Archiwa miesięczne: Czerwiec 2016

paryskie tło

Proces przywykania i odwykania od bloga to mocny temat. Z kategorii uzależnień i rozleniwień. Do wzięcia. U mnie krawędź: w tę albo we w tę, trzymam się krawędzi. I w tej niewygodnej pozycji biorę się za kilka filmów naraz. 

Czy mnie się wydaje, czy wszystkie filmy są o Paryżu? Może niektóre dzieją się gdzie indziej, to wówczas o Paryżu się tylko coś mówi, śpiewa lub śni. Tak mi się trafia. I jeszcze to, że co oglądam, to jakby cytat z czegoś, co już było. 

Pierwsze: Frankofonia. Aleksander Sokurow, nazwisko-stempel. Żadnej pogoni za akcją. Wprowadzenie postaci z historii. Gatunek pogranicza – najtrafniej chyba nazwać go filmowym esejem. Reżyser sam prowadzi narrację, sam się pojawia w opowieści i subiektywnie sugeruje, co jest dziwne, co warte refleksji i w jakim świetle widzieć to, co podsuwa obraz.

FrankofoniaBohaterem jest Luwr. Zwłaszcza z czasów II wojny światowej, gdy dzielny dyrektor Jacques Jaujard i inteligentny, rozmiłowany w sztuce niemiecki oficer Wolff-Metternich prowadzili z sobą grę o dużą stawkę. Można by przyjąć, że „bardzo francuski” Jaujard (który tą francuskością tłumaczy nieznajomość niemieckiego) i podporządkowany hierarchii Metternich będą wrogami. Jeden chce ocalić skarby Luwru dla Francuzów, drugim kieruje niemiecki pietyzm i egocentryczne przekonanie, że piękno trafi do zwycięzców. Obu łączy potrzeba ocalania, która katalizuje wzajemne kontakty. 

Film jest refleksją o sztuce w czasie zawieruch wojennych, o grabieży, o tajnych akcjach ocalających narodowe skarby. Malarskie arcydzieła są przynależne nam wszystkim, lecz w czyjeś ręce złożone. Historia pisze spektakularne koleje losu statycznym z natury dziełom sztuki. Barbarzyńską kradzież przeprowadzają humaniści z nazistowskiej armii. 

Mnóstwo archiwaliów: filmy, zdjęcia, animacje sięgające do prehistorii (tu: do początków Luwru). Sos refleksji Sokurowa. Gęsty, subiektywny, prowadzony tonem „filozoficznym” (uszczypliwie powiem: monumentalno-poetyckim). Nie wszystko zostaje w pamięci, trzeba by notatki sporządzać, ale dla wyprawy w głąb Luwru – warto. Również wtedy, gdy Luwr jest niemal pusty, bo zostały w nim same rzeźby. Gdy Géricault i Leonardo zmieniają lokum na mniej reprezentatywne, za to dużo bardziej ryzykowne dla faktury i stanu arcydzieł. Czasem Sokurowa przywołuje zew ojczyźniany i przenosi się myślą nad Newę. Losy muzeów są w burzliwych czasach podobne. Zaskoczyło mnie rozżalenie, że Niemcy, którzy z pokłonem przyjmowali (czytaj: przywłaszczali) dziedzictwo francuskie, nie mieli uznania dla kolekcji ze wschodu. Aż nie dowierzam, ale za mało wiem, by podważać, że Ermitaż nie był wyzwaniem równie kuszącym i budzącym (ocalający) żar pożądania.

Paryż: Film o Paryżu wojennym, o Luwrze, więc o jednym z paryskich punktów stałych.
Cytat: Z jednej strony dokumenty o sztuce zagrabionej, z drugiej (bo jednak Sokurow jest filmowym eseistą) – nawiązania do wcześniejszego filmu tego reżysera: Rosyjskiej Arki (2002). Arka była niezwykła, emocjonalnie mi bliższa, choć również mocno koncepcyjna. Była nakręconą w jednym ujęciu (!) podróżą przez 300 lat historii carskiej Rosji rozgrywającej się w salach Ermitażu. Dziwny ten Sokurow. Po Luwrze chyba ponownie ruszę do muzeum w Petersburgu. Nawet jeśli miesza mi się zachwyt z irytacją, zaciekawienie z podejrzeniem o manieryczność.

Drugie: Wszyscy albo nikt. Na faktach oparta komedia. Reżyser (Kheiron) opowiada o własnym ojcu, Hibacie Tabibie, który – jeśli wierzyć opowieści – stał się symbolem pozytywnego uchodźcy. Najpierw trafiamy do Iranu za czasów szacha Chomeiniego. Dyktatura, prześladowania i z humorem pokazane perypetie opozycji. Czysta komedia. Gra toczy się o wartości, ale Hibat zyskuje sławę, gdy odmówi zjedzenia ciastka. Poświata heroizmu bije po oczach, do czasu gdy na oczach kolegów ustawi go do pionu świeżo upieczona żonka. Są we troje: Hibat, Fereshteh (żona) i synek Nouchi, który zakazane dokumenty nosił w pieluchach i wiedział, kogo obrzygać. Trzeba z Iranu uciekać i wtedy padają słowa: „Nous trois ou rien”, które są oryginalnym tytułem filmu. Będzie niejeden zakręt, ale bycie razem jest tym, co nadaje życiu sens, a działaniom moc.

Wszyscy albo niktHibat wybierze życie we Francji, gdzie nostryfikuje swój prawniczy dyplom i gdzie z całych sił będzie budował wspólnotę na przedmieściach. Tytuł nabiera rozszerzonego znaczenia. My troje, ale w ogóle: my, którym przyszło żyć obok siebie. „Obok” trzeba zastąpić słowem „razem ze sobą”. Piętrzą się komediowe sytuacje, rozgrywane w szemranym środowisku paryskiego przedmieścia, w które wplątani są tubylcy (Francuzi różnych etnicznie domieszek) i świeżo przybili imigranci. Ufność i nieufność splecione są w warkoczyk. A Hibat mówi: jak możesz niszczyć, co twoje? I przydziela łobuzom odpowiedzialność. 

Film się we Francji podobał, jeśli można sądzić po nominacji do Cezara (2015). Zgrabnie punktuje poważne społeczne tematy, dotyka węzełków (splotów), które choć przypieczętowane latami współżycia, to przecież – choćby z powodu różnorodności, która jest bogactwem i punktem zapalnym zarazem – nigdy nie będą gładkie jak lustro. Mądra, pozytywna przypowieść z happy endem.

Dla mnie z gatunku rzeczy raczej słodkich niż treściwych. Deser. Bo mięso i węglowodany to w tym samym czasie powstały film Imigranci (Dheepan) Jacquesa Audirarda, zdobywca Złotej Palmy (2015). Tu bohaterem jest „rodzina” ze Sri Lanki, niemająca tej magicznej bliskości co rodzina Hibata, bo będąca in statu nascendi. Troje nieznanych sobie ludzi: on (partyzant), ona (dwudziestolatka uciekająca z piekła) i dziecko (9-letnia, oderwana od rodziców, grzeczna, zdana na dorosłych dziewczynka) zdobywają dokumenty rodzinne i nimi posługują się we Francji. Zrastają się jakoś, nie bez bólu. Podobnie jak asymilują się we francuskiej społeczności paryskiego przedmieścia. Z oporami. Dheepan, po nieudanych próbach handlu świecidełkami w centrum, przenosi się w podminowaną strachem i gangsterką społeczność podmiejską. Jest dozorcą. Nie ma złudzeń, nie jest optymistą, nie ufa przedwcześnie i na zapas. To, co się wydarzy, jest nieprzewidywalne. Inaczej niż w filmie Wszyscy albo nikt, gdzie nawet Legia Honorowa dla Hibata jest zgodna z krojem oczekiwań.

Paryż: jak najbardziej, ten spoza widokówki, bez Luwru, Wieży Eiffla i Katedry Notre Dame. Francuskość tworzy się w etnicznym tyglu. I w opowieści Kheirona zwycięża – nie ujednolica społeczeństwa, lecz pozwala ludziom dojrzewać do trójkolorowych wartości: wolności, równości i braterstwa. Nie zajmuje się podszewką. Ale może i dobrze. Przecież koncentracja wyłącznie na supełkach i podszewkach też nie ma glejtu na słuszność.
Cytat: rewersem dla tego filmu są Imigranci (ww.) a trochę też animacja Persepolis, w której Marjane Satrapi serio i półżartem opowiadała o szukaniu wolności w kraju talibów. Humor podobnego gatunku.

Trzecie: Me Before You, angielski tytuł brzmi lepiej niż polski: Zanim się pojawiłeś. Anonsuję: me-lo-dra-mat. Więc pewne sprawy muszą się ułożyć według wzorca. On, ona, miłość, przeszkody, jakaś totalna niemożność i jakieś metaforyczne zwycięstwo – pomimo okrutnego losu i dzięki charakterowi bohaterów. Amerykańska sceneria (skąd tam się wziął taki baaardzo stary zamek?, może teleportowany z Europy…) i aktorzy z Gry o tron: Emilia Clarke (matka smoków, Daenerys Targaryen) i Charles Dance (Lord Tywin Lannister). 


sprostowanie: to nie USA, to Anglia! Patrz: komentarz dee4di

Me Before YouAle opowieść współczesna i jeśli cytat, to z kina gatunków lub z Nietykalnych – jako że amant jest bogatym tetraplegikiem (uszkodzenie rdzenia kręgowego z paraliżem ciała od ramion w dół), a amantka – bezpretensjonalną, radosną dziewczyną, niewtajemniczoną w arystokratyczne snobizmy, za to świeżą i dowcipną. Wariant związku Phillippe`a i Drissa.

Chyba nie będę opowiadać? On – niegdyś wysportowany i zabójczo przystojny, teraz – sparaliżowany, marudny i … zabójczo przystojny. Ona: ładniutka, niezdolna do złych emocji, rekompensująca sobie całą mieliznę prowincjonalnego życia barwnością strojów. Jeśli ktoś umie oglądać melodramat, nie koncentrując się na perypetiach miłosnych, to za wątek zasadniczy uzna przebieranki Lou Clark. Buciki w kwiatki, sweterki w kropeczki, rajstopy w paski (furorę robią rajstopy-osy). Można rozważyć kategorię Oscara doceniającą noszenie z wdziękiem rzeczy, z którymi ciało kobiety ma pod górkę. Emilia Clarke jest stuprocentowo urocza. A uroczość jest gwarantem melodramatycznego sukcesu. I choć od bohaterki pozytywne emocje biją na odległość i transformują świat na lepszą modłę, to i panicz ma uśmiech, który pozwala nie widzieć niczego poza nim. To Sam Claflin (ja kojarzę z komedii romantycznej Love, Rosie).

Uczciwie przyznam, że nie sposób się nie wzruszyć. Nic nie szkodzi, że to ekranizacja książki z typu tych, których nie czytam. Może trzeba oddać honor literaturze krzepiącej głodne serca, uwrażliwiającej, dodającej skrzydeł, mówiącej, że nie ma rzeczy niemożliwych i opowiadającej te niestworzone historie, jakby czekały na nas tuż za rogiem. Literatura jedno, film drugie. A życie trzecie. Polecam sprawdzić swą podatność na charyzmę aktorów grających wdziękiem. :)

Paryż: no właśnie, dopiero w epilogu. Pojawia się wcześniej we wspomnieniach najszczęśliwszych chwil, zapamiętanych przez Willa z czasów, gdy był młodym bogiem. A potem staje się preludium dla samodzielnego życia Lou. Bo gdzie ona ma nosić swe koszmarno-śliczne sukienki jak nie w Paryżu? Gdzie ma się uczyć mody, pić kawę, kupować perfumy? Tylko w Paryżu. Paryż jest wszędzie, choćby w minimalnym stężeniu, we śnie czy innej jakiejś mrzonce.
Cytat: Nietykalni są kontekstem trafnym, choć zawyżającym poprzeczkę. Ostatnim melodramatem, który mi się podobał, był Brooklyn. Przywołam więc właśnie ten tytuł. Oba filmy przynoszą role dziewczyn, które po prostu się lubi. Irlandka z Brooklynu jest delikatną, nabierającą kobiecej świadomości dziewczyną, postawioną przed wyborami, z których każdy ma swoje konsekwencje. Lou z Me Before You to wariatka, Ania Shirley w wydaniu trzpiotowatym. I tak są opowiedziane ich historie, że decydujesz na starcie: lubię, wybaczę wszystko lub no nie! – a wówczas czepiasz się o wszystko. 

skucha

Jacek Hugo-Bader, Skucha, Wydawnictwo Czarne, 2016
skucha

Czytałam miesiąc temu. Pierwszy czerwcowy weekend jest najlepszym z możliwych terminów, by o Skusze mówić i po nią sięgać. Powtórzyć pytanie i bardzo uważnie wysłuchać odpowiedzi tych, których na bohaterów wybrał Hugo-Bader. „Jak ci się żyje w Polsce, którą sobie sam wywalczyłeś?” Książka dotyczy konfrontacji z minionym 25-leciem. Jest lustrem podstawionym nam wszystkim, takim, jakimi dziś jesteśmy, o skrajnie różnych diagnozach polskiej rzeczywistości, o innym zapleczu emocji, które nami rządzą, innym zapotrzebowaniu na wolność i różnym natężeniu głodu wyrównywania rachunków. 

Warto czytać, bez dwóch zdań. Choć lektura nieco dźga i smakuje gorzko. 

Piszę (przełamując zramolenie) także dlatego, że naziemne życie książek trwa dziś zbyt krótko. Naziemne, czyli medialne, promocyjne, rozgrywane w czasie gorącej percepcji tekstu przez szerszą społeczność. Owszem, Hugo-Bader pisze reportaże, które się zauważa. I na tematy nieobojętne. A mimo to – wydaje mi się, że nagłośnienie powinno tu być dłuższe i wyrazistsze. Oczywiście, poza życiem naziemnym jest egzystencja podskórna, nurt głębinowy, póki co nie do zdiagnozowania. Podskórność jest niezależna od mody i bieżących motywacji. Nią się nie martwię. Natomiast szybkie znikanie gorących tytułów z publicznej wokandy przeraża mnie. Tym bardziej, że jest to dyktat kolejnych książek proszących o literackie bycie. Ludzie za dużo piszą, wydawcy za szybko wydają, czytelnicza przemiana materii niestety nie przyspiesza, a  koniunktura czytelnicza jest jaka jest.

Otóż, Jacek Hugo-Bader pracuje nad tryptykiem, który Skucha zwiastuje, będąc jego częścią drugą. W planach są Ćwiara i Refluks. Skuchę pisał 22 lata. Zaczął pięć lat po zwycięstwie opozycji w 1989 r. Wracał, gromadził materiał, przeprowadzał rozmowy i wreszcie nadał projektowi kształt reporterskiej książki. Ma dar przekonywania do swych pomysłów i chyba żadna promocja nie znaczy tyle, co rozmowa z Hugo-Baderem. Inteligencko-zawadiacki ton, bezpośredniość, błyskawiczne tworzenie więzi ze słuchaczem, gawędziarstwo. Celne ukłucia szpilą, niecenzuralne akcenty. Wróciłam do nagrania Z najwyższej półki (polecam), w którym Trójka wypikowała „przerywniki”, na szczęście piknięcia słychać. Rekomendacja Hugo-Badera jest tak silna, że lekko przyćmiła mi książkę, łudząc przejrzystym konceptem, który się zmącił  w czytaniu*.

Założenia do Skuchy były następujące. Wybrać ludzi, którzy walczyli o wolną Polskę i spytać ich, jak  tę wolność wykorzystali. Tylko kogo pytać? Selekcja ma znaczenie. Wybór padł na MKK (Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny NSZZ „Solidarność”), zwany też Firmą. Jedną z wielu podziemnych organizacji z lat „wojny jaruzelskiej”. Tę, w ramach której działał Hugo-Bader. A potem zawężenie kolejne: tylko ci, których autor znał osobiście, czyli „koledzy z partyzantki”. Jasna rzecz, że to, co mogłoby być ułatwieniem, było utrudnieniem.

Jeśli komuś się zdaje, że krąg 20 ludzi jest niereprezentatywny, zmieni zdanie diametralnie. Ci, którzy siedem trudnych lat szli w tym samym kierunku, po odzyskaniu wolności rozproszyli się promieniście. Wtedy byli młodzi (Kolumbowie, rocznik 50.). Lata, które upłynęły od 1989, to esencja ich dorosłego życia. Były sukcesem lub porażką, czymś zależnym od nich i czymś, w co zostali wmanewrowani lub co po prostu było ceną, jaką płaci się za wcześniejsze wybory.

„Wśród polskich konspiratorów przedostatniej dekady XX wieku panuje bezwstydnie egalitarny duch. Mamy tu arystokratów i chuliganów, takich, w których żyłach płynie błękitna krew, i takich, u których jest to roztwór pół na pół z bimbrem; takich, którzy mają siedem klas, i takich z doktoratami; ludzi, którzy piszą uczone eseje o rewolucji francuskiej, wolności, równości i braterstwie, i ludzi, którym Komuna Paryska kojarzy się tyko z placem na warszawskim Żoliborzu”. Tych, którym przypadną w udziale ministerialne teki i tych, którzy zostaną bezrobotni, bezdomni i pominięci nawet przy świętowaniu rocznic.

Mówi Hugo-Bader w rozmowie – wybrałem gladiatorów, buntowników, herosów. Ale czas zrobił z nimi swoje. Poturbował, zranił lub choćby postarzał. A z wiekiem coraz trudniej jest konfrontować się z tym, co boli. Człowiek robi się kruchy, bezradny. Wie, że już nie wyprostuje, nie naprawi, nie wymyśli sam siebie na nowo. Zostaje bagaż, który kilkakrotnie, w tym również w tytule, jest określany jako SKUCHA.

Dawno nie miałam w ręku tak gorzkiej opowieści. Szalenie interesującej, bo ludzie, którzy się tu pojawiają są nietuzinkowi. Żyją intensywnie, ryzykancko, czasem awanturniczo. I z jednej strony (tej społecznej) Skucha jest wnikliwą diagnozą dzisiejszych rozczarowań i wczorajszych błędów. Niedoraźną, niesłużącą zbijaniu kapitału jakiejkolwiek partii, lecz pytającą o los generacji. Żeby nie wykrzywiać intencji, dodam, że Skucha nie lansuje „Polski w ruinie” i tego typu populistycznych głupot. Tytułowy błąd nie jest wytykany żadnym „onym”, tylko sobie i nam. Hugo-Bader, skądinąd podkreślający, że należy do tych zadowolonych z życia, nie odcina się od przeoczeń. Z rozmowy w Trójce: „To jest także nasza skucha. Również moja, bo jestem elementem mozaiki. O tyle ważnym, że jako reporter opisuję społeczeństwo i mam obowiązek pokazywania miejsc bolących. A ja se, kurwa, opisywałem to, co na Kołymie czy na Dalekim Wschodzie, Wietnam i Mongolię opisywałem. No, Michał, kurde balans”. Wina, nie-wina. Poczucie, że nie wszystko jest ok. I solidarnie za to odpowiadamy. 

Z drugiej strony – Skucha ma wymiar uniwersalny, bo zderza czytelnika dowolnej generacji najpierw z mitem na temat tego, o co w życiu chodzi i że robimy, co trzeba, by to osiągnąć, a potem z deziluzją i smutkiem. Mam wrażenie, że wszystko, na co patrzy się z takiej nostalgicznej perspektywy jest zaprawione posmakiem gorzkich migdałów.

***

Kłopoty z nadmiarem koncepcji

Teraz, gdy książka wraca do mnie już przeczytana, widzę zdecydowanie pełniej niż wtedy, gdy się gubiłam w tropach. Doceniam, polecam, zapamiętam. W trakcie lektury miałam wrażenie nadmiaru.  Bo Hugo-Bader pisze literacko i ma 1001 pomysłów na dobudowanie drugiego dna. 

Tekst podzielony jest na trzy części: 1) Kolumbowie, rocznik 50., 2) Siedem lat w trumnie, 3) Początek świata szwoleżerów. Świetne, intertekstualne tytuły (aluzje do książek Bratnego i Brandysa). Potem każda z części rozpada się na kilkadziesiąt rozdzialików. Większość z metaforycznym nagłówkiem. To każe główkować, łączyć, tropić. W sumie – rozprasza. Z każdym z bohaterów przebywa się króciutko, każda postać wielokrotnie wraca, trzeba ją sobie poskładać z fragmentów. Bohaterów jest wielu i zanim człowiek wsiąknie, może się zgubić. Jest kilku Andrzejów, trzy Ewy (w tym jedna, która była Markiem), jest Michał zwany Tomkiem, Fred zwany Tolkiem, Staś zwany Adamem i w ogóle, prawie wszyscy mają pseudonimy. To raz.

Dwa – materiały są z różnych lat. Z rozmów bezpośrednich, z blogów i wpisów internetowych (tam, gdzie obrażeni na rzeczywistość bohaterowie odmówili rozmowy), z reportażu napisanego w 2009, teraz na nowo posklejanego, wreszcie z kompilacji kilku osób w jedną etc.

Do tego dorzućmy pomysły Hugo-Badera na lejtmotywy przeplatające opowieść, wypływające raz po raz na powierzchnię. Lejtmotyw tytułowej „skuchy”. Albo psów – często podniesionych do rangi metaforycznego odpowiednika ludzkiego losu. W ogóle: ktoś powinien napisać o Skusze, śledząc wtrącenia o pieskim życiu. Poza tym – motyw poturbowania i epigońskiej potrzeby walki. Widoczny niemal w każdej historii. To trzy.

Cztery – wtrącenia metaliterackie, czyli uwagi reportera o pisaniu reportażu. Owszem, reporter jest jednym z bohaterów, kimś przynależnym do świata opowieści. I te uwagi są ciekawe. Ale rozgrywają się na dobudowanym piętrze.

Wszystko ok, zgodne z hybrydyczną naturą gatunku i zasadami sztuki. Pomysłów na łączenie i zestawianie z sobą puzzli jest tyle, że można by Skuchę czytać po wielokroć. Tym bardziej, że jeśli jedną z wielu koncepcji pominiemy, to coś zazgrzyta. Np. rozdział o psich kupach bez odniesienia do wielokrotnych „pieskich aluzji” wydaje się ciałem obcym. Jeśli nie wyjaśnimy sobie, dlaczego wszystkie rozdziały o Michale Bonim mają w tytule „tajemnica”, może irytować ta powtórka etc. 

Nie twierdzę, że bogactwo pomysłów jest złem. Mówię tylko, że czytało się kłopotliwie.

***

Jakby nie było, opowieść Hugo-Badera ma niesamowitą moc. Historie, z których każda wywołuje dreszcze (podziwu, bólu, smutku), są katalogiem portretów. Właściwie nie katalogiem, lecz kolejnymi warstwami, dzięki którym portret pokolenia nabiera wyrazistości. Skucha zostaje ze mną w tych indywidualnych losach, w tytule, który – niestety – jest niezwykle trafiony, i w diagnozie, otwierającej oczy, uszy i myśli na ludzi, których przytłacza rozczarowanie i z napędu frustracji są gotowi na wiele lub niepokojąco bezsilni.