Czasu wolnego mam od początku roku niezmiernie mało, więc w ramach nadrabiania zaległości w pisaniu o książkach dzisiaj będzie wieloksiąg. Nie łączy tych książek nic, poza tym, że to ja je przeczytałam 😉 A o jakich książkach chcę dzisiaj napisać?
*****
„Mroczna materia” Blake Crouch
Podejrzewam, że każdy z nas czasami wzdycha „szkoda, że w tamtej chwili nie podjąłem innej decyzji…”. Czasami też żałujemy, że nie mamy możliwości sprawdzenia, jak mogłoby wyglądać nasze alternatywne życie, gdybyśmy np. wybrali inne studia. Albo innego partnera. Inne miejsce pierwszych samodzielnych wakacji, inną pracę, inne zwierzę, inny dom… Opcji są miliardy, przecież decyzje – takie czy inne – podejmujemy nieustannie.
A teraz wyobraźcie sobie, że faktycznie każda decyzja tworzy mutację naszego życia. Że nas i naszych żyć jest cały alternatywny wszechświat. Niewiarygodne, prawda? Każda decyzja generująca kolejne rozgałęzienie naszego życia, multiplikująca nas w nieskończoność.
Pomyślcie, co byłoby, gdybyście nagle zostali wyrwani z życia, które znacie i uświadomieni w powyższej sytuacji. Ciekawe, jak byście zareagowali! I czy chcielibyście wrócić do właśnie tego życia, czy raczej próbowalibyście korzystać z możliwości trafienia do wielu innych „swoich” żyć. I ile moglibyście zrobić i wytrzymać, by w razie czego wrócić do swego dawnego życia.
W takiej sytuacji znajduje się bohater tej powieści, powieści – mimo użycia dosyć mocno oklepanego schematu światów alternatywnych – świeżej i unikatowej. Przyznaję, że pobudziła mą wyobraźnię, trochę zaskoczyła, trochę przestraszyła, gdy zaczęłam sobie wyobrażać konsekwencje takiej sytuacji. Na bank skłania ona do uważniejszego przyglądania się podejmowanym decyzjom i ich ewentualnym skutkom. Powieść ciekawa, niełatwa, skłaniająca do refleksji.
„Granice” Karina Obara
„Granice” to zbiór kilku opowiadań, wszystkie dotyczą swoistych momentów granicznych, do których czasami w życiu docieramy i które są takimi punktami swoistego oczyszczenia, przy których mamy szansę, albo je przeżyć i – kto wie, może? – pogodzić się z przeszłością, może w końcu zacząć żyć naprawdę lub uciec od bolesnego punktu zwrotnego i dalej szarpać się z nierozliczonymi, nie do końca przepracowanymi sprawami. Inna rzecz, że część z nas czasami w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, co w nich tkwi i jak bardzo potrzeba nam przejścia prze ogień oczyszczenia czy/i zmiany.
Te opowiadania przypominają czytelnikom dosadnie, jak złudne są próby prawdziwego życia tu i teraz bez rozliczenia przeszłości. Ona zawsze w nas tkwi i jeżeli nie dojdziemy do tego, co w nas tkwi i nie daje nam tak naprawdę spokoju, to nigdy nie będziemy w pełni szczęśliwi. Pozostaje więc pytanie, czy chcemy się dalej gryźć przez długie lata, czy wolimy przecierpieć przejście przez granicę, ale dać sobie szansę na oczyszczenie? Szczególnie, gdy przez długie lata żyjemy wydarzeniami z przeszłości, a nie teraźniejszością. To tak, jakbyśmy w ogóle nie żyli…
Opowiadania te, to nie jest łatwa i przyjemna lektura. Trzeba przy nich myśleć, bywają nieprzyjemne w odbiorze, warto czytać je pojedynczo, by dać sobie czas i przestrzeń do „wchłonięcia” każdego z nich. Wprawdzie powieść „Gracze” tej autorki podobała mi się bardziej, jednak nie zmienia to faktu, że „Granice” to interesujący zbiór, raczej dla psychicznie otwartych i odważnych czytelników.
„Caraval. Chłopak, który smakował jak północ” Stephanie Garber
Scarlett i jej siostra Tella mieszkają na małej wyspie, na której niepodzielnie rządzi ich okrutny ojciec. Scarlett bardzo niedługo ma wyjść za mąż, w czym zresztą widzi szansę dla nich obu by wyrwać się spod ojcowskiej dyktatury. Jednak dziewczęta nagle dostają szansę spełnienia wieloletniego marzenia – udziału w grze Caraval, tajemniczej, magicznej, w której zwycięstwo gwarantuje spełnienie największego życiowego pragnienia. Dziewczynom pomaga żeglarz – Julian, którego pomoc szczególnie na początku wydaje się wręcz niezbędna. W momencie, gdy znika Tella gra staje się duża poważniejsza, a nikt nie wie, jaka będzie jej ostateczna stawka…
Muszę to napisać wprost: dałam się wrobić. Ja, z takim doświadczeniem dałam się złapać na promocyjny lep. Skusiło mnie opisywanie tej książki jako fenomenu na skalę „Igrzysk śmierci”. No, litości, powinnam się była trzepnąć w czółko i zamknąć maila. W każdym razie ładna to opowiastka, z barwnym światem, sporą dawką magii, w sam raz dla młodszej młodzieży. Ja jestem stanowczo za stara, nie urzekła mnie. Bohaterki mnie wkurzały, całość wydawała mi się naciągana (a już te wątki romansowe to wołały o litość), z czasem coraz częściej wzdychałam z irytacją i tyle. A już porównanie z „Igrzyskami śmierci” to według mnie zniewaga dla tej drugiej książki. Tamta jest porywająco realna i wciągająca, a ta to przy niej powieść dla grzecznych panienek. Może jestem zbyt surowa, bo przecież tyle zachwytów dookoła, może jestem za stara, sama nie wiem. Wiem, że przeżyłam rozczarowanie, za które niestety mogę podziękować sama sobie. Następnym razem nie dać się nabrać, odczekać dłuższy czas, wysłuchać zaufanych opinii i ewentualnie wtedy się skusić, tak, jak to było z „Igrzyskami…” właśnie.
*****
I to byłoby na tyle. A teraz wracam do czytania przedpremierowego prebooka nowej książki Grzędowicza. Chociaż powinnam też poćwiczyć, hm…
Wpis, który zapewne przeczyta 5 osób, ale trudno, muszę się podzielić, bo się uduszę 😉 A poza tym potrzebuję go „ku pamięci”, na przyszłość.
Jak pisałam wcześniej, 2016 rok był rokiem, w którym wpadłam po uszy w teatr. O mej historii zakochania się w teatrze pisałam TUTAJ, więc powtarzać nie będę. Jednak jestem z tego powodu przeszczęśliwa, to taka wspaniała pasja! Pogłębia wrażliwość, buduje emocjonalność, otwartość na świat, a na dodatek – teraz mnie olśniło – o ile zwracamy uwagę na to, jak grają aktorzy, to pomaga w „czytaniu” ludzi, czyli w komunikacji międzyludzkiej. No, ale nie o tym miało być, chciałam krótko podsumować rok 2016.
O ile pamięć i kalendarz mi dopisały wychodzi tak:
– 39 wieczorów spędzonych w teatrach.
– 5 wieczorów spędzonych na oglądaniu transmisji z National Theatre Live.
– 1 wieczór spędzony w operze.
W sumie 45 pięknych wieczorów!
Pełna lista, by Wam ukazać w pełni moje wariactwo, łatwo zobaczycie, co najbardziej zachwycało:
1. „Fortepian pijany” – 18 lutego – Teatr Narodowy
2. „W mrocznym, mrocznym domu” – 21 lutego – Teatr Narodowy
3. „Zimowa opowieść” – 25 lutego – transmisja National Theatre Live
4. „Koriolan” – 3 marca – transmisja National Theatre Live
5. „Cabaret” – 5 marca – Teatr Dramatyczny
6. „Dziady” – próba generalna – 9 marca – Teatr Narodowy
7. „Przepraszam, co pan tu robi?” – 14 marca – Teatr Palladium
8. „Niebezpieczne związki” – 17 marca – transmisja National Theatre Live
9. „Pan Tadeusz. Księga XII (Kochajmy się)” – 19 marca – Teatr Narodowy
10. „Dziwny przypadek psa nocną porą” – 19 marca – Teatr Dramatyczny
11. „Ofiara” – 22 marca – Teatr WARSawy
12. „Tango” – 2 kwietnia – Teatr Narodowy
13. „Jak wam się podoba” – 7 kwietnia – transmisja National Theatre Live
14. „Śluby panieńskie” – 13 kwietnia – Teatr Narodowy
15. „Dziady” – 20 kwietnia – Teatr Narodowy
16. „Polita” – 23 kwietnia – Teatr Buffo
17. „Kordian” – 5 maja – Teatr Narodowy
18. „W mrocznym, mrocznym domu” – 14 maja – Teatr Narodowy
19. „Kotka na gorącym blaszanym dachu” – 27 maja – Teatr Narodowy
20. „Fredraszki” – 2 czerwca – Teatr Narodowy
21. „Przekręt (nie)doskonały” – 9 czerwca – Teatr Capitol
22. „Soplicowo-owocilpoS. Suplement” – 11 czerwca – Teatr Nardowoy
23. „Konstelacje” – 5 lipca – Teatr Polonia
24. „Fredro dla dorosłych mężów i żon” – 6 lipca – Teatr 6. Piętro
25. „Maria Callas. Master Class” – 24 lipca – Och-Teatr
26. „Nos” – 29 lipca – Och-Teatr
27. „Konstelacje” – 13 sierpnia – Teatr Polonia
28. “Opowiadania brazylijskie” – 10 września – Teatr Narodowy
29. “Konstelacje” – 11 września – Teatr Polonia
30. “Kotka na gorącym blaszanym dachu” – 18 września – Teatr Narodowy
31. „Łysa śpiewaczka” – 30 września – Teatr Narodowy
32. „Śluby panieńskie” – 2 października – Teatr Narodowy
33. „Udręka życia” – 16 października – Teatr Narodowy
34. „Goplana” – 25 października – Opera Narodowa
35. „Happy now” – 26 października – Teatr Polonia
36. „Notre Dame de Paris” – 5 listopada – Teatr Muzyczny w Gdyni
37. „Tango” – 20 listopada – Teatr Narodowy
38. “Fredraszki” – 27 listopada – Teatr Narodowy
39. „Król Lear” – 1 grudnia – transmisja National Theatre Live
40. “Kontrakt” – 3 grudnia – Teatr Polonia
41. “W mrocznym, mrocznym domu” – 8 grudnia – Teatr Narodowy
42. „Żyjemy w najlepszym z możliwych światów” – 10 grudnia – Teatr Soho
43. „Król Lear” – 11 grudnia – Teatr Polski
44. „Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć” – 17 grudnia – Akademia Teatralna
45. „(Maska)rada gminy” – 18 grudnia – Teatr Młyn
Chyba jasne już jest, który teatr uwielbiam najbardziej i uważam za najlepszy? 😉
Dwie sztuki obejrzane po 3 razy, a pięć sztuk obejrzanych po 2 razy. Wiem, szaleństwo! Ale dzięki temu łatwo zobaczyć, co zachwycało najbardziej. Olśnień było sporo, zachwycające i warte oglądania kilka razy są „Fredraszki”, „Śluby panieńskie”, „Konstelacje”, „W mrocznym, mrocznym domu”, „Tango”, wyśmienite są „Dziady”, świetny „Cabaret”, „Kodrian”, „Kotka…”, „Kontrakt”. Słabe spektakle mogę policzyć na palcach jednej ręki (jupi!).
Plany? W tym roku chciałabym zintensyfikować chodzenie do teatru, super byłoby zdublować tę liczbę (wariatka, wiem!) W końcu pójść do Teatru Żydowskiego i Teatru Ateneum. Nareszcie obejrzeć „Naszą klasę” oraz „Kompleks Portnoya”. Początek jest obiecujący – w teatrze byłam już 5 razy, w operze raz, widziałam także jedną transmisję z Kenneth Branagh Theatre Company i jedną z Comédie-Française. Oby tak dalej!
Należę do nielicznych – wnioskując po wpisach na Facebooku – szczęściarzy, którzy uważać będą już na zawsze, ze 2016 rok był dobry i znaczący. Może dlatego, że skupiam się na sobie, nie na „zewnętrzu” (bo gdybym miała pomyśleć np. o polityce…). Postanowiłam spisać mój rok w pigułce, bo mam taką potrzebę, a może komuś się to przyda i zachęci do sprawdzenia „jak to jest ze mną?”, kto wie!
Praktycznie całe życie byłam przekonana, że kompletnie, ale to kompletnie nie mam silnej woli. Cokolwiek dużego zaczynałam robić, krótko po rozpoczęciu szło do kosza niepamięci i prywatnej galerii porażek. Wprawdzie w 2012 roku udało mi się zapanować nad nałogowym, kompulsywnym kupowaniem książek i do dzisiaj kupuję kilka książek w roku, ale w głębi duszy byłam przekonana, że to tylko „przypadek”, taki wyjątek potwierdzający regułę. A tu nagle niespodzianka, ubiegły rok pokazał, że każdy ma silną wolę, tylko musi naprawdę chcieć. Ale nie tylko o tym będzie ten wpis, zacznę od praktycznej zmiany i przejdę do tych bardziej „miękkich”.
Po pierwsze: mieszkanie
W maju ubiegłego roku zostałam właścicielką mieszkania w starej części Ochoty. Tym samym związałam swój los z Warszawą na troszkę dłuższą chwilę. Czy na zawsze, tego nie wiem, zobaczymy. Ale na dłuższy czas, to na bank. I chociaż wkurza mnie smog, za duża liczba aut i durne władze dzielnicy, które tylko tną drzewa i niszczą zieleń, bez nowych nasadzeń, to i tak uwielbiam tu mieszkać. Tyle fajnych opcji, możliwości, ciekawych ludzi, uroczych zakątków…
Ale to pół roku poszukiwań mieszkania, potem szarpania się z byłym właścicielem (co to był za koleś!), następnie remontowania i meblowania wspominam nie najlepiej. Strasznie dużo zmarnowanego czasu, nerwów, nawet w pewnym momencie łzy. Jednak wszystko się udało i od czerwca mieszkam na moich 38 m2.. I oby mi się tutaj mieszkało długo i szczęśliwie!
Tu zdjęcie z celebrowania pierwszej nocy na swoim + trzy dodatkowe foty „z początków”. Teraz to wygląda trochę inaczej, ale nie mam aparatu z odpowiednim obiektywem, by porządnie obfotografować to moje maleństwo 😉
A przechodząc powoli w stronę mniej praktycznych, a bardziej duchowych zmian…
Po drugie: teatr
Lubiłam chodzić do teatru, ale jakoś wcześniej zdarzało się to raz na pół roku, chyba potrzebowałam swoistego „wyzwalacza”. Została nim pewna Kasia, z którą na początku ubiegłego roku negocjowałam spotkanie i by ją skusić (bo diablica nie chciała wyjść z domu :p) zaproponowałam (dobrze wiedząc, że kocha Teatr Narodowy), że pójdziemy razem na jakiś spektakl. Fortel się udał, poszłyśmy na „Fortepian pijany” (ze względu na mą fascynację głosem Marcina Przybylskiego), a kilka dni później na „W mrocznym, mrocznym domu” i przepadłam! Emocje, które we mnie wyzwoliła ta druga sztuka były tak olbrzymie, że stały się katalizatorem do dalszych poszukiwań. A że z Kasią doskonale się chodzi do teatru (i nie tylko tam 🙂 ) to ruszyła machina, której rezultatem jest to, że teraz, gdy nie obejrzę jakiegoś spektaklu co tydzień – 10 dni, to jestem nieszczęśliwym człowiekiem.
Kocham teatr za bliskość, ogrom emocji, których dostarcza, za to, że najczęściej aktorzy włąśnie tam (a nie w serialach czy filmach) pokazują, na co ich stać, za olbrzymią pracę, jaką cała ekipa wkłada w to, by każdy spektakl był cudowny. Oczywiście, piszę w oparciu głównie o spektakle tak cudownej klasy, jak te w Teatrze Narodowym, Och-Teatrze, Teatrze Polonia, Teatrze Dramatycznym… Są też małe teatry, które zapewniają bardzo dobrą – jak na swe możliwości – sztukę, a są większe, które dają „polsatowski chłam” (np. Capitol).
Tak czy siak – teatr pokochałam miłością wielką, zafundował mi dziesiątki przecudownych wieczorów i ciekawych przeżyć. I gratisowych palpitacji serca, gdy np. po spektaklu podeszła do nas p. Beata Ścibakówna i skomplementowała nas „byłyście panie wspaniałe” – chyba było widać, jak dobrze się bawiłyśmy na „Fredraszkach” 😉 Miałam także okazję poznać dwóch z trzech moich ukochanych aktorów i to też było przeżycie, które będę hołubić długo. Suma summarum – zachęcam, byście też spróbowali, kiedy tylko będziecie mogli. To jest zachwycający, przynoszący wiele emocji i refleksji szczególny świat, w którym możecie się zanurzyć, polecam! A ci z Was, którzy z różnych względów nie mogą często bywać w teatrze, mogą za to obejrzeć całkiem sporo sztuk online, np. TUTAJ.
Teatralny rok 2016 prawie w całości
Po trzecie: punkt zbiorczy, który nazwę sobie hasłowo „życiowa zmiana”
W 2015 czułam, że z moim ciałem jest źle, że w moim wieku nie powinnam odczuwać problemów z biodrem, że mój nadgarstek i ramię nie powinno tak dawać czadu i inne takie „kwiatki”. W tym wszystkim nie pomagała duża nadwaga. To wszystko w końcu zmotywowało mnie do poszukania rozwiązania i z polecenia trafiłam do fizjoterapeutki, którą nazywam darem losu. Iwona Janus to wspaniała specjalistka od terapii manualnej w modelu holistycznym. Dzięki niej moje życie zmieniło się na znacznie lepsze i to w wielu aspektach!
Po pierwsze – co na początku straszliwie mnie wkurzało, bo byłam typem bardzo stacjonarnym – stwierdziła, że jeżeli mamy się spotykać i ma to mieć sens, to muszę zacząć robić ćwiczenia, które mi zapisze i dużo więcej chodzić. Ćwiczenia 6 razy w tygodniu. O 6:40 rano (bo tylko wtedy jestem pewna, że je danego dnia zrobię). Chyba teraz z łatwością możecie sobie wyobrazić moją początkową niechęć 😉 Chociaż to i tak były – z perspektywy czasu patrząc – ćwiczenia bardzo mało wymagające, na początku głównie jakieś rozciągania, napinania, generalny rozruch i odbudowa mięśni. Z czasem wchodziłam na kolejne stopnie trudności, a teraz ćwiczę wymiennie – zestaw od Iwony + zestawy interwałowe (tzw. trening przedziałowy o wysokiej intensywności) z kanału Lumowell. No i coraz częściej sama zaczynam szukać nowych możliwości. A rozmowy z Iwoną w trakcie 50-minutowych wizyt to kopalnia inspiracji, motywacji, nowych pomysłów i punktów widzenia, jest świetna!
Czy Wy macie pojęcie, co to dla tak zapuszczonej fizycznie osoby oznaczało, gdy poczuła, że zaczyna mieć mięśnie? A gdy zaczęło je być widać spod kochanego ciałka? I gdy odczułam, że wejście na 4 piętro nie doprowadza mnie do stanu przedzawałowego, a wręcz nie jest żadnym wyzwaniem? Gdy zobaczyłam, jak inaczej chodzę, siedzę i ogólnie się poruszam? Matko, jak bardzo wcześniej nie dbałam o swoje ciało! A wydawało mi się, że przecież „tylko” nie ćwiczę, ale poza tym jest git. Frajerka…
Jakoś tak wyszło, że mniej więcej miesiąc po rozpoczęciu chodzenia do fizjoterapeutki Kasia usnuła swój fortel (ciekawe, czy w zemście za mój teatralny…) i wplątała mnie w zmianę żywieniową. No właśnie, nie dietę, nie odchudzanie, ale zmianę podejścia do żywienia. 5 posiłków dziennie, o jak najbardziej stałych godzinach (bo oczywiście nie da się jak w zegarku), owoce do 12:00, jak najmniej węglowodanów (tym bardziej, że cukry w tej czy innej postaci są w 80% produktów!), jak najwięcej warzyw, brak podjadania między posiłkami. O jeżżżżu, jakie to było ciężkie na początku! No bo jak to – nie zjeść cukiereczka lub czipsa (szczególnie, gdy nasz działowy „paśnik” jest pod moim nosem), tyle gotować i jeździć z pudełkami z obiadami i sałatkami prawie codziennie do pracy. Nie podobało mi się to na początku, oj nie! Do momentu, gdy zaczęłam odczuwać efekty. Ćwiczenia + przepracowanie trybu żywieniowego poskutkowało tym, że na spokojnie i bez katowania się (ba! najadając się pysznościami po dziurki w nosie) w 10 miesięcy schudłam 12 kilogramów (generalnie więcej, ale pierwszy raz zważyłam się w kwietniu, więc nie wiem, ile w sumie, obstawiam, że mogło być 14-15). Wiem, dla niektórych to żaden efekt wow, ale dla mnie jest to bezpieczne i wygodne zmienienie rozmiarówki o kilka numerów w dół. Jeszcze jakieś 7 kolejnych i będę stabilizować wagę na tej „książkowej”.
Nie udałoby mi się przetrzymać początków i kryzysów, gdyby nie Kasia i druga „wspomagaczka” – Sylwia. Kibicowały, chwaliły, wspierały, gdy trzeba było powiedzieć gorzką prawdę – waliły prosto w oczy. A od pewnego czasu dodatkową motywacją jest fantastyczna babska grupa na FB – „I wish I was Beyonce” – tak pozytywna, wspierająca i normalna (bez zadęcia: zjadłaś czipsa! Katuj się teraz! Czy też bez misjonarstwa dietetycznego i nauczania nieoświeconych). Dziewczyny dzielą się doświadczeniami, przepisami, ciekawostkami, wspierają w chwilach zwątpienia, radzą, gdy są pytane o rade, uwielbiam tę grupę!
Wsparcie Kasi i Sylwii oraz zmiany w mym ciele (i w konsekwencji po części też w psyche) poskutkowały tym, że zaczęłam nosić spódniczki i sukienki, co ostatni raz zdarzyło się pewnie w podstawówce, gdy byłam zmuszana stroić się w nie na apele. Czułam się w nich źle, więc przez długie, długie lata nie nosiłam ich w ogóle. A teraz żałuję, bo to jest świetna sprawa! Niestety, zimą chodzę w nich rzadziej, ale już niedługo wiosna i wrócę do standardu z ubiegłych wakacji, gdy spódniczki i sukienki były najczęstszym mym ubiorem. Poczułam się dzięki temu bardziej kobieco. No i w końcu mogę pięknie wyglądać, gdy idę do teatru 🙂
W 2016 roku zyskałam też bliskość prawdziwej przyjaciółki, z którą mogę naprawdę o wszystkim porozmawiać wprost i bez fochów. Jesteśmy w stanie przegadać – chyba naprawdę – każdy temat, szczerze wyjaśniając swoje punkty widzenia, swoje doświadczenia, obydwie strony są zaangażowane i otwarte na komunikację wprost. Taka głębsza przyjaźń, a nie tylko taka do poplotkowania i wyjścia na wino od czasu do czasu. I to jest piękne. Bywają chwile kryzysowe, bo mimo sporej dozy podobieństw, mamy kilka dużych różnic charakterologicznych. Ale właśnie to jest piękne, że mimo tego, że tak się w kilku istotnych sprawach różnimy, to i tak chcemy i potrafimy się dogadać. Dziękuję! :*
Te wszystkie powyższe czynniki wpływają też na moje myślenie i podejście do życia. Oczyszczając i wspomagając me ciało, by wróciło do formy zmieniło się też moje podejście np. do zakupów, jedzenia produktów przetworzonych, robienia sobie – na własne życzenie – krzywdy żywieniem i stylem życia etc. Ale także moje kompleksy są powolutku przepracowywane, z pomocą właśnie Iwony oraz przyjaciółek. Przepracowuję kwestię np. tego, że nie jestem pomidorówką,żeby mnie wszyscy lubili i że nie zamierzam uzależniać swojego samopoczucia i stanu nerwów od innych (oczywiście jest to megatrudne!), pracuję też nad postrzeganiem samej siebie. Możecie tego nie wiedzieć, bo skąd, ale jestem jednym wielkim kłębkiem kompleksów, mam więc nad czym pracować przez długie lata. Ale najważniejsze jest to, że zobaczyłam, że się da i że z dobrą wolą, motywacją, wytrwałością da się zrobić naprawdę wiele! Ja w każdym razie czuję się po ubiegłym roku dużo lepiej niż w latach wcześniejszych i zamierzam dalej to zmieniać na lepsze i lepsze!
Mniej więcej tak wyglądałam jakieś 1,5 czy 2 lata temuZdjęcie z tego tygodnia, gdy miałam okazję poznać Marcina Przybylskiego (tego, od głosu i cudownego aktorstwa <3)
To wszystko pokazało mi, że naprawdę chcieć, to móc. Uważam, że poza skrajnymi przypadkami jakiejś ciężkiej choroby każdy może zrobić tak samo. Tylko trzeba tego naprawdę chcieć, nie szukać wymówek, a możliwości, być otwartym na zmiany i cieszyć się drobiazgami.
A ja teraz uczę się powoli tego, jak być tu i teraz. I nie odkładać życia na później, bo tego później może nie być. Kibicujcie mi! 🙂
A teraz zostawiam Was z tym wpisem i lecę poćwiczyć!
Jak niektórzy z Was wiedzą (ci, którzy obserwują mnie na Facebooku i Instagramie) mam delikatnego fioła na punkcie cyklu o Zabójczyni autorstwa Sarah J. Maas. Tak, wiem, to zwykła młodzieżówka. Tak, wiem, nic wielkiego, bohaterka jest niezniszczalna i w ogóle wkurzająca. Tylko co z tego, gdy wciąga jak bagno, a na dodatek polubiłam bohaterów i ten świat? Biorąc to pod uwagę, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolorowanki bazującej na bazie tego cyklu, to musiałam ją mieć. A że jestem – jak widać – przewidywalna, to znalazła się miła osoba, która obdarowała mnie kolorowanką i opowiadaniami z tego świata. A ja postanowiłam opisać wrażenia z kolorowania pierwszych wzorów.
Najpierw garść technikaliów. Zeszyt ma 96 stron, okładkę tekturową, dosyć miękką. Wzory są drukowane na jednej stronie kartki, na drugiej cytat z ozdobnikami. To jest akurat o tyle dobre, że możemy się oddawać szaleństwom różnych środków do kolorowania bez obawy, że zniszczymy wzór na drugiej stronie (chociaż ja i tak zawsze podkładam kartkę, niezależnie od kolorowanki). Papier jest dosyć gruby i różnie pracuje z różnymi kredkami. Jedyny minus zeszytu jako całości to zbyt mocne sklejenie, co powoduje, że trudno dokolorować wzór przy grzbiecie.
A przechodząc do konkretów. Zrobiłam 2 całe wzory, trzeci jest w trakcie tworzenia. Do każdego z nich używałam innych kredek, by jak najszerzej przetestować możliwości tego zeszytu. Pamiętajcie, że każde zdjęcie możecie powiększyć, wystarczy w nie kliknąć!
Paradoksalnie do pierwszego wzoru złapałam za najtrudniejsze środki, czyli tusz w kredce – Derwent Inktense 72 kolory + chyba jedna czy dwie kredki Derwent Watercolour, a do tego waterbrush Derwent. Zamiast zacząć od jakiegoś elementu tła, by przetestować współgranie tych środków, to zabrałam się zaraz za skórę tej trójki i mam teraz efekt – prosiaczki 😀 Trudno, człowiek uczy się na własnych błędach. Generalnie papier jest dobry do kredek akwarelowych, przeżył pokrycie całej kartki wodą, trochę się rolował (no, ale nie roluje się chyba tylko papier do akwareli, a ten ma rzadko która kolorowanka), ale nic nie przebiło na drugą stronę. Kolory rozprowadzały się różnie, trzeba było trochę wyczuć sposób wchłaniania wody. Za to intensywność Inktensów pozostała bez zmian, szczególnie w zieleniach, żółciach i niebieskościach. Oceńcie zresztą sami!
Drugi wzór był zarazem pierwszym testem otrzymanych w prezencie kredek Prismacolor Premier, zestaw 24 kolorów. Owszem, ładnie wychodzą pod względem kolorów, są intensywne i ładne odcienie. Jednak nie są idealne do pokrywania tego papieru. Stosunkowo trudno pokrywa się nimi tego rodzaju papier, widać te białe przerwy, więc albo trzeba wiele razy pokrywać każde miejsce (co powoduje, że kredki się szybciej zużywają), albo używać blendera. Ja używałam blendera Derwent, zużyłam go na ten obrazek ponad połowę! Dla mnie wyzwaniem było ograniczenie się do 24 kolorów (byłam na urlopie tylko z tymi kredkami i Inktensami), czego już od wieków nie musiałam robić. Bez szarego! 😉 Wiecie, jak trudno jest uzyskać fajny, równy szary kolor miksując biel i czerń?
Ostatni wzór zaczęłam robić kredkami Koh-I-Noor Polycolor 72 kolory + dodatkowo mam kilkanaście kredek Derwent Coloursoft, Derwent Drawing, Derwent Artists. Na razie mam wrażenie, że tym zestawem pracuje mi się z tym papierem najlepiej, najłatwiej osiągam planowane barwy i odcienie. Oby tak dalej!
Wzory są bardzo zróżnicowane – mamy, jak widzicie, wnętrza komnat, widoczki pejzażowe, przedmioty, ogrody, sceny walki, sceny miejskie, a nawet i wizje bohaterów. Szkice są przeważnie bardzo ładne, więc z kolorowania ich można czerpać dodatkową przyjemność. Jest też dużo postaci, więc można popracować nad umiejętnościami kolorowania skóry. Jest też sporo broni, więc można więc poćwiczyć udane odtwarzanie stali.
Był to udany prezent, chociaż musiałam się nauczyć pracować z tym papierem. Jak dla mnie to mógłby być bardziej chropowaty, by lepiej „chłonąć” różnego typu kredki. No, ale takich świrów „wyposażeniowych”, jak ja jest raczej niewiele, dlatego zakładam, że dla typowego kolorowankomaniaka wszystko tu będzie ok. No, poza klejeniem, bo to mało która osoba lubi.
Jeżeli brakowało Wam kolorowanek, w których jest dużo wnętrz budynków, wzorów z różnych scenerii i tych, na których jest sporo osób – jest to kolorowanka dla Ciebie! Miłego relaksu!
Pan odszedł, Jasność zniknęła… Taka wiadomość dociera do regenta Królestwa – Gabriela. Jest to niepokojące, anioł nie pamięta, żeby wydarzyło się to kiedykolwiek wcześniej, ale początkowo nie napawa go to wielkim niepokojem. Do momentu, gdy z wyprawy badawczej wraca podróżniczka i naukowiec, Sereda, była uczennica Rajzela. Anielica twierdzi, że natknęła się na obecność Pana na krańcach świata, tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał. Tylko czy to aby na pewno światłość pańska, czy też może podstępne działanie Antykreatora? To trzeba sprawdzić!
Gabriel decyduje, że musi wyruszyć wyprawa, która sprawdzi, co tak naprawdę dzieje się w tych nieznanych i niebezpiecznych rejonach. Sereda dostaje olbrzymie wsparcie od regenta, a do opieki – ku frustracji Rajzela – przypisany zostaje Abaddon, Anioł Zagłady. I tak oto zaczyna się podróż w nieznane! Wariacka, pełna niebezpieczeństw, a na dodatek powodująca zamieszanie również w piekle, gdzie Lucyfer nie wytrzymuje i… Sprawdźcie sami, nie zamierzam spojlerować!
Powrót do tego cyklu to czysta przyjemność! Nadal uwielbiam Abaddona, Piołuna – Boską Bestię (ach, cóż to jest za koń!), Lucka, Asmodeusza i jego nietypowego kota, poznawanie ich dalszych losów to czysta przyjemność. A że autorce wyobraźni nie brakuje, to światy, które przemierzają bohaterowie są pełne niespodzianek. To, co urzekło mnie najbardziej, to stworzenie miejsca, w którym można natknąć się na taki miks bóstw, jakie mało kto nam zafundował. Mamy tu bóstwa hinduskie, syberyjskie, arabskie i wiele innych, przecudowny miks! To nie jest jednak słodki światek, pełen pyzatych aniołków i uroczych wróżek, tu czyhają na Ciebie demony, zaatakować Cię mogą Rakszasowie, a spod wody wyskoczyć może nagle leukrotta. Do tego czeka Cię pokonywanie miejsc takich jak Wodospad Dusz czy Las Noży, nie będzie łatwo, oj nie…
Bohaterom nie jest też łatwo pod względem duchowym. Jest to dla nich typowa „droga ku oczyszczeniu”, w trakcie której dojrzewają, przepracowują swoją przeszłość, zaczynają rozumieć pewne rzeczy. Bardzo lubię w tym cyklu to, że bohaterowie nie są jednoznaczni, anioły nie są idealne, diabły też nie są li i jedynie diabelskie. Często przeżywają dylematy, które dobrze znamy my, ludzie.
Są pewne drobiazgi, nieścisłości, do których mogłabym się przyczepić, ale byłoby to czepianie na siłę, więc odpuszczę. Bo generalnie to jest naprawdę solidny kawał rozrywki i to rozrywki nieschematycznej, pomysłowej. Jestem bardzo ciekawa, na kiedy przewidziany jest drugi tom, bo ten pierwszy kończy się tak, że miałam ochotę autorkę udusić 😉
Tym, którzy nie czytali jeszcze książek z tego cyklu przed lekturą tego tomu polecam przeczytanie wcześniejszych (tyle frajdy przed Wami!), ale generalnie rekomenduję tę barwną, potoczystą i wciągającą powieść wszystkim miłośnikom fantastyki.