Nie ukrywam, że od zawsze darzę parę tych urwisów wielką sympatią. Zresztą fenomen Bolka i Lolka polega na tym,
że znany jest ludziom w każdym wieku. Nic dziwnego, w końcu kreskówka
towarzyszy nam od długiego czasu, wychowało się na niej kilka pokoleń polskich
dzieci. Nie każdy jednak może pamięta, że ich ojcem chrzestnym był reżyser
filmowy i teatralny, scenarzysta, autor komiksów i twórca filmów animowanych, a
także współzałożyciel Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej – Władysław
Nehrebecki, który wykreował postacie chłopców inspirując się zabawami i psotami
swoich synów, a imiona dla nich zaczerpnął z przedwojennego filmu z 1936 roku
pt. Bolek i Lolek, w którym tytułowe postacie odegrał Adolf Dymsza. Filmy
animowane (krótko i pełnometrażowe) o Bolku i Lolku powstawały w latach
1963-1986. Przez ten czas zdołały zdobyć serce widzów i wejść do kanonu kultury
polskiej, a o jego popularności świadczy również fakt, że w 1997 roku, w
plebiscycie Dobranocka wszech czasów, zorganizowanym przez TVP i Gazetę
Wyborczą – Bolek i Lolek zajął zaszczytne pierwsze miejsce. Dzisiaj nasi
bohaterowie stali się jeszcze bardziej medialni, więc spotykać ich możemy nie
tylko w telewizji. Starsze dzieci zetknęły się zapewne z grami komputerowymi, a
dla młodszych wydawane są książeczki z ich kolejnymi przygodami. Nakładem Znaku (Znaku Emotikon) ukazało się
kilka tego typu publikacji, w tym książka tej samej autorki (Karolina Macios:
Bolek i Lolek z telewizora). Szczerze mówiąc nie znam ich treści, przyciągnęła
mnie szczególnie mocno dopiero dzisiejsza wersja, zapewne dzięki wielce
obiecującemu rozmiarowi księgi (bo nie książeczki) i kolorowej uroczej okładce.
Kontynuacja kultowego serialu bądź książki
zawsze jest obarczona sporym ryzykiem, jej autor musi liczyć się z krytyczną
uwagą fanów przywiązanych do klasycznej wersji. Trzeba jednak przyznać, iż
Karolina Macios (autorka tekstu) oraz Sara Szewczyk (ilustratorka) – świetnie
sobie z wyzwaniem poradziły i nie tyle odświeżają (bo tu nie ma czego
odświeżać!), ale pozwalają dzieciakom ponownie uczestniczyć w zabawnych
przygodach naszej pary bohaterów. Wielbiciele tradycyjnej wersji nie muszą się
obawiać, jak widać na okładce – sylwetki chłopców nie zostały zmienione.
Autorka zachowała ich charakterystyczne cechy i osobowości (Lolek jest bałaganiarzem
i małym łasuchem, a Bolek – mądralą i obaj rumienią się na widok dziewcząt),
ale jednocześnie wprowadziła współczesne realia; chciała, by czytelnik zobaczył
naszych bohaterów przy zupełnie zwyczajnych i typowych zajęciach współczesnych
dzieci. Przyglądamy się zatem chłopcom w ich domu i w szkole, poznajemy rytm
ich dnia, obowiązki i przeróżne perypetie. Nieco lepiej poznajemy ich rodziców i
psa Zucha (który w psotach prześciga Bolka i Lolka, więc lepiej go nie
spuszczać w ogóle z oka!). Chłopcy mają również nową koleżankę. Nie, to nie
jest Tola. Tym razem ich przyjaciółką jest Zuza. A Zuza, to nie Tola.
Przynajmniej nie z wyglądu… ale o tym musicie się już przekonać sami…
Książka gwarantuje dużo humoru i
dobrej zabawy. Czytelnik poznaje tarapaty, w które pakują się chłopcy i scenki wprost
zapożyczone z codziennego życia. Dzieci zapewne rozpoznają pewne sytuacje, w
których wcześniej same się znalazły, a i rodzice z uśmiechem skojarzą
zdarzenia, które miały miejsce w ich domu. Historyjki nie są specjalnie
ugrzecznione, co spodoba się dzieciom, a jednocześnie stanowią świetną okazję,
by przemycić kilka cennych rad i głębsze przesłanie.
Większość przygód ma zabarwienie
realistyczne, ale kilka epizodów skłania się leciutko w kierunku fantastyki
(zresztą nie dzieje się nic, czego nie można wytłumaczyć wybujałą dziecięcą
wyobraźnią). Podoba mi się ten pomysł, ponieważ tak przedstawione przygody jak
najbardziej oddają intencje pierwotnych twórców popularnej kreskówki. Serial
filmów animowanych miał przecież pokazywać psoty
i perypetie zwyczajnych chłopców w czasie ich zabaw, podczas których zacierają
się granice między realnym światem a fantazją. Bolek i Lolek, których znamy
- wielokrotnie udowadniali, że mogą wcielić się we wszystko i przenieść się wszędzie.
Jeśli więc o mnie chodzi, to tych przygód mogło być znacznie więcej. Z przyjemnością towarzyszyłabym chłopcom,
którzy wskakują do samochodu i wyruszają w siną dal. A potem, gdy
się im znudzi - przerabiają pojazd na
batyskaf i eksplorują morską głębię lub montują rakietę i lecą na
Księżyc… No cóż, poniosło mnie nieco. Zresztą trzeba przyznać, to już było…
Wracając do Zupełnie nowych
przygód – trzeba przyznać, że największym walorem książki jest jej aspekt
edukacyjny. Dzieci poznając przygody chłopców dowiadują się wielu ciekawych
rzeczy nie tylko użytecznych, ale powodujących, że będą bardziej uważne, empatyczne, kulturalne i
odpowiedzialne (za swoje zdrowie, za stan środowiska i za inne żywe istoty). Co ważne, wszystkie te sprawy nie przyjmują formy nudnego wykładu! Książka promuje wiele zdrowych postaw i nawyków. Mama wiecznie zatopiona jest w
lekturze, a tato pomaga w sprawunkach. W domu Bolka i Lolka zwraca się
szczególną uwagę na zdrowe odżywianie, na relacje z sąsiadami i przyjaciółmi i
na limitowanie czasu spędzonego przed komputerem. Osobnym i najważniejszym
tematem jest sprawa domowych zwierzaków. Autorka wielokrotnie podkreśla jak
ważną sprawą jest dokładne przemyślenie decyzji o kupnie psa lub o zabraniu go ze
schroniska; uświadamia, że pies w domu oznacza nie tylko mnóstwo dobrej zabawy, ale również
obowiązki i sporą odpowiedzialność. Na końcu książki znajduje się dodatkowy
apel do dzieci, a także test, którego rozwiązanie ma pomóc dziecku przekonać
się czy jest gotowy na takie przedsięwzięcie.
Książka jest pięknie wydana,
pełna kolorowych, szalenie sympatycznych, często dowcipnych ilustracji (praktycznie na każdej
stronie coś się dzieje). Jest przez to dosyć pokaźna, to nie format
kieszonkowy (ma 448 stron), ale na półce wygląda doskonale. Dedykowana jest nie maluszkom, a nieco starszej dziatwie szkolnej (7-11 lat). Świetnie nadaje się do rodzinnego czy do samodzielnego czytania
przed snem. Doskonała na prezent. Polecam!
Za książkę dziękuję Wydawnictwu:






