Archiwa miesięczne: Październik 2016

Wołyń (cz.1. i 2.)

Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2016

wolynNie sądzę, bym umiała i bym chciała pisać miarodajną recenzję o Wołyniu. Dlatego kilka podejść- impresji.

część 1 (tuż po seansie)
Wszystkie filmy Smarzowskiego oglądam tylko raz. Zawsze wydaje mi się, że wrócę. Tym razem od początku wiem, że powtórki nie będzie. Nokaut. Zobaczyć raz, zapamiętać. Analizowanie niuansów nie wchodzi w grę. Czy tu w ogóle są niuanse?
I tak jak przy Róży gotowa byłam do upadłego powtarzać, że mimo okrucieństwa, jest to film o miłości, tak podobną etykietę na plakacie Wołynia uważam za nadużycie.

Film o fanatyzmie, o nienawiści, którą ktoś roznieca, która wymyka się spod kontroli i urasta do pandemonium. I ta nienawiść ma swe źródło w chorym patriotyzmie, w zmanipulowanym poczuciu krzywdy, która domaga się rewanżu. Demony zła zerwały się z uwięzi i cwałują.

Temat rzezi wołyńskiej ma taką siłę, że niczego nie kwestionuję. Oglądałam w emocjonalnym klinczu. Jestem przemaglowana, lecz nie bezkrytyczna. Choć każde słowo krytyki brzmi trochę jak bluźnierstwo, to jednak od tego zacznę. Niewątpliwie – jak mówią – film bez precedensu i temat doniosłości wielkiej. Ale. 

W centrum opowieści jest Zosia Głowacka, Polka. Zakochana w Ukraińcu, poślubiona Polakowi. Tak zdecydowali rodzice. Jeszcze wtedy mogło być inaczej. Film rozpoczyna sekwencja scen z wesela starszej siostry Zosi, Heli, której małżeństwo z Ukraińcem pobłogosławiono. Mimo zaszłości i uprzedzeń, mieszane związki były wtedy możliwe, bo przecież sąsiedzkie. Jest końcówka lat 30. Wojna uruchamia zło i potęguje nacjonalizmy. Na rozkręcający się terror i horror patrzymy – prawie przez cały czas – oczyma Zosi. Ale Michalina Łabacz to nie Agata Kulesza. Jest cudowna jako zakochana dziewczyna. Później za dużo kładzie się jej na barki. Może tak ma być, bo to, co się dzieje nie jest na niczyją miarę. Zosia po prostu jest. A groza ją osacza. Jednak gdy na moment do głosu dochodzi Arkadiusz Jakubik (albo Jacek Braciak), przypominam sobie, czym jest aktorstwo. Gdy Maciej (Jakubik) wraca do domu z kampanii wrześniowej, cudem unika odarcia ze skóry. Patrzy z ukrycia na to, co Ukraińcy wyprawiają z jednym z podległych mu żołnierzy. A potem ma takiego stracha, że trzy ekranowe minuty stwarzają go na nowo. Od tego momentu boję się i ja. A choć powodów przybywa i zgroza potwornieje, moja skala reagowania nie zmienia się. Nanizują mi się kolejne bestialskie sceny na sznurek, są nie do pojęcia, ale nie przebijają strachu Jakubika.

Zakładam, że postać Zosi jest wymyślona celowo (bo niewinna, bez chęci zemsty, bo kobieta, bo ktoś, kto chce tylko kochać). Tylko że jej bezwolność i to, że cud ocalenia goni cud ocalenia, prowadzić musi (?) do onirycznego zakończenia. Tak się natłoczyło zło, że tylko furtką snu można wyjść z tego piekła. Jestem nie do końca przekonana.

Natomiast bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie sceny homilii. Trzy: jedną wygłasza katolicki ksiądz (ostrzega, by nie czekać i by się nie łudzić, lecz zbroić), drugą głosi z ambony prawosławny kapłan (mądry, głęboko chrześcijański), a trzecią jego rewers – prawosławny pop-podżegacz (Ewangelią uzasadnia potrzebę oddzielenia zboża od kąkolu). Pokazują, jak to samo chrystusowe przesłanie można różnie czytać, jak go do swego użyć, jak głęboko (lub płytko) się na nie otworzyć. Również to jest tu ważne, że one są wygłaszane synchronicznie. I oczywiście to, że wskazują na rolę kościoła. Co współgra z tym, jak film mówi o manipulacji. Nienawiść wylęga się w niszy, podsycana ideologią, podbita wartościami, które przyszłym mordercom dają przekonanie o własnej cnocie. Bo jesteśmy „zapalni jak słoma”. Tak wtedy, jak zawsze.

część 2 (doba po seansie)
Tego filmu się z głowy nie przepędzi. Wyświetlają się niepokojące sceny.

1.  Zamówiłam reportaż Szabłowskiego. Przecież trochę wiem, ale po obrazie Smarzowskiego „trochę” to za mało (W.Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy).

2. Nie dość, że skala tej rzezi jest piorunująca, że dokonała się między ludźmi, którzy się znali i lata całe żyli obok siebie, że ich dzieci bawiły się ze sobą, że tańczyli na polsko-ukraińskich weselach… to jeszcze ta wymyślność zadawanych cierpień. Wykłute oczy, rozerwane ciała, dzieci płonące w snopkach zbóż, ucięte głowy. Nie mogę się wypowiadać na temat relacji między tym jak było, a jak to wyobraził sobie Smarzowski – ale wierzę, że nie przesadził. Są wentyle i kontrobrazy, to nie jest film robiony po to, by widza zmaltretować.

3. W wywiadzie ze Smarzowskim uderzają mnie dwie sprawy:
a) potrzeba mówienia o filmie i obawa, by nie zmanipulowano wymowy – by nie zobaczono w nim jednostronnego potępienia Ukraińców. Ten lęk odczytał w Smarzowskim Marcin Meller. Reżyser potwierdził, dodając, że wiele się zmieniło od czasu, gdy zabierał się za film. Aura nacjonalizmów wszelakich jest dużo gęstsza, więc o manipulację łatwiej.
b) na pytanie, czy została w nim trauma po zetknięciu z tematem Wołynia, Smarzowski zastrzega, że nie może mówić o własnej traumie (rozłożonej na kilka lat i przychodzącej jednak z zewnątrz), skoro wie o ludziach, którzy doświadczyli jej, będąc w centrum i żyli, nie mogąc jej zneutralizować. Będę to miała w głowie, gdy usłyszę, że czyjaś wrażliwość (?) nie pozwala mierzyć się z oglądaniem okrutnych scen. („Znam to tylko z opowiadań, ale strzegę się tych badań, bo mi psują myśl o polskiej wsi. To byli jacyś psi”. – Wyspiański)

4. A jednak – jeszcze raz – gdy zestawiam Michalinę Łabacz i grającą epizod Gabrielę Muskałę to podziw mam dla Muskały. Pamiętam epizod z nią lepiej niż którąkolwiek z reakcji głównej bohaterki. Chyba że tak miało być: że Zosia Głowacka to oczy, które widzą i pamięć, która zbiera obrazy, nie uzewnętrzniając swojej przemiany. No, dziwne.

5. Symetryczność krzywd. W filmie dominują obrazy, w których ofiarami są Polacy. Proporcjonalnie więcej uwagi poświęca się mordom czynionym przez banderowców. Ale preludium i wątek ukazujący los Heli podważają wszelkie oskarżenia o jednostronność. Gdy podsłuchujemy rozmowy, w których Ukraińcy skarżą się na wyzysk ze strony „Lachów”, gdy narasta w nich fala niezgody, a my już wiemy, że ona się rozleje – to można poczuć przerażenie nieobliczalnością skrzywdzonych. Tym, że nie wystarczy im walczyć o swoje, będą potrzebowali zemsty. Przeraża też to, jak długo ludzie nie biorą tej zemsty pod uwagę, jak się uspokajają, że „aż tak źle nie będzie”. Nacjonalizmu – jeśli nie powstrzyma się go w zarodku – nie zatamuje żaden argument ani ból.

Unikam opisywania scen, więc tylko zasygnalizuję, że jedną z tych, które zadziałały najsilniej, była zemsta za zemstę. Odpowiedź Polaków na cierpienie, którego zaznali. Może dlatego, że dotknęła tych, którzy – zdawało się – będą na w strefie pomiędzy (no man`s land) jako polsko-ukraińskie małżeństwo. Albo dlatego, że uświadamia, jak zło zaraża ofiary? I że tego rodzaju katastrofy są jak kaskada, która nie ma końca. Chciałabym, oczywiście, wierzyć, że ma jednak koniec i że blizny znikają. Ale nie wiem.

rodzina we wnętrzu

Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński, Polska 2016
zdzislaw   zosia   tomek

Z tygodniowym dystansem i nienachalnym podsłuchem szumu, jaki film wywołuje, widzę go tak: 1) biografia przesunięta w stronę portretu uniwersalnego, 2) trójca Beksińskich (trzy równie ważne osoby w jednym), 3) trochę odlot dziwaków, ale może tylko ekscentryczność bez pudru. Anormalność wytwarza się w odbiorze, gdy patrzymy na Beksińskich z własnej perspektywy i widzimy to, co nie wydostałoby się na zewnątrz, gdyby nie jakaś ponadprzeciętna potrzeba komunikowania siebie innym i wybebeszania się. 

Bo Beksińscy byli niezwykle elokwentni i nastawieni na utrwalanie i oznajmianie siebie innym. Zdzisław dzień po dniu zapisuje każdy okruch, potem filmuje maniacko scenerię swego życia. Trudno to znieść w czasie seansu. Jakaś nieokiełznana mania. Ujęcie pokoju i widoku z okna, i tego jak wygląda kuchnia i żona, i tego, jak świat trwa w bezruchu, i tego, jak coś się zmienia. Utrwala, jak Tomek demoluje mieszkanie i prosi, by ktoś jego sfilmował („bo taki się czuję niedopieszczony”). Nawet śmierć nie stanowi granicy. Zdzisław kręci kamerą umierającą matkę, filmuje pogrzeb. Odbierałam zachowanie Zdzisława i Tomasza w napięciu, z refrenem, który włączał mi się bezwiednie – „to się nie dzieje! niemożliwe”. 

Najdziwniejsze wydarza się pomiędzy. Nie tyle samobójcze obsesje Tomka czy „katastroficzne” obrazy Zdzisława. Raczej to, w jaki sposób oni ze sobą rozmawiają, jak na siebie reagują. Bezpośredniość Tomka – nieco cyrkowa, nawet chamska, to znów dziecinna. Jego niezaradność, tendencja do ucieczki i marudzenia na sztuczność, na to, że świat odbiega od jego oczekiwań. A oczekiwania są maksymalne. Więc wszystko źle, nie tak, głupio. Skądinąd raz po raz widzimy Tomka w „stroju wyjściowym”. Gdy czyta tłumaczone przez siebie dialogi filmowe, prowadzi audycje w radiowej Trójce. Inteligentny, urokliwy, dowcipny, romantyczny. Ale tego jest mniej, bo reżyser na dalszy plan przesuwa portret artysty. Ani praca Tomka, ani twórczość Zdzisława nie są tematem pierwszorzędnym. Dominuje to, co widać od środka, w mieszkaniu na Sonaty czy na Mozarta.

Wracam do interakcji. Tomek wkurza się niegrzecznie, ekscentrycznie, jakby zakładając, że rodzice powinni do tej wściekłości znaleźć klucz. Ale też nie zataja problemów. Mówi o relacjach z kobietami (prosi matkę, by przegnała mu z mieszkania dziewczynę, z którą zerwał), o tym, że gubi sens. Zaskakuje mnie ta otwartość. To, że egzystencjalne zwątpienia są precyzyjnie nazwane. To chyba rzadkość? I to idzie w parze z brakiem ogłady, tej formy, którą podobno uwodził słuchaczy swoich audycji. Ekscentryczność albo dowodzi bliskości, albo też jest pochodną tego, że – jak sam mówi – nigdy w dupę nie dostał, więc nie wie, gdzie są granice. Przypominają się mocne słowa z książki Grzebałkowskiej: „Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”. [Beksińscy. Portret podwójny]

Ojciec jakby film oglądał, ma wprost niepojęty dystans. Tam, gdzie ja reagowałabym emocją, on ripostuje intelektem. Nie oburza się. Pomija nieokrzesanie i odpowiada rzeczowo, błyskotliwie. Akceptuje nawet samobójcze próby. Tomek jest bytem odrębnym, więc skoro zdecydował, że chce umrzeć, to może nie trzeba mu w tym przeszkadzać. Szokująca sugestia Zdzisława w rozmowie z lekarzem. I „gratulacje”, gdy znajduje martwego syna. Tego się nie da ocenić, bo takie zachowanie jest organicznie  spójne z tym, jak Beksiński widział świat.

Tercet Beksińskich to związek – na nieszczęście i na szczęście – nierozerwalny. Subiektywnie etykietę najsilniejszej osobowości, najmocniej determinującej pozostałych, przyznaję Zdzisławowi. Zofia ten prymat uznaje, Tomek wierzga. Wpływ i zależności są wzajemne. Dlatego – choć film ma biograficzny kontekst – prywatne staje się uniwersalne. Bohaterem jest rodzina. W jednej z zapadających w pamięć scen Zdzisław tłumaczy jej sens Zofii. Siedzą każde na swoim łóżku, zmartwiona Zosia i jej racjonalny mąż. „Nikt nie gwarantował, że życie rodzinne jest samą atrakcją. (…) To grono ludzi, którzy tak, jak się lubią, tak się i nie znoszą”. A im większa bliskość, tym potem większa potrzeba dokopania drugiemu. Grzejesz się i przypalasz jednocześnie. 

Tercet aktorski – wyśmienity. Seweryn. Ogrodnik. Konieczna. Jestem pod olbrzymim wrażeniem roli Zofii Beksińskiej. Siedzi mi w głowie najsilniej. Z tym wschodnim zaśpiewem, skromnością i zmartwieniem. Gdy wentylatorkiem chłodzi ziemniaki dla Tomka, sprząta w jego domu, gdy powoli, ważąc każde słowo, mówi dorosłemu synowi, że rani ludzi i że miłości trzeba się cierpliwie uczyć. Albo gdy po diagnozie choroby objaśnia Zdzisławowi jak nastawiać pranie. Wiecznie w cieniu, ale tym razem nie do pominięcia na plakacie. Już w trakcie lektury Portretu podwójnego… Grzebałkowskiej jej obecność była wyrazista. Tym razem jest równoprawną bohaterką. Nie ma zbyt wielkich słów, by chwalić za to Aleksandrę Konieczną.

Rzecz jasna – przyczynił się do tego scenarzysta, Robert Bolesto, który ku mojemu zdziwieniu, zapewnia, że Grzebałkowskiej nie czytał. Może teraz do niej sięgnie, bo przecież warto. W rozmowach o inspiracjach pojawia się tu i ówdzie tytuł krótszego tekstu: reportażu Wojciecha Tochmana Leży we mnie martwy anioł. To z kolei trop dla mnie, mam nadzieję, że poznam.

Z naprawdę licznych wypowiedzi okołofilmowych, które zapewne będą się mnożyć, słusznie promując dzieło Matuszyńskiego, dla mnie szczególnie ciekawe były dwie. Rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską (TU) i wywiad z Bolestą we wrześniowym numerze „Kina”. Przyciągają, bo są to rozmówcy, którzy zęby zjedli na wnikaniu w prywatność Beksińskich. A naprawdę mieli się przez co przedzierać. Trudno o szerzej udokumentowaną historię niż życie maniaka zapisu, pana Zdzisława. Ogarnąć materiał, to jednak ledwie stopień wtajemniczenia. Druga sprawa to szukanie klucza, metody selekcji, sposobu ujęcia. Zwłaszcza, że koncepcje się zmieniały, bo praca nad książką czy scenariuszem trwała latami. Bardzo interesująco – choć ja o tym tylko nadmienię (odsyłając do źródła) – zapowiadał się pomysł opowieści z perspektywy ciała (biologii), ostatecznie porzucony. Do końca natomiast ważną inspiracją w układaniu scen była muzyka, której słuchali Beksińscy, i w którą można się zanurzyć podczas seansu.

Zacytuję fragment wypowiedzi Bolesty. Przewrotnie. Bo ukazuje ciekawą zbieżność. Może zabrzmi fatalistycznie, ale ja – choć słowa mi się podobają – trzymam z tymi, którzy nie tropią ani fatum, ani nieuchronności w kolejach losów Beksińskich.

„… skupiłem się na fantazjach bohaterów. Babcie chciały po prostu żyć jak najdłużej i osiągnęły wyniki osiemdziesiąt dziewięć i dziewięćdziesiąt osiem. Zosia, matka Tomka i żona Zdzisława, chciała umrzeć przed synem i mężem. Kiedy ciężko zachorowała, odmówiła możliwości eksperymentalnego leczenia  i umarła pierwsza. Wielką fantazją Tomka było samobójstwo – i Tomek popełnił samobójstwo. Wielką fantazją Zdzisława było zostać zmaltretowanym, sponiewieranym, zamordowanym. To też się spełniło. (…) Bohaterowie mieli świadomość swoich fantazji i w końcu osiągają spełnienie, ulgę: uwalniają się od więzów. Od strachu o drugą osobę, od ciała”.