>> Uwaga! Nie ręczę, że gdzieś poniżej nie wypsnął się żaden spoiler <<
Stałym bywalcom mojej internetowej chudoby wyjaśniać i przypominać nie muszę, ale zbłąkane duszyczki poinformować gwoli kronikarskiego obowiązku warto, żem fanem, choć nie bezkrytycznym, co się za chwilę pokaże, przygód dwunastoletniej Flawii, od pierwszego tomu jej przygód. Dlatego też miejcie ludkowie baczenie, że mimo iż część ta najsłabszą mi się jawi, to jednak moje upodobanie do bradlejowskiej frazy bielmem mój zwyczajowy krytycyzm zasnuwa i jedynie niewinnie pogrozić autorowi paluszkiem pozwala, miast sprzedać kopa w ... Ale wróćmy do Flawii.
Już po przeczytaniu tekstu Zacofanego w Lekturze, któren to wycwaniwszy się w czytaniu w obcych narzeczach, był książkę przed jej polską premierą przeczytał, wiedziałem że moja miłość do serii zostanie wystawiona na ciężką próbę. I rzeczywiście. Mimo że już na początku pada (a raczej wypada z kominka) trup, mimo że Flawia bawi swoimi wypowiedziami, naszpikowanymi literackimi i nie tylko odnośnikami jak dobry keks bakaliami, mimo że wbrew wszystkiemu, o czym za chwilę, czyta się gładko, to jednak zupełnie nie jest to. Broni się może pierwsza setka stron, każda następna, to już krok w kierunku katastrofy.
Pierwszym poważnym błędem było wyrwanie Flawii z jej naturalnego środowiska. Nie dość, że czytelnik przyzwyczajony do Buckshaw i flawiowego matecznika w postaci laboratorium wuja Tara, musi zostać wprowadzony w nowe dekoracje, co zajmuje autorowi sporo czasu, to dodatkowo tracimy z oczu doskonale wykreowane postacie Doggera i pani Mullet. Na ich miejsce próbuje Bradley powołać jakichś godnych następców, ale jeśli mam być szczery, bezowocnie. Jedynym plusem tej sytuacji jest obserwowanie Flawii w jej atakach tęsknoty za domem, kiedy zrzuca maskę kutego na cztery nogi franta i staje się na krótkie chwile tym kim naprawdę jest - dwunastoletnią dziewczynką, która chce by ktoś ją pokochał, pochwalił i zaaprobował.
Za drugi błąd uważam sposób prowadzenia akcji. Autor nagina rzeczywistość do swoich potrzeb tak strasznie, że teraz już wiem, że to nie blok kartek papieru tak trzeszczał mi w rękach podczas lektury, lecz ona właśnie, ta nagięta rzeczywistość. I choć nie jestem fachowcem w kwestiach prowadzenia żeńskiej pensji, to co zaproponował w tym temacie w "Jak kominiarzy ..." kanadyjski pisarz, woła o pomstę do nieba. Nie pomagają też szczęśliwe zbiegi okoliczności, którymi powieść jest wręcz naszpikowana. Ba, w pewnej chwili główna bohaterka sama dziwi się jak to wszystko się ładnie składa i zastanawia się czy to nie jest czasem dla niej zaaranżowane. I przyznam szczerze, że podczas większej części lektury myślałem, że tak właśnie jest. Niestety, nie było.
No i trzeci błąd. Zakończenie. Brzydko mówiąc: sru, sru i po sprawie. Kilkadziesiąt, dołączonych do rozbudowanego na kilkaset stron wprowadzenia, zdań. Szast i prast czy też, cytując Flawię, żegnaj Gienia. Tak jakby w pewnym momencie autor zorientował się, że natrzaskał te circa 350 stron i przeraził się, że idąc dalej tym tropem wypadnie mu stworzyć kolejne trzysta. Amatorka.
Jednak jak na prawdziwego fana przystało będę siódmego tomu przygód Flawii mimo wszystko bronił. Jest w nim bowiem sporo tej frazy, którą tak lubię. I nawet gdyby to był podręcznik szewstwa dla początkujących, ale nią właśnie napisany, to i tak czytałbym go z uśmiechem na paszczy. Poza tym, to przecież nie wina Flawii, że musiała działać w takich, a nie innych okolicznościach przyrody. Nie obrażajmy więc się na nią i jeśli powstanie ciąg dalszy jej losów (a nie wyobrażam sobie, żeby się tak nie stało), to dajmy jej szansę. Tym bardziej, że wraca w pielesze.