Jestem wielką fanką ręcznie robionej biżuterii, ale jak już kiedyś pisałam, sama nie porafię jej robić. Bardzo podobają mi się filcowe korale i postanowiłam zmierzyć się z takim wyzwaniem. Na próbę kupiłam wełnę, igłę, no i się zaczęło… Pierwszą kulkę dziobałam pół dnia, częściej trafiając w palce niż w wełnę, a ona cały czas pozostawała miękka. Kiedy już doszłam do jako takiej wprawy, złamała mi się igła. Korale owszem wyszły, ale były jakieś takie banalne i więcej wisiały na wieszaku niż na mojej szyji. Wczoraj znowu mnie natchnęło i oto efekty, z których jestem zadowolona. Filcowe kulki połączyłam z drewnianymi koralami.
Ciąg dalszy na pewno nastąpi.




















