powiedział ktoś. Czarnym chłopcem jest główny bohater, Chiron, wychowywany samotnie przez nieodpowiedzialną matkę. Blue jest kolorem smutku. Ale też inności, introwertyzmu, samotności. W tym kolorze można zanurzyć Chirona jak w Atlantyku, w którym uczył się pływać.

Czy samotność wyostrza świadomość tego, kim się jest, czy zagłusza? Oczywiście, sprzyja introspekcji, kumuluje myśli, nie resetuje ich zabawą i beztroską. Ale znów – nie daje szans na konfrontację, na poczucie wspólnoty, wymianę energii. Pytanie w zawieszeniu. Obie te sprawy – samotność i tożsamość – w filmie Barry`ego Jenkinsa są kluczowe.  Chiron dorasta bez ojca, ale zastępuje mu go miejscowy diler narkotyków, wrażliwy i empatyczny Juan, który otwiera przed nim dom i daje życiowe rady. Jedna z nich dotyczy tego, by wiedzieć, kim się jest i nie pozwolić, by wmówili nam to inni.

Inność będzie miała m.in. kontekst gejowski. Nie sposób nie zauważyć, ale nie bardzo mnie ten aspekt interesuje. Gdy Chiron jest dzieckiem, odrzucanym przez rówieśników, ściągającym na siebie ich agresję, nie ma to przecież nic do rzeczy. Wrażliwość i wycofanie są poza orientacją seksualną, choć zwyczajowo przypisuje się je mniejszościom. Uproszczenie, za którym nie pójdę. 

Ta historia ma trzy rozdziały i trzy aktorskie wcielenia w rolę główną. Reżyser stosuje twardy montaż z wyciemnionym kadrem. Odgradza części i epizody. Ale buduje mosty. I tak: w rozdziale „Little (Mały)” w ostatnich sekwencjach Alex R. Hibbert zostaje zastąpiony przez Ashtona Sandersa, a w rozdziale „Chiron”, wkracza już Trevante Rhodes, najstarsza wersja bohatera. Ta postać to centrum filmu, wszystko się na niej skupia i w niej rozgrywa. Świetnie, że aktorzy wpisali się w bardzo spójny portret. Zewnętrznie podkreśla to filmowy plakat, na którym twarz ma zarazem patchworkowy, jak i osobniczy zarys.

moonlight2W każdej twarzy uwagę przykuwają spokojne, lecz smutne oczy. Wymowne bardziej niż język, bo Chiron jest milczkiem i wołami trzeba wyciągać z niego informacje. Dlaczego Chiron jest „inny”? To, że wychowuje go matka, której świat kręci się wokół kolejnych szans na działkę narkotyków, nie naznacza go chyba szczególnie. Akcja rozgrywa się w biednej dzielnicy Miami, więc nieopodal muszą być chłopcy o podobnym pochodzeniu. Kryterium społeczne niewiele może wytłumaczyć. Najchętniej zostanę przy tym, że to sprawa charakteru – nieśmiałości, unikania bójek, przyjęcia na siebie roli ofiary i niekomunikowania siebie. Co oni tam wszyscy razem mogą o nim wiedzieć? Kiedyś Juan, potem tylko jeden kolega go rozumie. Kevin. Ale ten, choć podobny, lepiej się zna na kamuflażu. Stanie przeciw Chironowi, żeby udawaną odwagą zakryć swój strach.

Powraca echo nauk udzielanych Chironowi przez Juana. Można decydować o tym, kim chce się być. Tworzyć swoją tożsamość. Teza lekko na wyrost, ale Chirona zainspiruje. Dotrze do niego ni stąd ni zowąd, gdy upokorzenie będzie ponad miarę. I choć taka skrajna metamorfoza jest dramaturgicznie ryzykowna, to wypada przekonująco. Wszystko w tej opowieści – w jej pierwszej i drugiej odsłonie – jest przekonujące. Do czasu, gdy zacznie się rozgrywać etap trzeci.

Dorosły Chiron, choć łączy go z przeszłością jakaś aura, powiedzmy: moonlight, jest kimś, kogo się nie spodziewałam. Jakby kierowała nim potrzeba ucieczki przed sobą. To, kim ostatecznie się stanie, nie zostało jeszcze przesądzone. Im bardziej jest sam, tym wie mniej. Problem z trzecią częścią wiąże się nie tyle z postacią bohatera, ile z tym, jak rozegrane są sytuacje, w których bierze udział. Słowem: pęka scenariusz. Przynajmniej takie były moje pierwsze wymienione po seansie uwagi. Zdublowane wrażenie fałszu, dosłowności i zbytecznych wątków.

Postać Juana zniknęła w części pierwszej. Powraca natomiast matka i przyjaciel z dzieciństwa. Aktorka grająca matkę (Naomi Harris) dostała nominację w oscarowym starciu o najlepszą drugoplanową postać żeńską. Szanse byłyby większe, gdyby tę rolę rozpisano z większym sensem. Wiarygodności nie podważam, różnie w życiu bywa. Ale jeśli „zła mama” jakąś rolę odgrywa, to już ta „nagle dobra mama” nie przekonuje ni w ząb. Niepotrzebnie uwagę zawłaszcza. Nie wiem, skąd się ta historia wzięła, czy ma jakąś życiową inspirację, której reżyser-scenarzysta trzyma się uparcie, czy co? Pytam, bo nie rozumiem, po co to domykanie historii. Wszystko, co dzieje się między Kevinem a Chironem w tej restauracyjce w Miami jest takie… Z jednej strony przewidywalne. Jak piosenka z grającej szafy, której słowa tłumaczą, co się dzieje, gdyby ktoś przespał kawałek filmu. Z drugiej strony – właśnie zaskakujące, jakby reżysera zastąpił mniej utalentowany dubler. Tyle pięknych niedomówień jest w dwóch pierwszych rozdziałach. Została z nich tylko nieśmiałość Chirona. Dobrze, że choć to. Bo Chiron, w złotym łańcuchu, ze złotą szczęką, w innym muzycznym klimacie i z odmienioną pozycją społeczną, jest wciąż niepewnym siebie, ale sobie wiernym, cichym chłopcem. 

Moonlight to film doceniony wszechstronnie. Wygrane Złote Globy (w kategorii dramat, tej, w której nie startował La La Land) i osiem nominacji do Oscara. Akurat chłopca i młodzieńca wcielających się w Chirona pominięto. Za nich trzymałabym kciuki. Bez dwóch zdań słuszne jest zauważenie montażu, zdjęć i muzyki. Zwłaszcza muzyki, za którą odpowiada Nicholas Britell. Wcześniej nie kojarzyłam nazwiska, ale czas to zmienić. Britell ma na swoim koncie muzykę do Opowieści o miłości  mroku i do Big Short. 

Gdybym znów coś zakręciła i niejasne było, czy jestem na tak czy na nie, to dookreślam. Warto zobaczyć i posłuchać. Zapadają w pamięć smutne oczy i błękitna poświata. Nie jest to jednak mój faworyt na film stulecia. Ani nawet na film miesiąca. Zobaczyć trzeba, bo tylko w ten sposób uwierzy się w rzecz niebywałą: w modę na wkładanie sztucznych zębów. Dwa przypadki w tym temacie to już moda (Toni Erdmann i duży Chiron).