Archiwa miesięczne: Listopad 2015

Steve Jobs

Steve Jobs, reż. Danny Boyle, USA 2015

O Stevie Jobsie nie wiem dużo. Ale zawsze coś, bo całkiem nic nie wiedzieć się nie da. „Trochę” oznacza klisze: że samotny wizjoner, inżynier technologicznej rewolucji, dusza firmy Apple (raczej mózg, ale osobowość zdecydowanie nie z gatunku cienistych). Trudny charakter. Wiedziałam, że trudny charakter i że typ frontmana. Co prawda ja poza środowisko Windowsa nie wychodzę, więc bezpośrednio z nadgryzionym jabłuszkiem się nie stykam. Ale – jak każdy – mam w zasobach słownictwa parę pojęć, które się z Jobsem wiążą. Ipod, iphone, ipad, Mac (vel Macintosh), z nazw własnych jeszcze: Studio Pixar. Pomyślałam: jest okazja, w pigułce dostanę więcej.

Steve Jobs. plakatMuszę wspomnieć o dwóch okolicznościach, które wpłynęły na to, co piszę. Pierwsza: zaskoczył mnie ten film! Niczego nie czytałam przed seansem, wiedziałam tylko, że Jobsa zagra Michael Fassbender. Czekałam na mainstreamową narrację, a tu teatr. Druga: przeczytałam po seansie dwie recenzje (na portalu FilmWeb i w miesięczniku „Kino„), po których niewiele mi zostaje do dodania. Skoro więc nie chcę uprawiać tu wszystkoizmu i powtarzać poczynionych już przez innych spostrzeżeń, to daję nura w opis wrażeń.

Nie należy sobie tego filmu odpuszczać. Bo siedzi w głowie i po czasie wyświetlają się zaprojektowane przez twórców smaczki. Pomimo że sam seans lekko nuży. Najbliższym pokrewieństwem dla Steve`a Jobsa jest The Social Network. Również dlatego, że scenariusze obu filmów pisał Aaron Sorkin. Co kto lubi: ja za filmem o Marku Zuckerbergu nie przepadam. Analogii jest sporo. Antypatyczny bohater, rywalizacja podniesiona do potęgi i wstawiona na piedestał, wielkie ego, inteligencja emocjonalna w granicach zera i dużo mrugnięć do komputerowych geeków. I ta obsesja tworzenia nowego świata – „społecznościowego” u Zuckerberga i „gadżeciarskiego” u Jobsa. Nie mam lepszego słowa – rzecz jasna „gadżet” waży za mało. Jobs projektował sprzęt, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że go chcemy. ;) Czas na woltę: mimo że film Boyle`a (podobnie jak film Finchera) nie trafia w nerw mojego kina, jakoś nie daje spokoju i rozwarstwia mi się w głowie na tyle mocno, że nie kasuję doznań.

Bo też co to za pomysł! Trzy analogiczne sytuacje: chwile przed publiczną prezentacją trzech kluczowych produktów. Olbrzymie sale (Jobs lubił rozmach – wnętrze opery czy filharmonii koresponduje z metaforą dyrygenta, za którego się uważał). Jeszcze puste, gdy rozpoczyna się sekwencja i zapełnione tuż przed wyjściem Steve`a na scenę. Nie wątpię, że miał charyzmę i lubił „opakowania” (jak reklamy, z których był dumny). Ale tego Jobsa nie zobaczymy. Wszystko rozgrywa się tuż przed. Gorączkowe napięcie, potknięcia, które trzeba usunąć, niespodziewane zakłócenia. A przede wszystkim konfrontacyjne rozmowy: ze współpracownikami, z asystentką, z córką i jej matką. Dużo słów. Słowa i napięcie w interakcjach charakteryzują bohatera. Jeśli to pomnożyć razy trzy, to aż dziw, że ta teatralność jest do udźwignięcia. 

Teatralność rozumiem tu jako przeniesienie punktu ciężkości na dialog. Poza tym: triada kompozycyjna niczym trzy akty sztuki. I wciąż te same postacie. Steve Jobs (Bóg Ojciec), jego asystentka Joanna Hoffman (Kate Winslet), Steve Wozniak (współzałożyciel Apple, kumpel z czasów garażowych, proszący o dobre słowo dla Apple II), Andy Herzfeldt (obwiniany za niechęć Macintosha do mówienia „Hello”) i John Sculley (ten od Coca-Coli). Zmienia się powierzchowność – fryzura, strój i wiek, ale rozmowy wciąż jakby te same. Najwięcej mówią niuanse. Interlokutorką szczególną jest Lisa Brennan, córka Jobsa, pięcio-, dziewięcio- i dziewiętnastolatka. Relacja z dzieckiem (którego Steve Jobs się wypiera!) ma symptomatycznie portretować prywatność bohatera. Ta paralelność (potrójność) jest konceptem. Dlatego gdy ktoś mówi o dokumentalnym klimacie filmu Danny`ego Boyle`a, to trzeba dodać, że to „dokument” z pedantycznie dopracowanym scenariuszem.

Steve Jobs

To, co najuważniej śledziłam, to ojcostwo Jobsa. Wątek z Lisą podnosi emocjonalną temperaturę. Pozwala odpocząć od artystyczno-wizjonersko-technicznej mieszanki. A ściślej: pozwala oczekiwać innej skali odczuć, choć okazuje się, że filmowy Jobs nie umie wyjść z roli. Prywatność jest „najeżona”, Jobs walczy i atakuje, jest absolutnie niegotowy do złożenia broni. Fassbender – jak zawsze – świetny. Pomijam oczywistą przyjemność obserwowania go na ekranie. Jest kabotyński, wkurzający, niedojrzały. Cyniczny i bufoniasty. Cóż, zarazem błyskotliwy, zdeterminowany, nieuznający granic, narzucający światu kierunek marszu. Nie do zdarcia. Gdyby móc go posłuchać, jak do wypełnionej szczelnie sali amfiteatru przemawia niczym Mojżesz, to grzechy wymazałyby się do czysta. I te sprzeczności nie kotłują się ekspresywnie i nawet nie układają na linii sinusoidy. Jest to i to jednocześnie.

Jeśli ktoś mówi, ze filmowy Steve Jobs krzywdzi córkę, to powinien jednak dodać, że bardzo ją kocha. Nie odpowiada na jej głód czułości. Odrzuca – choćby w pięknej scenie, w której 9-latka wtula się w Jobsa, prosząc, by mogła być z nim, nie z matką. Ale też przyciąga. Lisa nie jest chyba masochistką, by trwać przy wrogu. Najsilniejszy sentyment ujawnia się, rzecz jasna, w scenie finalnej. Ale najsympatyczniejszą sceną jest ta, w której pięcioletnia Lisa rysuje na macintoshu swoją abstrakcję, a Jobs objaśnia jej działanie komputera. 

Jaki jest filmowy Steve Jobs – mniej więcej wiem. Jaki był naprawdę? Prawdopodobnie chwyt reżysera i scenarzysty, by poprzez wycinek biografii pokazać to, co w niej najistotniejsze, ma potwierdzenie w pracy nad postacią. A jednak – może to zaleta filmu a może wada – mam wrażenie, że o Stevie Jobsie wiem niewiele. 

podrygi

Mam swoją teorię, że najśmieszniejsze słowa zaczynają się na literę „p”. Można polemizować, ja wiem swoje. Kiedyś już o tym pisałam (TU), dziś dorzucam „podrygi”. 

Podrygiwać to jakby podskakiwać, wyrywać się ze stanu constans w stan podgorączkowy. Ku górze się kierować. Słownik tak rzecz ujmuje – podryg to drgnięcie całego ciała podobne do zrywana się. A jak już zrywać się, to do lotu. I tu niespodzianka, która gasi optymizm. Najczęstszym użyciem tego słowa jest sięganie po zwrot „ostatnie podrygi”, co eufemistycznie znaczy „ledwo zipać”, zbliżać się do nieuniknionego końca. 

***

Najpierw sprawa bloga. Czym są podrygi, każdy bloger wie. Po względnie krótkiej fazie natężonych natchnień, przychodzi uspokojenie. Stonowana regularność: pięć wpisów w miesiącu – taka jest moja norma. Pielęgnuje się łączność i blogerską tożsamość. Potem odrywa się człowiek na moment i jakby w niego leń wstąpił. Pługiem trzeba orać drogę na WordPress. Skrzydeł dodaje odzew (komentarze i statystyki), ewentualnie lajki. No, tym się jednak bloger nie wyżywi, więc najlepiej gdy ma motywację absolutną i długofalową. Bardzo bym chciała wiedzieć, po co ludzie piszą blogi.

Jak z wszystkim: blog może być czymś zastępczym. Antidotum na nadmiar wypracowań do korekty – „a figa! teraz sobie MNIE poczytajcie, wolno nawet wytknąć błędy!”. Może to być potrzeba katalogowania: „tu w jednym miejscu znajdziecie wszystko, co czytam, oglądam i myślę” – nie mój przypadek, bo jednak sporo puszczam mimo, nie wałkując. Zwłaszcza ostatnio. Ale porządny indeksik mam. Niedawno zrobiłam nawet wykaz wpisów nierecenzenckich (OBSERWACJE). Mediewiści obstają przy tym, że katalogowanie miał we krwi człowiek średniowiecza. Uwielbiał spisy i hierarchie. Czasy teraz takie, że wcale by mnie nie dziwiła fala nawróceń na modłę krzyża i miecza.

Z innych pobudek do pisania wskażę trzy, z którymi mi po drodze. Otóż, rzeczą nadrzędną, niewymagającą niczyjego aplauzu, jest chęć zobaczenia „co się myśli”. Może bruneci mają inaczej, ale blondynka musi napisać, by to ujrzeć. Dalej, instynkt żywicielski – nakarmić słowem świat. Co prawda światu się już przelewa, aż chlupie od orzeczeń i epitetów, ale człowiek-bloger ma jednak nadzieję, że jego wpis przebije miliard trzysta innych. Ku nasyceniu głodnych. Inna sprawa to ktoś bliski, dla kogo pisze się szczególnie (po cichu licząc na uwagę tysięcy, ale ten jeden ma twarz). I jak się Ktoś taki wykoleguje z życia, to wena mocno przysycha, a nawet rodzą się filozoficzne konstatacje: „psu na budę to wszystko!”.

Blogi są efemeryczne. Wiem, bo obserwuję znikanie. Ze smutkiem i westchnieniem zrozumienia. Niewykluczone, że ktoś – mylnie! – zgaduje suspens, że się zwijam. Otóż, bynajmniej. Nic nie jest wykluczone – może w trakcie podrygu zabraknie mi oddechu i słów, ale jestem starą podrygiwaczką, więc kijem przeganiać, a wrócę. Chyba że nie. Póki co blog działa jak wentyl. Potrzebuję go, by w roli życiowej się nie zagnieździć i nie skostnieć, by zamiast tylko uczyć pisania, sprawdzić, jak to jest pisać i mijać się z zamysłem.

Może ja nie jestem Picasso, ale bez rysunku się nie da. Schemat uwiarygodni każdą teorię. Poniższy objaśnia, że podrygi mogą być sprężynowe (elipsy), wertykalno-schodkowe i wektorowo-łamane. Koń jaki jest każdy widzi: sprężynki są najefektywniejsze, schodki taranują przeszkody, a łamane to coś więcej niż schizofrenia, to dwubiegunówka.

podrygi

Liczby. Tamaryszkowi zdążyły już trochę gałązki zdrewnieć, bo krzewi się od 24 marca 2011 r. (na WordPressie), a od 24 lutego 2010 – na bloxie (bloksie). W tym czasie powstało 290 tekstów (B – 58, W – 232). Komentarzy na wordpressowych Pre-tekstach zakwitło 3800. Większość wpisów dotyczy filmów, ale dzielnie się motywuję do pisania o literaturze. A prawdę mówiąc, czasem aż mnie rozsadza, by sobie coś poopowiadać całkiem z czapy. Niby tak miało być: film czy książka jako pretekst. Ale organicznie nie daję rady. Głupio mi przywoływać tytuł, któremu warto poświęcić esej, by potem dać nura w dygresje. Tymczasem – ciągnie wilka do lasu, a mnie do dygresji. Dlatego raz na sto lat piszę notkę o niczym, żeby sobie dogodzić.

***

Wierzcie lub nie, ale teoria podrygów blogowych sprawdza się na kilku innych płaszczyznach. Teoria – powtórzę – czyli założenie, że nie da się trwać constans, coś musi słabnąć, gorączkowo skakać jak rtęć w termometrze, by zastygnąć w pół gestu. I choćby chuchać-dmuchać, to cóż…
I właśnie żal napędza próby, mimo że po czasie i tak ma się wrażenie, że było przesądzone.

Życzę samych życiowych sprężynek. Tobie też.

czarny piksel (11`)

11 minut, reż. Jerzy Skolimowski, Polska 2015

Opis dystrybutora w zasadzie wystarczy: „W ciągu 11 minut losy wielu mieszkańców wielkiego miasta zostaną połączone ze sobą”. Oczywiście czas jest umowny, bo film trwa 7,4 razy dłużej. Nie mam nic przeciw temu, bo mnie „się oglądało” bardzo dobrze. Nawet jeśli nie wiem „po co” i „dokąd dotarłam”. Wydaje mi się, że donikąd. Ale nie kupowałam biletu celowego, więc rozczarowania nie ma.

11 minut. plakatKilka słów jednak do dystrybutora dorzucę. Otóż, dlatego moje oczy się nie męczyły, że montaż jest naprawdę świetny. I słusznie Agnieszka Glińska dostała za niego Złote Lwy (Gdynia 2015). Trudno po jednorazowym obejrzeniu analizować go na odległość. Na pewno rzecz w tym, że opowieść ma tempo, i że to nie zdarzenia narzucają rytm a właśnie przyspieszone, zwielokrotnione, nakładające się na siebie sekwencje obrazów. Co do zdarzeń, to nie bardzo wiadomo o co chodzi.

Pan sprzedaje hot dogi, zakonnice kupują i jedzą. Czyściciel okien (alpinista) rozmawia z dziewczyną, czy można wziąć na wyprawę producenta „pornoli” (on jest na tak, ona na nie). Kurier się kręci tu i tam. Pogotowie ratunkowe – ratuje. Dziewczyna z psem szuka powodów, by żyć. Malarz – szkicuje, co widzi. Ktoś umiera, ktoś rodzi. Student daje się wkręcić w feralny przekręt. Najważniejszy – choć hierarchia jest czymś wielce umownym – jest młody mąż, któremu żona ucieka z łóżka. Do hotelu pobiegła, gdzie daje się prowokować reżyserowi, licząc na rolę w filmie. Mąż przez cały niemal film wydeptuje hotelowy korytarz. Niby nic, ale Wojciech Mecwaldowski (z podbitym okiem) chodzi w tę i we w tę całkiem sprawnie. Do czasu. No ale wtedy to już czas się wszystkim skończy, bo będzie 17.11. Samo życie. Nic, a jakże wiele!

Bardzo mi się podoba martwy piksel. Na końcu, gdy ekran się rozmnoży przez podział, będzie widać, że choćby piksel był rozmiarów piksela, to i tak zawadza i szkodzi. Dlatego to musiało się posypać, taka karma. Nie szkodzi, że nie wiesz, jak to działa. Nikt nie wie, choć każdy widzi znaki. Czarną plamkę na przykład. Albo warkot samolotu. który lata tuż przy trawniku. Trochę przesadzam, ale nie bądźmy skrupulatni – nisko lata. I to może być, nomen omen, proroctwo.

Mocną stroną jest również muzyka (to akurat na serio), a moją sympatię budzi zwłaszcza Organek i „Matko! Gdzie w nocy był twój syn? / Jak wrócił, tak długo ręce mył”. Moim zdaniem historia tego syna jest w porównaniu z fabułą filmu niczym bułka z masłem (TU).

Uważam, że można interpretować detale, ale skoro nikt mnie nie zmusza, to wolę tego nie robić. Zgodnie z wyznaniem z pierwszego akapitu – nie wiem, dokąd doszłam, gdy seans eksplodował. Może zrozumiałam sens życia? Albo jego brak? Pytań o rolę przypadku nie wskrzesiłam, bo to domena Kieślowskiego i „nikt jak on”. Moją najżywszą reakcję budzi cudowne rozmnożenie czasu. Każdą minutę obchodzimy z wielu stron. I jak tu się zżymać, skoro każdy chciałby móc tak żyć na okrętkę. No chyba że komuś się spieszy na urlop lub na obiad.

Film Skolimowskiego został zgłoszony jako polski kandydat do Oscara w kategorii filmów nieanglojęzycznych. Kapitalne Body/Ciało nie było brane pod uwagę, na życzenie producenta (masz, babo, placek i pisz wiersze!). A werdykt jury Paweł Pawlikowski uzasadnił następująco:

„Wybraliśmy film jednego z najlepszych i najbardziej oryginalnych polskich reżyserów. Jego osoba i twórczość są dobrze znane i cenione na rynku amerykańskim. 11 minut to film uniwersalny, zrealizowany dynamicznym językiem filmowym, portretujący chaos, kakofonię i pustkę współczesnego świata”  (tvn24.pl)

I jeszcze wypowiedź reżysera wygłoszona w Gdyni (to samo źródło): „Ważne jest to, co doprowadziło tych wszystkich ludzi do tego finału. Wśród nich są ludzie winni i niewinni. Czy ci, co są winni, ponieśli karę; czy ci, co są lekkomyślni, powodują te tragiczne wydarzenia; (…) kto na co zasłużył – to są pytania, które można sobie zadawać po tym filmie”.

Kto na to zasłużył?

baśń nad baśniami

Pentameron (Il racconto dei racconti), reż. Matteo Garrone, Włochy (& co) 2015

Pentameron. Skojarzenia z Dekameronem są całkiem na miejscu, choć nie najistotniejsze.  Ten sam chwyt kompozycyjny, który niezależne opowieści łączy w całość jakimś nadrzędnym kluczem (konwencją lub sytuacją). Pentameron to (w wersji literackiej) zbiór 50 baśni posegregowanych na pięć dni. Niewiele wiem, bo też dopiero co dotarła do mnie nowina z XVII wieku. Żył wówczas w Neapolu dworzanin Giambattista Basile i spisywał baśnie, z których czerpali garściami (200 lat później) bracia Grimm. Opowieści to były okrutne, krwiste i bez ogródek odsłaniały „ciemną stronę pragnień” – tak na plakacie filmowym reklamuje się świeży film Garrone`a, zainspirowany Basilem. W eseju o filmach Matteo Garrone`a („Kino” 10/2015) natrafiłam na  rekomendację (Italo Calvino), że Basile to włoski Szekspir. Pierwotny tytuł Pentameronu brzmiał: Baśń nad baśniami, czyli Festyn tłuścioszek. Niby jedna, ale „festyn”, więc mnóstwo.
Pentameron. plakatFilm wybiera sobie z tego bogactwa trzy historie. Może i więcej, lecz linie fabularne są właśnie trzy. I tyleż królestw, a w każdym mierzą się ze sobą pragnienia i rozczarowania, jedne i drugie niebotyczne.

Królowa (Salma Hayek) obłędnie pragnie być matką. Bardziej niż żoną, toteż bez trudu przyjmie ofiarę męża, który stoczy bój o serce potwora. Po to, by ona mogła je pożreć i niemal natychmiast urodzić syna. Ma czego chciała, pragnienia się spełniają. Nikt jednak nie ma złudzeń, że uruchomienie czarnej magii i zaspokojenie desperackich oczekiwań przebiegnie bez uszczerbku. Zdublowany syn (baśń wszystko wyjaśnia) chce świata, nie matki, która mu świat przesłania. Nie nacieszy się królowa i nie będzie chciała odpuścić.

W innym królestwie księżniczka Violet marzy o zamążpójściu. Liczy na dobrą wolę ojca i udaną aranżację. Ale król-ojciec zdziwaczał. Czy to z samotności, czy z nudy czy z bardziej pokrętnej przyczyny – dość, że eskapistycznie przyjaźni się z pchłą. Violet się stroi i czeka, ale bez ojcowskiego alertu kandydat się nie znajdzie. Najwidoczniej księstwo leży z dala od drogi przelotowej dla pięknych książąt. Gdy już w końcu nastanie czas turnieju – rozstrzygającego, komu dana będzie ręka księżniczki – to, doprawdy, jest to zapowiedź nie szczęścia lecz horroru. Proszę bardzo: możesz śnić, marzyć i dokarmiać pragnienia, a jak ci się ziszczą, to noś swój garb.

Królestwo trzecie – najbardziej perwesyjne – jest w posiadaniu króla-erotomana (Vincent Cassel). Król swawoli i póki co zwleka z ożenkiem. Aż spotka głos cudniejszy niż wszystko dotąd. Wyobraźnia sugeruje, że piękno nie chadza samotnie, więc skoro ktoś ładnie brzmi, to i wyglądać musi bosko. Tymczasem głos należy do staruchy, pomarszczonej i zwiędłej jak suche liście. Starucha ma siostrę, również w wieku podeszłą i obu paniom marzy się przygoda z królem. Może zresztą nie o figlach śnią, a o tym, by ktoś ich pożądał, wielbił je i do nich wzdychał. Tę historię to polecam całym sercem: kaskada przebieranek, metamorfoz, cudownych odmłodzeń i gier z losem. Gdy pragnie się czegoś naprawdę bardzo, to rzecz się ziści, nie ma mocnych. Ale co dalej? Droga na pewno nie jest gładka ni bezpieczna. Źle było starej kobiecie w starej skórze, na chwilę stała się promienną młódką – i jak jej teraz, gdy czar pryska, a galopem wraca stare? 

Tak jak nie jestem amatorem baśni, opowieści ze świata fantasy, tak film Matteo Garrone`a przyjmuję z pozytywnym zaskoczeniem. Nie na tyle, by deklarować zmianę upodobań, ale wystarczająco, by polecić seans Pentameronu.

Po pierwsze – wizualna uczta. Wejście w alternatywny świat i to całkiem dosłowne. Pierwsza scena (jeśli pamięć mnie nie zwodzi) jest podążaniem za czyimiś łydkami. Idą zgrabne łydki w rajstopkach, w stroju dworskim i wiodą nas na dziedziniec, przed sam tron. Więc już jesteśmy, na dobre i na złe, po to, by przyglądać się cudom i klątwom.

Po drugie – wachlarz baśniowych tropów.  Bez przesłodzenia. Nawet to, co znane, jest podbite zwiększoną dawką perwersji (migam się od słowa brutalność, choć to blisko). Cudowne poczęcie, bracia urodzeni przez różne matki; źródełko, którego wody mówią o losach bliskiej osoby; ogr marzący o delikatnej księżniczce; odrzucona – wyniesiona na tron; zazdrosna siostra, która da się obedrzeć ze skóry, by dostać swoją porcję łask. Piękno idzie w parze z brzydotą. A logika i sprawiedliwość podszyte są ironią. Nie brak tu hybrydycznych zwierząt. Zamiast smoków są pchły-olbrzymki i morskie potwory, którym się wyjmuje serca. Groteskowość i hiperbolizacja to nieodłączne cechy baśni. Tak mi się od teraz wydaje, choć chwilę wcześniej byłam skłonna szukać w baśniach lukru.

Po trzecie – ale to już z mniejszym przekonaniem piszę – są u Garrone`a jakieś tropy wiodące do świata, w którym żyjemy. Po coś w końcu ten film powstał i szukanie analogii czy sugestii to naturalny odruch. Tyle tu o pragnieniach, że blisko do Freuda. Coś mnie jednak powstrzymuje. Zostanę na granicy, na skraju surrealnej krainy, w której rodzą się ludzie tęskniący za zmianą. Nie każda jednak zmiana wychodzi ludziom na zdrowie, co nie znaczy, że nie warto jej doświadczyć, by się przekonać.