Archiwa miesięczne: Kwiecień 2016

Hedi. Przebudzenie

Hedi, reż. Mohamed Ben Attia, Tunezja, Belgia 2016
Srebrny Niedźwiedź (w kategorii Najlepszy aktor) – Berlin 2016
HediSzalenie mi się ten film podobał. Choć gdy tak myślę – dlaczego? – widzę, że sprawy tu poruszone i użyte do tego środki są proste. 

Kilka lat po jaśminowej rewolucji w Tunezji. Opadł gwar, stępiło się poczucie wspólnoty, przekwitła wiosna. W jednej rozmowie powraca ten temat. Gdy Hedi opowiada Rym, jak wtedy czuł się cudownie. Z zażenowaniem pewnym, bo uniesienia już wystygły i dziwić może tamto naiwne poczucie wspólnoty. Hedi ma 25 lat, pracuje w salonie Peugeot w Tunisie, ma matkę, starszego brata i narzeczoną. Ale wspólnoty z nikim dotąd nie doświadczył. Wtedy, wiosną, przez chwilę. 

To jeden z tych filmów, w których główna postać jest na arcypierwszym planie i wszelkie tła czy konteksty nie są w stanie jej przebić. Mimo że Hedi  dość długo jest introwertyczny, jakby we własnym życiu grał rolę statysty. Poznajemy go raczej poprzez obecność niż przez słowa czy działanie. Milcząco znosi to, co jest, a w czym zaczyna się dusić. W pracy jest przezroczysty. Najchętniej rysuje coś pokątnie, przyjmuje zadania, do których nie ma serca (ze sprzedawcy staje się akwizytorem), krąży między Tunisem (pobyt tymczasowy), Al-Mahdijji (hotelowa samotność) i Kairuan (dom matki). W branży trwa kryzys, praca jest niepewna.

W rodzinie role rozpisane są jeszcze bliżej żelaznego schematu. Zaradna muzułmańska mama finalizuje narzeczeństwo Hediego tak, jakby on sam był dodatkiem do planowanego w najbliższych dniach ślubu. Matka remontuje dla Hediego dom, wie, co powiesi na ścianie w sypialni młodych, aranżuje codzienność i snuje perspektywiczne plany. Hedim trochę gardzi, bo zakochana jest w pierworodnym. Ktoś powie, że to film o mięczaku, a wcale nie. Świetna (nagrodzona Niedźwiedziem) kreacja jest niezwykle spójna. Hedi jest spokojny, podporządkowany zewnętrznie, sprawia wrażenie kogoś, kto jest świadomy losu. Wie, jak niewiele może odwrócić, jak wiele trzeba w sobie zgasić, by podołać oczekiwaniom. Ma poważne podejrzenia wobec tego, co mu pisane. A mieć podejrzenia to wcale niemało. Wystarczy iskra, by podpalić stertę suchych liści.

Hedi z człowieka bez właściwości przemieni się w człowieka rozbudzonego. O tym jest film i to jest temat tak genialny, że przykuwa uwagę tak samo wtedy, gdy trwa cisza przed burzą, w czasie burzy, jak i wtedy, gdy żywioł ucicha. Hedi nie Hedi, każdy to skądś zna i chyba każdy sekunduje, podejrzewając, że to za ładny sen, by trwał po przebudzeniu. Choć niewykluczone. 

Cherchez la femme! Jak nie wiadomo, co jest przyczyną – pewnie kobieta. Są dwie (mamuśkę zostawmy w tle, choć źle to znosi) – narzeczona i ta druga. Narzeczona jest młodziutka, ładna i miła. Hedi zna ją trzy lata. Oficjalnie widzi ją wśród przyzwoitek, potajemnie – w samochodzie, gdzie oboje są równie układni jak w blasku fleszy. Rozmawiają i tęsknią do siebie, są wobec siebie fair i może nie bez szans, gdyby nie garb tradycji, który mocno ich oboje przygniata. Druga kobieta jest z innego porządku. Tancerka z branży turystycznej, niezależna, wiecznie w drodze, otwarta na nowe i niewstydząca się życia, które sobie wybrała, mimo że z obyczajnością jest trochę na bakier. Bo ani męża, ani dzieci (a lat 30), ani domu z płotem nie ma jak inni. Przygoda Hedi ze spotkaną w hotelu Rym ma w sobie – oczywiście – coś z przygodnego romansu. I coś z archetypicznej ucieczki sprzed ołtarza, gdy zegary oznajmiają za pięć dwunastą. Najważniejsze jednak, że przede wszystkim ta część opowieści jest cudem spotkania, odnalezienia nie tylko tego drugiego, lecz i siebie. Małomówny Hedi ożywa. Załóżmy, że nie wiemy, co będzie dalej, ale nawet gdyby było tylko kilka takich chwil, to już wystarczy, by przestać być statystą. Poczuć intensywność, realność marzeń, siłę własnych decyzji. 

Właśnie dlatego to, co proste, jest zarazem świeże. I ogląda się bez wstrząsów, ale jednak z napięciem. Zupełnie przy tym wystarczy, jeśli zobaczy się w tej historii przypowieść o przebudzeniu jednostki. Gdyby zaś przełożyć tę osobistą komunię i zmartwychwstanie na plan mniej kameralny – to też jest prawomocne. Bo siła wiosny i przebudzenia, nawet jeśli musi z czasem spowszednieć lub upaść pod naporem trudności, to jednak budzi świadomość. Osobistą i społeczną. Wystarczy.

AFRYKAMERA

Hedi pokazywany jest w programie tegorocznej Afrykamery.

Do kin wejdzie latem, w sierpniu, warto go wówczas wypatrzyć i na niego się wybrać. Do tego czasu nawet ktoś, kto się wścieka, że spojlery przeczytał, zdąży zapomnieć i będzie miał szansę obejrzeć bez obciążeń.

con mucho gusto

16.TKH

Jeszcze jedna, dwie komedie, a mogłoby się to skończyć alergią. Póki co – objawy się nie objawiły. Może zasymiluję ten romantyzm? Wyjaśniam: nie ma kom. bez rom. Jeśli więc z czegoś się śmiejemy, trzeba, by równolegle rozkwitało nam serducho. W jednym oku łza rozbawienia, w drugim łezka wzruszeń. Może takie jest moje szczęście, że kupiły mi się bilety na komedie romantyczne, a może w ofercie było 100% cukru w cukrze?

Całe 100% nie, bo jeden tytuł na pewno się wyłamuje. Doskonały dzień na latawce. Film wielu oszczędności. Jeden reżyser, trzech aktorów – w tym: nieletni syn reżysera i sam reżyser. Minimalizm środków, maksymalizm ról. Recha – warto zapamiętać, nie wiadomo, czym jeszcze się zajmie. Występuje również jeden niezbyt lotny żółty latawiec oraz wyobrażony potwór i pająki. Dzieje się tu tak niewiele, że wszystko pamiętam. Streścić jednak wcale nie byłoby  łatwo, bo raz – nie wiadomo, co jest jawą, a co się wyobraża, dwa – dziecko słucha opowieści, a opowieści w opowieści to już piętrowa wieżyczka o równolegle prowadzonych kondygnacjach.

Obejrzałam con mucho gusto, bo od pięcioletniego (?) chłopca trudno oderwać wzrok. Po prostu sobie jest, siedzi lub idzie za latawcem. Słucha i odpowiada twarzą. Towarzyszący mu Sergio to tajemniczy dorosły. Ktoś, kogo malec przywołuje z pamięci albo stwarza na nowo. Sergio jest uważny, bliski, taki, jaki powinien być dorosły, gdyby to zależało od woli dziecka. Ale też jakby z innego porządku. Z raną na plecach, w stroju do wspinaczki, może wiele lub nic. I tak sobie człowiek ogląda 70`, spokojnie, jakby nie o Hiszpanach to było…

 Jak zostać BaskiemJak zostać Katalonką

Inaczej w komediach. Hiszpański temperament daje do wiwatu! Tym bardziej, że w grze jest temperamentów kilka: baskijski, andaluzyjski i kataloński. Mowa o miłosnej historii między Andaluzyjczykiem Rafą a Baskijką Amaią. Jak zostać Baskiem. Sukces zaostrzył apetyt producentom, więc przygotowali (ciut słabszy) sequel: Jak zostać Katalonką. Kochają się i nadziwić się nie mogą swoim dziwnościom. Jak tu pożenić leniwą, południową Andaluzję ze skrywającym emocje Krajem Basków? A jeśli wmiesza się w to hipstersko niezależna Katalonia, to eksplozja śmiechu wyrwie nas ze słowiańskiej  melancholii na pewno. 

Pierwsze co fajne, to autoironia i prześmiewanie się z samych siebie. Możliwe dzięki różnorodności hiszpańskich typów, odrębności tradycji, ale i dzięki zmysłowi humoru i dystansu. Różności mogłyby przecież wieść na noże lub prowadzić do obrazy wielkiej i smętnej. Tymczasem jest słonecznie lekko. Film chętnie zadedykuję naszej nacji, w której ostatnio duszno i zasadniczo, aż gaśnie wiara, że biel z czerwienią mogą się nie gryźć. 

Drugie, co lubię, to obecność Carmen Machi. Aktorka Almodovara uskrzydlić może wszystko. Tu gra drugoplanową rolę Merche, zasymilowanej przez Basków Andaluzyjki, która ratuje Rafę z opałów, z radością wcielając się w rolę jego matki. Merche ma tylko na chwilę dać Rafie alibi, ale że zawsze lubiła aktorstwo, więc staje się przyszywaną mamą na dobre. Korzystając ze sposobności, uwodzi starego Baska, ojca Amai. Trzecie, co lubię, to właśnie postać Koldo. Co to jak kocha, to ucieka. Logiczne? Gdyby nie kochał, toby został, bo nic by mu nie groziło. A skoro… Para drugoplanowych bohaterów ujęła mnie bardziej niż tych, wokół których świat się kręci. Ale i Rafa, i Amaia wpadają w oko, są rezolutni, więc zabawni. Każde uparte na swój sposób.

Fabuła zmierza do tego, by dwoje ludzi, których wszystko dzieli, a którym biją do siebie serca, mogło się wreszcie spotkać i wybrać. Perypetii po drodze tysiąc. Nie spamięta się i może nie trzeba. Ale śmiesznostki hiszpańskie, z których każda jest zarazem powodem do dumy, zostają. To, że północ jest mniej obyczajowo liberalna i wiecznie protestująca, że każdy region mówi po swojemu, jada co innego i w znacząco różnych porcjach, że w Sevilli Wielki Tydzień jest teatrem, a Eskadi to kraina dziewczyn z grzywkami jakby ciętymi toporem, że żaden Bask nie postawi nogi na madryckiej ziemi. Trochę mieszam istotne ze zmyślonym, sądzę, że dozwolone.

Łatwy sex, smutne filmy

Łatwy sex, smutne filmy jest filmem argentyńskim. Z kilku powodów najbliższym mi spośród oglądanych. Dlatego choćby, że sięga po cudzysłów, czyli znak podwójności, ekwiwalencji i umowności. W Buenos Aires żyje Pablo, scenarzysta. Na co dzień nauczyciel (szkoła streszcza się w jednym zdaniu – Pablo oddaje uczniom prace: „Przeczytałem wasze wypracowania. Słabo, dzieciaki”). Z przekonania pisarz, aktualnie wymyślacz intrygi komedii romantycznej na zamówienie. Bagaż nieudacznictwa dźwiga z wdziękiem i całkiem świadomie. Przecież ani sztampowa historia miłosna, ani własne życie uczuciowe (rzuca go partnerka) nie są tym, czym powinny być. Jak dla mnie to wystarczający powód, by trzymać za niego kciuki. Niech się uda ta kom.rom. i niech się wszystko odwróci.

Już to, że istnienie opowiadacza przyprawia historię miłosną umownością, jest ocalające. Poza tym ta historia powstaje na naszych oczach i – jak poucza Pablo – składa się z klisz. Skoro to wiemy, to jakoś pryskają opory niedowiarstwa i … niech już sobie będzie. 

Oni muszą być trochę nie stąd: Marina i Victor spotykają się w Madrycie. Najłatwiej wymyślić ostatnią scenę, więc ona leci na początku. Odnajdą się, pogodzą i zanim coś się posypie, trwa „moment wieczności”, czyli są „na zawsze” razem. Ok, klisze następne: nieśmiały przyjaciel-fajtłapa, który ma jeszcze gorzej od amanta nr 1; przyjaciółka amantki, przebojowa, ale pomimo pozorów samotniejsza od Mariny; niespodziewany związek między tym dwojgiem z drugiego planu, po to, by plan pierwszy miał powód do zetknięcia… Czas odnalezienia, czas próby i rozstania, czas pustki w głowie opowiadacza. A gdy już będzie postawiona ostatnia kropka w scenariuszu, scenarzysta znajdzie impuls, by ożywić własną historię. Wystarczy otworzyć leżącą na biurku książkę, podrzuconą przez niegdysiejszą koleżankę. Jest ok. Może tylko tytuł nie bardzo mi się klei z filmem.

Ta noc jest moja

A jeśli chodzi o film Ta noc jest moja, to ja się z zaimkiem nie jednoczę. Konia z rzędem, kto uporządkuje tematy i wyprostuje zakręty. Na rozdzielenie wątków nie ma co się porywać, bo są same supełki.

Noc sylwestrowa w październiku. Trzeba ją nagrać dla telewizji. W izolowanym od zamieszek społecznych studiu zgromadzone są gwiazdy, gwiazdki i statyści. Gdybym tu wyliczyła, co się dzieje, nie brzmiałoby wiarygodnie. Wyliczę.

Młoda kobieta przechwala się bliznami i przynosi pecha. Matka z krzyżem-olbrzymem, najchętniej uciekłaby z gwiazdorem. Dwie wariatki polują na spermę Strażaka, by mieć haka na alimenty. Liszajowaty Yuri ma kompleksy i nie lubi przybranego ojca. Największym desperados jest autor tekstów piosenek, których piosenkarz nie chciał śpiewać. Może zabić, może uwielbić. Raz po raz spada ludziom na głowę kamera (klamot), bo kamerzystę rozkojarzają ładne dziewczyny. Nieśmiałemu wiatr w oczy i pożar w domu. Szaleje jakiś impresario. Jedzenie jest sztuczne, za łyk wódki słono się płaci. A Carmen Machi siedzi w wozie transmisyjnym do góry nogami.

Ale to niczemu nie przeszkadza. Też można obejrzeć con mucho gusto, byleby nie porywać się na racjonalizację. Nie chcieć za dużo rozumieć, nie wszystko śledzić, nie irytować się, nie pędzić myślami do jutrzejszych zadań. Wszak jest mañana, niech trwa. A kto ominął hiszpański tydzień, trudno, niech stosuje lokalne terapie.

Sexo fácil, películas tristes. Ocho apellidos vascos. Ocho apellidos catalanes. Mi gran noche. Un día perfecto para volar

 

o miłości i mroku

Opowieść o miłości i mroku, reż. Natalie Portman, Izrael 2015
Opowiesc o milosci i mroku
Od razu w odstawkę kładę jakiekolwiek porównywanie do literackiego pierwowzoru. Amos Oz napisał książkę przepiękną, pełną, gęstą od opowieści i nostalgii. W skali 1:1 nieprzekładalną na język filmu. Ale to, co wyszło Natalie Portman jest warte obejrzenia. Mrok jest gęsty, miłość jak woal. Jeśli zanurzyć się w uczucie starego pisarza, wspominającego matkę – z czułością, zdziwieniem, że mógłby być dzisiaj ojcem tej 38-letniej kobiety, którą była, gdy wybrała śmierć – to miłość może nie przegrywa z mrokiem. Może szale są w równowadze?

Jerozolima, tuż po wojnie. Inteligenckie małżeństwo z małym dzieckiem. Oboje pochodzą nie stąd. Korzenie sięgają polskich ziem, z których na czas uciekli przed Holocaustem. Wszyscy Żydzi, których znała mała Fania w Równem, przepadli. Fania jest już dorosłą kobietą, lecz jakiś mrok dawnych lęków ciągnie się za nią i daje o sobie znać. To, że są Żydami, dla których historia narodu jest czymś namacalnym i osobistym, temu nie przeczę. Są też ślady przekonań – tak charakterystycznych dla Amosa Oza – że można na palestyńskiej ziemi żyć w mądrym kompromisie żydowsko-arabskim. Jednak tło pozostaje tłem. Hebrajskie słowa, klimat, sceneria – one osadzają postaci w konkrecie. Lecz to, kim są bohaterowie, wymyka się zewnętrznym uzasadnieniom. Jest uniwersalne.

Natalie Portman zrobiła film o kobiecie, w której jest niezwykłe piękno i mrok. Miłość, czułość, opiekuńczość – i mrok. Kobiecie, która nosi w sobie opowieści z dawnych lat, dzieli się nimi, objaśnia nimi świat i które, o czym by nie były, są opowieściami o mroku. O tonącej dziewczynie uratowanej przez mnichów, o pięknym polskim oficerze, o którym zalotnie myślały żydowskie panienki, i o jego strzałach – najpierw w świat, potem w swoją głowę. O kobiecie, która odeszła od męża, lecz nie miała sił znieść odrzucenia przez córkę etc.

Chłopiec obserwuje swoją matkę. Starszy mężczyzna wspomina, jaką ją widział, będąc dzieckiem. Prawda jest nieuchwytna. Fania objaśniała to synkowi: nie znamy człowieka, który żyje obok nas. Czasem nam się zdaje. Lepiej wiedzieć, że nie znamy. Tym mniej wiemy, im bardziej ten drugi przypisany jest do swej roli. Matka, żona, młoda Żydówka. Podskórnie dużo więcej. Wszystko, co najistotniejsze, było poza tym, co zdarzało się naprawdę. Jakieś młodzieńcze marzenia, niespełnienia, rozczarowania. Smutek, trudny do przegnania. Pamięć o obietnicach, które życie rozdało nam u progu, a później porzuciło. 

Matka długo pokornie znosi codzienność. Ma uśmiechniętą twarz, staranną fryzurę, ładne sukienki. Przyjaciółkę, siostry, męża i syna. Pewnie nawet dużo mniej wystarczyłoby, by żyć szczęśliwie. Tymczasem niedobór energii i woli życia daje o sobie znać. Mnie ujął epizod, w którym Fania w niespodziewanie dobrej formie zabiera swoich mężczyzn do restauracji. Odbiera syna ze szkoły, męża z pracy, promienieje. „Zrobicie mi przyjemność, wybierając najdroższe dania. Ja zapraszam”. Zanim kelner przyniesie zamówienie, czerń obezwładnia Fanię, odbiera radość, gasi.

Film jest melancholijny. Zdjęcia Sławomira Idziaka przenoszą depresję Fani na poziom poezji i piękna. Czy to dobrze? Tak, bo choć ten czarny potwór bywa często mniej efektowny i silniej ciążący najbliższym, to przecież nie o oddanie czerni tu chodzi, lecz o ocalenie. Więc i o miłość, bo ona ocala najskuteczniej. Wspomnienie syna o matce nie jest bilansem zysków i strat, raczej próbą zrozumienia i zaklęcia w opowieść. Może też po części wyjaśnieniem, skąd się biorą pisarze. Ale przede wszystkim – o tym, że opowieści są esencją życia. W nich przekazuje się siebie i zaklina pamięć o tych, których zapomnieć nie chcemy. Bez opowieści to niemożliwe – wszystko by zbladło, wypłowiało. Ostatecznie to, czego się trzymamy w największym mroku, to kilka zdań wyrwanych z opowieści. „Lepiej być wrażliwym niż szczerym. Ważniejsze byś okazał empatię niż niezłomnie tropił prawdę”.

Nie szafuję określeniem „arcydzieło”, bo nie. Natalie Portman wzięła na siebie kilka kluczowych wyzwań: jest producentką, reżyserką, scenarzystką i aktorką. Najlepsza jest w aktorstwie. Wystarczy, by polecić.