Mła przeżywa apogeum popularności, czuje się jak gwiazda. No bo bliscy mła cóś wyraźnie spragnieni kontaktu - a to zwabiają pod pretekstem niemożności zrobienia w chałupce czegóś tam a potem to okazuje się że sprytnie wysyłają mła na wyprawę sklepową bo tak naprawdę to mieli w planach, a to ćwierkają że nic nie gotują bo po co i na co, po czym zawalają lodówkę mła tonami świątecznego żarła ( dałam, stanowczy odpór karpiowi w różnych postaciach ) bo jak powszechnie wiadomo mła cierpi na zaawansowaną anoreksję a te wałki na brzuchu i cyce jak donice to puchlina głodowa. Co bardziej wyrafinowani żundajo zabiegów kosmetycznych i dopieszczeń ogólnych. Małgoś - Sąsiadka też rozbisurmaniona, za nic mam moje uwagi na temat jej ciśnienia i szaleje z firankami co oczywiście kończy się tym że wyrywam z tych dziewięćdziesięcioletnich łapek cholerne firanki, wygłaszam stanowcze zdanie na temat mocno starszych pań patrzących pożądliwie na moją drabinę malarską i wieszam te obrzydłe szmaty bo jak nie powieszę to jeszcze Małgoś wymyśli sposób na uatrakcyjnienie świąt pobytem na SORze. Nawet Epuzer który jest przeca tylko kotem dochodzącym i ma swoich państwa, kieruje do mła żądania ( ostatnio mięsko było za grubo podziabane - ryk protestu, "wyrzutowe spojrzenie" i bicie ogonem ). Co prawda daje się głaskać i w ogóle jakby dla mnie miły ( szczególnie jak w pobliżu jest Felicjan, który udaje że mu na mła nie zależy co nie oznacza że potem mła nie karci za spoufalanie się z Epuzerem ) ale żundania ma. W związku z falą popularności mła zabiegana jakby i trochę słabo wypoczęta bo szczyt kociej aktywności wypada tak cóś kole trzeciej w nocy ( zdaniem Felicjana najodpowiedniejsza pora na wyjście na spacerek a potem godzinne piescenie, zdaniem kocich dziewcząt najlepsza pora na przegląd lodówki ).
Mła zamierza wypocząć w święta, będzie uprawiać tzw. leżenie odłogiem poczytując "Dzieci Północy" Salmana Rushdiego co to dostała pod chujinke ale bezczelnie rozpakowała wcześniej ( i teraz pilnuje się żeby nie popaść w zaczytanie ) i oglądając filmy. À propos, Mła ostatnio oglądała film 'Roma' który nakręcił Alfonso Cuarón. Mła pamiętała że oprócz takich Harrych Potterów czy tam inszego mainstreama typu 'Grawitacja' Alfonso zrobił swego czasu taki film "I twoją matkę też", który to film zrobił na mła wrażenie. Zatem mła pełna nadziei przystąpiła do oglądactwa i mła się nie zawiodła - mła lubi filmy w których "nic się nie dzieje" a dzieje się wszystko. Mła potem doczytała że cóś tam nawet o Oskarze dla Alfonso jest bredzone, hym...mła nie jest przekonana czy grożenie Oskarem jest właściwe dla dobrego filmu. Mła nie ma wyrzutów że poświęciła czas na oglądanie zamiast pucować domek, w końcu Wzgardzony Okryty Chwałą przyszedł na świat w stajence - u mnie jak w chlewiku więc pozostaję w klimatach. No a teraz koniec pisania, dla Felicjana też czasem jestem ważna - czeka już naszykowany do " wypiesceń" ( leży na grzbiecie, łapy w górze i porykuje na mnie, wiem jak to będzie wyglądało - "Miziaj po brzuszku i żebym nie słyszał że mam kurze tylne łapy! I puchaj i głaszcz ale nie koło pisiorka bo to jest molestowenie i zrobię ci metoo. A teraz pod brodą i ciumkanie za uchem!" ). Dzisiejszy post ozdabiajo obrazki z krasnoludkami ( krasnoludki mniej kontrowersyjne od Mikołaja z czerwonym nosem namawiającego dzieci żeby usiadły mu na kolanach - co to nam się porobiło, he, he, he ).
Wszystkim zapracowanym i tym szczęśliwcom co mogą zalegać życzę wszystkiego świątecznego, niech sobie świętujo jak kto chce i lubi.
Blog w zasadzie ogrodowy
niedziela, 23 grudnia 2018
piątek, 21 grudnia 2018
Drzewko a nie tylko chujinka
Zakupilim z Mamelonem chujinki. Było dużo wybierania bo mła chciała jodełkę a jodełki majo palowy system korzeniowy i doniczki im nie służo. W związku ze związkiem chujinka nie jest tak duża jak mła chciała choć też nie jest ostatnim ułomkiem. Jest za to bardzo miłym dla oka drzewkiem rarytetnego gatunku. Jodła Frasera Abies fraseri pochodzi z Ameryki Północnej, konkretnie to porasta naturalnie w trzech stanach - Wirginii, Karolinie Północnej i Teneessee. Stany niby południowe ale ona porasta sobie w górach, tak gdzieś do 1500 metrów n.p.m. , znaczy jest gatunkiem dość odpornym na środkowoeuropejską pogodę. Na dziczyźnie dorasta do 20 -25 metrów wysokości i rośnie w miarę szybko ( u nas to 20 metrów osiągnie po około 40 latach ). Cechą charakterystyczną jest jej wąski pokrój, widać go już nawet przy bardzo młodych sadzonkach. Największym naturalnym skupiskiem tych drzew, wpisanych do Czerwonej Księgi jest The Great Smoky Mountains National Park, jeden ze starszych parków narodowych Stanów Zjednoczonych, uznany za rezerwat biosfery i w 1983 roku wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. U nas jodła Frasera często robi za drzewko bożonarodzeniowe bo szybko "nabiera masy". Niestety większość jodełek nie przeżywa wykopków, ja mam nadzieję że z moim egzemplarzem nie będzie problemów. Ten gatunek jodły lubi dość żyzną glebę, wilgotnawą i o zasadowym odczynie, mam takie miejsce w Alcatrazie gdzie chyba drzewko będzie dobrze się czuło.
Ponieważ drzewko nie jest tak duże jak planowałam to nie wyciągnęłam wszystkich bombek. Zeszłoroczne łupy - koty, bałwanki, skrzydlata świnka zostały grzecznie w szafie. Te święta prześpią w swoich pudełkach. Może w przyszłym roku trochę wcześniej rozejrzę się za drzewkiem i kupię coś naprawdę sporego. Hym... mam naprawdę dużą kolekcję kretyńskich bombek, na tegorocznym drzewku nawet połowa moich bombkowych zbiorów nie zawisła. Zatem to jeszcze nie jest prawdziwe chujinkowanie, na nie trzeba poczekać. No chyba że koty w tym roku okażą się na tyle niegrzeczne że w następne święta bombki zostaną zawekowane dla bezpieczeństwa. Jak na razie koty udają że się nie interesują, znaczy nie do końca - Felicjan patrzy z obrzydzeniem ( Cio Mary twierdzi że to dlatego że Felek ma dobry gust ) a reszta tak jakoś jakby nie myślała o czynnościach zakazanych. Może się uda i jakoś z drzewkiem bezstresowo przeżyjemy te święta.
Co do wystroju to hym... chujinka w tym roku jest bardzo, bardzo infantylna. Po prostu nie ma na niej innych bombek niż te foremkowe. Pewnie była by bardziej urocza gdyby zawiesić na niej szklane kule, przedszkolizm nie waliłby wówczas tak po oczach. Z drugiej strony święta jak wiadomo są głównie dla dzieci ( nawet dla tych bardzo dorosłych dzieci ) więc właściwie wszystko jest jak najbardziej na miejscu, he, he, he. Teraz do okolic okołchoinkowych - do pilnowania wyznaczyłam zespół z ogrodu - Wolfgang z żabią koleżanką i dwiema domowymi, pluszowymi abizjanami rozsiadły się koło zafizelinowanej na zielono donicy. To tak na wszelki wypadek, jakby któś chciał sprawdzić czy na pewno nie znajdzie się dla niego miejsce pod chujinką. Psie w Spencerku pod chujnkę został podłożony specjalnie na tę okazję wyprasowany do ostatniego zagniotka obrusek żakardowy z zakupów wysortowych czynionych na rynku w Pabianicach.
Chujinka za długo w domu nie postoi. Zamierzam tuż po Nowym Roku zamienić ją z powrotem w jodełkę. Tak dla jej zdrowia będzie lepiej. Coby za dużego szoku nie przeżyła to w pokoju Cioci Dany i Azy przykręciłam solidnie ogrzewanie. W końcu sezon choinkowy w Polszcze to dwa tygodnie z hakiem a żyć potem trzeba i szumieć w ogrodzie. Poza tym koty nie przepadają za rozkosznym chłodkiem i nie będą za często wizytować chujinki. Hym... przynajmniej taką mam nadzieję.
Ponieważ drzewko nie jest tak duże jak planowałam to nie wyciągnęłam wszystkich bombek. Zeszłoroczne łupy - koty, bałwanki, skrzydlata świnka zostały grzecznie w szafie. Te święta prześpią w swoich pudełkach. Może w przyszłym roku trochę wcześniej rozejrzę się za drzewkiem i kupię coś naprawdę sporego. Hym... mam naprawdę dużą kolekcję kretyńskich bombek, na tegorocznym drzewku nawet połowa moich bombkowych zbiorów nie zawisła. Zatem to jeszcze nie jest prawdziwe chujinkowanie, na nie trzeba poczekać. No chyba że koty w tym roku okażą się na tyle niegrzeczne że w następne święta bombki zostaną zawekowane dla bezpieczeństwa. Jak na razie koty udają że się nie interesują, znaczy nie do końca - Felicjan patrzy z obrzydzeniem ( Cio Mary twierdzi że to dlatego że Felek ma dobry gust ) a reszta tak jakoś jakby nie myślała o czynnościach zakazanych. Może się uda i jakoś z drzewkiem bezstresowo przeżyjemy te święta.
Co do wystroju to hym... chujinka w tym roku jest bardzo, bardzo infantylna. Po prostu nie ma na niej innych bombek niż te foremkowe. Pewnie była by bardziej urocza gdyby zawiesić na niej szklane kule, przedszkolizm nie waliłby wówczas tak po oczach. Z drugiej strony święta jak wiadomo są głównie dla dzieci ( nawet dla tych bardzo dorosłych dzieci ) więc właściwie wszystko jest jak najbardziej na miejscu, he, he, he. Teraz do okolic okołchoinkowych - do pilnowania wyznaczyłam zespół z ogrodu - Wolfgang z żabią koleżanką i dwiema domowymi, pluszowymi abizjanami rozsiadły się koło zafizelinowanej na zielono donicy. To tak na wszelki wypadek, jakby któś chciał sprawdzić czy na pewno nie znajdzie się dla niego miejsce pod chujinką. Psie w Spencerku pod chujnkę został podłożony specjalnie na tę okazję wyprasowany do ostatniego zagniotka obrusek żakardowy z zakupów wysortowych czynionych na rynku w Pabianicach.
Chujinka za długo w domu nie postoi. Zamierzam tuż po Nowym Roku zamienić ją z powrotem w jodełkę. Tak dla jej zdrowia będzie lepiej. Coby za dużego szoku nie przeżyła to w pokoju Cioci Dany i Azy przykręciłam solidnie ogrzewanie. W końcu sezon choinkowy w Polszcze to dwa tygodnie z hakiem a żyć potem trzeba i szumieć w ogrodzie. Poza tym koty nie przepadają za rozkosznym chłodkiem i nie będą za często wizytować chujinki. Hym... przynajmniej taką mam nadzieję.
niedziela, 16 grudnia 2018
Coroczne rozmyślania o świąteczności
Spadł śnieg i przez chwilę poczułam zimową magię. Taa... ledwie przez chwilę bo kocie problema dały o sobie znać. Szpagetka i Okularia pociekły nie wiadomo gdzie, Felicjan nie je tak jak powinien, znaczy ma ochotę na rzeczy dla niego niewskazane i zachowuje się zdziwnie ( plucie pasztecikiem i ostentacyjne chowanie się przed własną miską z żarciem podsuwaną przed nos a rzucanie na jakieś potworne "kawałki do rozgryzania" w michach dziewczyn ), Sztaflik za to sprawdza jak szybko jest się w stanie przeziębić przenosząc się z rozgrzanego kaloryfera na śnieg i z powrotem. Kiedy koty nie zachowują się średnio przewidywalnie zawsze podejrzewam że cóś zaraz srujnie i będzie się działo. Oczywiście najbardziej martwię się o Felicjana, najstarszego i po przejściach ( z usuniętym dziąślakiem który ma tendencje do odrastania - jest się czego bać ) ale dziewczyny też potrafią nieźle zakombinować. Ot, dola pańci wielokotnej. Ten grudniowy śnieg też tak po prawdzie mła nie zadowala, nie jest do końca taki jak mła lubi, ciężkie to i ciapowate. Gdyby nie lekkie mrożenie za dnia popłynąłby w trymiga. Lekki śnieg, taki suchy, jakoś dłużej się utrzymuje niż te śnieżne ciapy. No ale może ja malkontencę, w końcu jest śnieżnie a mogło nie być. Osuwam się pamięcią w czasy dzieciństwa, w których tzw. gwiazdka nie zawsze iskrzyła bielą. Hym... najfajniejsze momenty grudnia wcale jakoś nie zależały od śniegu, znaczy śnieg świąteczny jest przeceniany.
Wszystko przez Binga Crosbiego i ten hicior o białych świętach. Ta stara piosenka Irvinga Berlina jest niemal zawsze śpiewana w okrojonej wersji, mało ludzi wie że "I'm dreaming of a White Christmas" zaczynało się od zwrotki o tym że na południowym zachodzie Stanów zimy ni ma. Sam Berlin potem zwrotkę wywalił i z piosenki ostał się tylko refren wyśpiewywany pierwotnie melancholijnym barytonem Binga. Marzenia o białych świętach to była raczej tęsknota Berlina siedzącego gdzieś w Arizonie czy inszej Kalifornii za domem, nie mówię że za syberyjskim mroźnym Tiumeni ale za Nowym Jorkiem z rozkapryszoną pogodą do którego Irving przybył jako czterolatek. Nie o śnieg tu chodziło a o domową świąteczność ( lekko tylko zdziwne bo rosyjscy Żydzi w Stanach lubili protestancką wersję świąt Bożego Narodzenia ). Mła z przyczyn oczywistych ma spore szanse na śnieg w grudniu , choć po prawdzie nie jest on jej niezbędny do grudniowych celebracji. Mła rozsądnie dawkuje sobie kolędy, sklepy wielkopowierzchniowe w okresie przedświątecznym odwiedza rzadko, ton żarcia do wywalenia bez pośrednictwa przewodu pokarmowego nie szykuje, okien dla Jezusa nie myje, na opady śniegu specjalnie nie oczekuje i być może dlatego mła jeszcze jakieś nędzne resztki świąteczności odczuwa. Najbardziej świąteczność ją dopada kiedy pakuje prezenty, mła sobie lubi wyobrażać jak one prezenty są rozpakowywane i co poniektórzy mówią "Ach!" a inni "No nie, znowu skarpetki!".
Nie dla mła radości kulinarne wigilijnej wieczerzy, właściwie mła już nie może patrzeć na śledzie, kapusty kiszone w różnych wersjach i z różnymi dodatkami, oraz pierogi, uszka, barszcze, grzybowe oraz pierniczki. Wszystko przez Małgoś - Sąsiadkę która cały grudzień uważa za jedną wielką wigilijną kolację i gotuje wyczynowo począwszy od pierwszego dnia grudnia wszystkie znane jej świąteczne potrawy. Czuję że w Wigilię znów będę miała ochotę na sajgonki i kaczkę w pięciu smakach. A co z radościami pozakulinarnymi? Zasiadania uroczystego też nie lubię, nie dla mła urok wspólnych posiłków "w szerokim rodzinnym gronie" bo po pierwsze : mła nie jest aż tak szalenie rodzinna żeby czuła potrzebę przebywania w towarzystwie spokrewnionych i spowinowaconych których nie trawi ( tych których mła kocha to i tak mła odwiedzi telefonicznie - wiadomo rozmówki z siostrami to tak przynajmniej na trzy godziny bo jest sporo do omówienia, Tatusia tyż się dorwie, Cio Mary i Wuj Jo to żywcem będą oblookani bo Cio ma nową koncepcję strojniczą i będę uczestniczyć w zabawie ), po drugie zasiadanie przy stole i dyskusje o doopie Maryni przeplatane polityką mła nie bawią, po trzecie trzeba się zmuszać do żarcia żeby gospodyni padającej na twarz po przygotowaniu nieprzebranych ilości jedzenia nie urazić.
Za to towarzystwo przyjaciół mła planuje na święta ale to ma być kawa jak zwykle a nie żadne proszone obiady czy cóś w tym guście. Nie da się ukryć że nie znoszę hipokryzji prorodzinnej, tych wszystkich kuzynów z którymi człowiek nie ma nic wspólnego poza przodkami a z którymi wypada się spotkać z okazji "świąt rodzinnych", przymusowej celebracji w ten a nie inszy sposób, sterty żarcia które mła nie odpowiada - no nie dla mnie ten bal. Zacznę od tego że prawdziwe chrześcijaństwo męczy bo wymaga, a teraz to i najpopularniejsze w Polsce chrześcijaństwo obrzędowe zaczyna męczyć rutyną, ludzie mykają w inne klimaty i zostajemy na święta tylko z rodzinnością. Niby wiadomo - rodzina w Polszcze rzecz święta, to i Wigilia musowo z wszelkimi etapami do odhaczenia ( opłatek, zupka, pierogi, makiełki, wódka, pasterka ) i święta n bogato z rodziną i w ogóle powinno być piąknie. Ale jakby cóś nie jest. Od wielu lat uchodziłam w tzw. szerokim gronie rodzinnym za dziwadło a teraz się okazuje że ja byłam prekursorką nowego sposobu obchodzenia świąt. Tradycjonaliści sarkają ale młodsza część familii ma w nosie coroczny "świąteczny maraton wycieczkowo - kulinarny", chcą po prostu spędzać święta po swojemu - bez napieprzania się w kuchni lub zmuszania kogoś do tego napieprzania, bez wizyt u w sumie obcych ludzi będących jakimiś tam dalekimi krewnymi, bez przymusu. Wujek Jo twierdzi że w familii z jego strony właśnie ma miejsce rewolucja ( Wujek Jo rzecz jasna jak ja od dawna w jej awangardzie ).
To źle? No nie koniecznie. Co ta za magia świąt do której jest się przymuszanym, przeca przymus niszczy wszelką magię, zamienia radość w obowiązek. Święta opresyjne, babcie stosujące szantaż moralny i te coroczne ustępstwa dla świętego spokoju, które w końcu jak ta kropla wody drążąca skałę niszczą wszelkie rodzinne radości. Święta u babci raz na parę lat świetna sprawa ale coroczna mantra bożonarodzeniowa? No bo babcia sobie inaczej nie wyobraża! To już tylko krok do grinchyzmu wnuczków bo przeca nigdzie nie jest napisane że świat jest dokładnie taki jak babcia go sobie wyobraża! Mła w tym przymusie, grozie celebry szablonowej, podsycanymi przez komerchę wszechobecną i przez upartą głupotę naszego gatunku egoistycznego nie tam gdzie trzeba a oportunistycznego aż do bólu gdzie nie trzeba upatruje ostatnio głównej przyczyny odświąteczniania się świąt. I tak, komercha tylko to odświątecznianie wspomaga, nie ona jest główną przyczyną tego że coraz więcej ludzi rodzinne święta wcale nie cieszą. Forma przerasta treść a uwięzieni przez własną hipokryzję czują jakby paradowali w nieswojej sukience czy garniturze. Puste obrządki, nieważne czy chrześcijańskie czy rodzinne, nie wystarczą. Szeroko rozumiana rodzina nie jest tym samym czym była dawniej, otwarty świat daje większą możliwość wyboru sposobu życia - nie ma zmiłuj, święta się zmieniają. Kiedyś było mi żal tej magii, którą pamiętałam z dzieciństwa, świąteczności nie do odtworzenia. Tylko że to tęsknota która w każdym z nas drzemie, tęsknota za dzieciństwem które ubogie, komusze święta czyniło czymś wyjątkowym.
Ach słodki czasie miniony, bezpieczny i utrwalony. Tak, tak słodycz dziecięcych lat a święta były jak dzisiaj w wielu domach okupione staniem w kolejkach, gotowaniem wyczynowym i padaniem pań domu na twarz po porządkach domowych. Oszczędnościami bo chciało kupić się prezenty. No i koniecznością podzielenia się opłatkiem z kuzynką której się nie znosiło i która w pierwsze święto obrabiała tyłek gospodyni wigilijnego przyjęcia. Społeczeństwo z przyczyn oczywistych było jednak bardziej niż dziś zamknięte, siły do życia szukano w najbardziej powszechnej tradycji. No a dziś mamy wolność to i zaczynamy z niej korzystać. "Ech, tylko koni, tylko koni i żal!" ale nie żal że kuzynka M. poszła w odstawkę!
Dzisiejszy wpis ozdabiają prace szwedzkiego malarza Lennarta Helje. Urodził się w 1940 roku w Limie ( nie peruwiańskiej tylko szwedzkiej ). Kształcił się w Berghs Reklamskola. Najbardziej znane są jego łobabrazki bożonarodzeniowe, takie w skandynawskich klimatach ( Helje wykonał kartki świąteczne dla Unicef, a także stworzył serię znaczków świątecznych i noworocznych ) . Jak dla mnie urocze.
Wszystko przez Binga Crosbiego i ten hicior o białych świętach. Ta stara piosenka Irvinga Berlina jest niemal zawsze śpiewana w okrojonej wersji, mało ludzi wie że "I'm dreaming of a White Christmas" zaczynało się od zwrotki o tym że na południowym zachodzie Stanów zimy ni ma. Sam Berlin potem zwrotkę wywalił i z piosenki ostał się tylko refren wyśpiewywany pierwotnie melancholijnym barytonem Binga. Marzenia o białych świętach to była raczej tęsknota Berlina siedzącego gdzieś w Arizonie czy inszej Kalifornii za domem, nie mówię że za syberyjskim mroźnym Tiumeni ale za Nowym Jorkiem z rozkapryszoną pogodą do którego Irving przybył jako czterolatek. Nie o śnieg tu chodziło a o domową świąteczność ( lekko tylko zdziwne bo rosyjscy Żydzi w Stanach lubili protestancką wersję świąt Bożego Narodzenia ). Mła z przyczyn oczywistych ma spore szanse na śnieg w grudniu , choć po prawdzie nie jest on jej niezbędny do grudniowych celebracji. Mła rozsądnie dawkuje sobie kolędy, sklepy wielkopowierzchniowe w okresie przedświątecznym odwiedza rzadko, ton żarcia do wywalenia bez pośrednictwa przewodu pokarmowego nie szykuje, okien dla Jezusa nie myje, na opady śniegu specjalnie nie oczekuje i być może dlatego mła jeszcze jakieś nędzne resztki świąteczności odczuwa. Najbardziej świąteczność ją dopada kiedy pakuje prezenty, mła sobie lubi wyobrażać jak one prezenty są rozpakowywane i co poniektórzy mówią "Ach!" a inni "No nie, znowu skarpetki!".
Nie dla mła radości kulinarne wigilijnej wieczerzy, właściwie mła już nie może patrzeć na śledzie, kapusty kiszone w różnych wersjach i z różnymi dodatkami, oraz pierogi, uszka, barszcze, grzybowe oraz pierniczki. Wszystko przez Małgoś - Sąsiadkę która cały grudzień uważa za jedną wielką wigilijną kolację i gotuje wyczynowo począwszy od pierwszego dnia grudnia wszystkie znane jej świąteczne potrawy. Czuję że w Wigilię znów będę miała ochotę na sajgonki i kaczkę w pięciu smakach. A co z radościami pozakulinarnymi? Zasiadania uroczystego też nie lubię, nie dla mła urok wspólnych posiłków "w szerokim rodzinnym gronie" bo po pierwsze : mła nie jest aż tak szalenie rodzinna żeby czuła potrzebę przebywania w towarzystwie spokrewnionych i spowinowaconych których nie trawi ( tych których mła kocha to i tak mła odwiedzi telefonicznie - wiadomo rozmówki z siostrami to tak przynajmniej na trzy godziny bo jest sporo do omówienia, Tatusia tyż się dorwie, Cio Mary i Wuj Jo to żywcem będą oblookani bo Cio ma nową koncepcję strojniczą i będę uczestniczyć w zabawie ), po drugie zasiadanie przy stole i dyskusje o doopie Maryni przeplatane polityką mła nie bawią, po trzecie trzeba się zmuszać do żarcia żeby gospodyni padającej na twarz po przygotowaniu nieprzebranych ilości jedzenia nie urazić.
Za to towarzystwo przyjaciół mła planuje na święta ale to ma być kawa jak zwykle a nie żadne proszone obiady czy cóś w tym guście. Nie da się ukryć że nie znoszę hipokryzji prorodzinnej, tych wszystkich kuzynów z którymi człowiek nie ma nic wspólnego poza przodkami a z którymi wypada się spotkać z okazji "świąt rodzinnych", przymusowej celebracji w ten a nie inszy sposób, sterty żarcia które mła nie odpowiada - no nie dla mnie ten bal. Zacznę od tego że prawdziwe chrześcijaństwo męczy bo wymaga, a teraz to i najpopularniejsze w Polsce chrześcijaństwo obrzędowe zaczyna męczyć rutyną, ludzie mykają w inne klimaty i zostajemy na święta tylko z rodzinnością. Niby wiadomo - rodzina w Polszcze rzecz święta, to i Wigilia musowo z wszelkimi etapami do odhaczenia ( opłatek, zupka, pierogi, makiełki, wódka, pasterka ) i święta n bogato z rodziną i w ogóle powinno być piąknie. Ale jakby cóś nie jest. Od wielu lat uchodziłam w tzw. szerokim gronie rodzinnym za dziwadło a teraz się okazuje że ja byłam prekursorką nowego sposobu obchodzenia świąt. Tradycjonaliści sarkają ale młodsza część familii ma w nosie coroczny "świąteczny maraton wycieczkowo - kulinarny", chcą po prostu spędzać święta po swojemu - bez napieprzania się w kuchni lub zmuszania kogoś do tego napieprzania, bez wizyt u w sumie obcych ludzi będących jakimiś tam dalekimi krewnymi, bez przymusu. Wujek Jo twierdzi że w familii z jego strony właśnie ma miejsce rewolucja ( Wujek Jo rzecz jasna jak ja od dawna w jej awangardzie ).
To źle? No nie koniecznie. Co ta za magia świąt do której jest się przymuszanym, przeca przymus niszczy wszelką magię, zamienia radość w obowiązek. Święta opresyjne, babcie stosujące szantaż moralny i te coroczne ustępstwa dla świętego spokoju, które w końcu jak ta kropla wody drążąca skałę niszczą wszelkie rodzinne radości. Święta u babci raz na parę lat świetna sprawa ale coroczna mantra bożonarodzeniowa? No bo babcia sobie inaczej nie wyobraża! To już tylko krok do grinchyzmu wnuczków bo przeca nigdzie nie jest napisane że świat jest dokładnie taki jak babcia go sobie wyobraża! Mła w tym przymusie, grozie celebry szablonowej, podsycanymi przez komerchę wszechobecną i przez upartą głupotę naszego gatunku egoistycznego nie tam gdzie trzeba a oportunistycznego aż do bólu gdzie nie trzeba upatruje ostatnio głównej przyczyny odświąteczniania się świąt. I tak, komercha tylko to odświątecznianie wspomaga, nie ona jest główną przyczyną tego że coraz więcej ludzi rodzinne święta wcale nie cieszą. Forma przerasta treść a uwięzieni przez własną hipokryzję czują jakby paradowali w nieswojej sukience czy garniturze. Puste obrządki, nieważne czy chrześcijańskie czy rodzinne, nie wystarczą. Szeroko rozumiana rodzina nie jest tym samym czym była dawniej, otwarty świat daje większą możliwość wyboru sposobu życia - nie ma zmiłuj, święta się zmieniają. Kiedyś było mi żal tej magii, którą pamiętałam z dzieciństwa, świąteczności nie do odtworzenia. Tylko że to tęsknota która w każdym z nas drzemie, tęsknota za dzieciństwem które ubogie, komusze święta czyniło czymś wyjątkowym.
Ach słodki czasie miniony, bezpieczny i utrwalony. Tak, tak słodycz dziecięcych lat a święta były jak dzisiaj w wielu domach okupione staniem w kolejkach, gotowaniem wyczynowym i padaniem pań domu na twarz po porządkach domowych. Oszczędnościami bo chciało kupić się prezenty. No i koniecznością podzielenia się opłatkiem z kuzynką której się nie znosiło i która w pierwsze święto obrabiała tyłek gospodyni wigilijnego przyjęcia. Społeczeństwo z przyczyn oczywistych było jednak bardziej niż dziś zamknięte, siły do życia szukano w najbardziej powszechnej tradycji. No a dziś mamy wolność to i zaczynamy z niej korzystać. "Ech, tylko koni, tylko koni i żal!" ale nie żal że kuzynka M. poszła w odstawkę!
Dzisiejszy wpis ozdabiają prace szwedzkiego malarza Lennarta Helje. Urodził się w 1940 roku w Limie ( nie peruwiańskiej tylko szwedzkiej ). Kształcił się w Berghs Reklamskola. Najbardziej znane są jego łobabrazki bożonarodzeniowe, takie w skandynawskich klimatach ( Helje wykonał kartki świąteczne dla Unicef, a także stworzył serię znaczków świątecznych i noworocznych ) . Jak dla mnie urocze.
piątek, 14 grudnia 2018
Codziennik - przedświąteczna zwyczajność
Z bólem serca wyzbyłam się kasy zapewniając towarzystwu i ścianom chałupy solidną porcję ciepła, a po mojemu to nawet gorąca. Jakoś się muszę przestawić co nie jest proste bo ja z tych zimnolubnych ( albo i zimnokrwistych, jak ten perszeron ). Koty oczywiście zachwycone z wyjątkiem Felicjana, który wyniósł się do pokoju Azy i Cioci Dany, zażądał zaścielenia parapetu pikówką czyli narzutą na wyro ( łóżeczko w praniu bo uświnił je niemożebnie ) i obserwuje w miłym chłodku co to się dzieje za oknem ( wściekły ryk jak tylko zobaczy łobcą konkurencję, przyjazne pomruki na Epuzera, przeciągłe z lekka grożące miauczenie kiedy widzi nasze kamieniczne dwie suczki ). Reszta okupuje kaloryfery a ja jak zawsze się dziwię jaki to cud że te kocie ciałka nie wysychają na wiórki! Tyle miłego a teraz do tzw. kłopotów dnia codziennego . Mła będzie zmuszona złożyć reklamację w sprawie pralki bo ona pralka tańczy mimo wypoziomowania ( lekstronicznego ), nóżków należycie ogumionych, maty gumowanej. Chyba cóś ma nie tak z bębnem. W każdym razie zostawiłam ją z praniem kulturalnie stojacą na swoim miejscu a zastałam urządzenie na środku pralni, bezczelnie usiłujące wyrwać wężyk doprowadzający wodę i stepujące tak że słyszałam te odgłosy na zewnątrz chałupy ( przyspieszyłam jak ferrari ). No cóż, jak bym chciała pralki pilnować czy ekscesów nie wyczynia to bym sobie Franię z odzysku zanabyła a nie automata, znaczy zbieram siły na pójście z tzw. protestem postzakupowym ( praleczka cóś niszczycielska, przez to stepowanie mam straty nie tylko moralne ).
Zbieram też siły na zakupy choinkowe, o jodełce mi się śni co to ona będzie potem sobie w Alcatrazie porastała. Tylko żeby ona porastała to korzeni szpadlem załatwionych mieć nie może. W związku ze związkiem jodełka musowo szkółkowa a nie z marketu. Skłaniam się ku miłej koreance, takiej średniego wzrostu. Niedługo zamierzam wyciągnąć większą część zabawek i zdecyduję co ulegnie zawekowaniu a co się powiesi na Tannenbaumie. Z Mamelonem omawiałyśmy koncepcje strojnicze ( zieleń i czerwień czyli klasyka jako tło dla licznych figurkowych bombek posiadanych przez mła została uznana za zbyt ciemną, przytłaczającą i w ogóle za bardzo na serio ) dekorów świątecznych, które to zajęcie odpowiada kwietniowemu planowaniu coby tu jeszcze dosadzić na rabatach żeby ogród był bardziej ogrodowy. Słodka działalność przepijana kawą. Podziwiałam też cinżko ( doginanie drucików do zawieszanych ozdóbek ) wypracowany przez Mamelona żyrandol, stajlowy, nieprzeładowany. Pytanie kto tego okaza i chlubę żyrandolstwa będzie mył wisiało w powietrzu, więc niby niepytana Mamelon w powietrze odpowiedziała że ktoś go kiedyś umyje. Przezornie pozostanę przy papierowych kloszach na moich żarówach, elegancję będę podziwiać u Mamiego. A w ogóle to kochany Mikołaju "I've been an awful good girl" i cóś mła się należy za tę obrzydliwą dobroć. No odpuszczam tytuł własności do kopalni platyny, jacht, błękitny kabriolet, ozdóbstwa od Tiffaniego a o sobolach przerobionych na futro to w ogóle nie wspominam bo sobole to ja tak bardziej żywe na dziczyźnie preferuję. Jednak Mikołaj mógłby się postarać i cóś miłego zesłać, na ten przykład więcej czasu dla domu i ogrodu, mniej spraw do załatwienia i o zdrówko dla wszystkich drogich sercu mła się zatroszyć a i jej samej tego zdrówka tyż nie skąpić. Czy Mikołaj mła czyta?! No i najważniejsze - czy Mikołaj rozumie co czyta?!
Dzisiejszy post zwyczajnie codziennikowy ozdabiają urocze pocztóweczki z początku wieku ( zwróćcie uwagę że Mikołaj nosił się wtedy bardzo modnie w bladej purpurze ) i współczesny odpowiednik ( to chyba z Demotywatorów, ta odpowiedź jakże materialistyczna na bynajmniej niematerialistyczne prośby mła ).
Zbieram też siły na zakupy choinkowe, o jodełce mi się śni co to ona będzie potem sobie w Alcatrazie porastała. Tylko żeby ona porastała to korzeni szpadlem załatwionych mieć nie może. W związku ze związkiem jodełka musowo szkółkowa a nie z marketu. Skłaniam się ku miłej koreance, takiej średniego wzrostu. Niedługo zamierzam wyciągnąć większą część zabawek i zdecyduję co ulegnie zawekowaniu a co się powiesi na Tannenbaumie. Z Mamelonem omawiałyśmy koncepcje strojnicze ( zieleń i czerwień czyli klasyka jako tło dla licznych figurkowych bombek posiadanych przez mła została uznana za zbyt ciemną, przytłaczającą i w ogóle za bardzo na serio ) dekorów świątecznych, które to zajęcie odpowiada kwietniowemu planowaniu coby tu jeszcze dosadzić na rabatach żeby ogród był bardziej ogrodowy. Słodka działalność przepijana kawą. Podziwiałam też cinżko ( doginanie drucików do zawieszanych ozdóbek ) wypracowany przez Mamelona żyrandol, stajlowy, nieprzeładowany. Pytanie kto tego okaza i chlubę żyrandolstwa będzie mył wisiało w powietrzu, więc niby niepytana Mamelon w powietrze odpowiedziała że ktoś go kiedyś umyje. Przezornie pozostanę przy papierowych kloszach na moich żarówach, elegancję będę podziwiać u Mamiego. A w ogóle to kochany Mikołaju "I've been an awful good girl" i cóś mła się należy za tę obrzydliwą dobroć. No odpuszczam tytuł własności do kopalni platyny, jacht, błękitny kabriolet, ozdóbstwa od Tiffaniego a o sobolach przerobionych na futro to w ogóle nie wspominam bo sobole to ja tak bardziej żywe na dziczyźnie preferuję. Jednak Mikołaj mógłby się postarać i cóś miłego zesłać, na ten przykład więcej czasu dla domu i ogrodu, mniej spraw do załatwienia i o zdrówko dla wszystkich drogich sercu mła się zatroszyć a i jej samej tego zdrówka tyż nie skąpić. Czy Mikołaj mła czyta?! No i najważniejsze - czy Mikołaj rozumie co czyta?!
Dzisiejszy post zwyczajnie codziennikowy ozdabiają urocze pocztóweczki z początku wieku ( zwróćcie uwagę że Mikołaj nosił się wtedy bardzo modnie w bladej purpurze ) i współczesny odpowiednik ( to chyba z Demotywatorów, ta odpowiedź jakże materialistyczna na bynajmniej niematerialistyczne prośby mła ).
środa, 12 grudnia 2018
Koszmary malowane
Powinnam pisać post o roślinkach co to są uważane za występne ale jakoś znów nie mam weny. Pewnie przez ten niby mróz za oknem. Bawię się domem czyli udaję że sprzątam. Mamelon jest ode mnie lepsza, skręca swój nowy żyrandol i poprawia stary. Będzie po francusku ale w stylu wiejskim, bez Wersalu. Małgoś - sąsiadka jest za to ode mnie mundrzejsza, stwierdziła że jak się ma zaćmę to się nie sprząta bo i tak wielkiego bordello się nie widzi - "Dopóki się człowiek o cóś nie potyka to znaczy że jest porządek". W czwartek zasponsoruję Kubicę czyli nabędę drogą kupna paliwo, szlag mnie trafia jak pomyślę jakie podatki i akcyza jest nałożona na cóś co wytwarza znacznie mniej syfu niż tzw. wyngiel. No tak, ale gaz , ropa to zło, mniejsze co prawda niż cholerna energia odnawialna ale zło. A my teraz będziemy ocieplać budynki w ramach walki ze smogiem. Taa, ciekawe jak ocieplą od wewnątrz i zewnątrz zabytkowe kamienice i czy ktoś z tej bandy dyletantów słyszał kiedykolwiek o czymś co nazywa się punktem skraplania i kojarzy tę nazwę z budownictwem. Ale czego ja wymagam, toż oni pieprzą przed siebie i nawet ci co to wybrali nam ten zestaw złodziejsko - aferalno - układowy ( boszsz... szukali, szukali tych złodziei, afer, układów, na wszelki wypadek sami stworzyli ) średnio już zawierzają wybranym. Ech...
Postanowiłam Was dobić kolejnymi koszmarkami, tym razem malowanymi. Zdziwne ale nie mam w domu prac które malowałam w czasach postnastoletnich. Szczerze pisząc to sama nie wiem dlaczego. Może po prostu te szkolne prymitywy jakoś tak bardziej do mła paszą. "Dorosłe" prace, te wszystkie straszne martwe natury, ćwiczenie stylistyczne typu zintegrowane płaszczyzny koloru czy tam inne mundre srutututu nijak się mają do prawdziwej mła. W jamie Tabazelli musi być swojsko do bólu, żadnych hiperrealizmów czy całkowitych abstrakcji typu średni Pollock. Preferowany styl to ćwierćrealizm półmagiczny, wszystko jest opowiadane wbrew temu czego usiłowano mła nauczyć ( mniej literatury więcej obrazu ) . A tu proszę, nawet plenerowy domek z Olczy przypomina opowiadankę o domku ( taa... styl zakopiański w wydaniu z lat 70 - 80 - XX wieku cóś tak jechał Cepelią po całości, wrażliwość artystyczna we mła się obudziła i zarejestrowała, he, he, he ). Portret jaśnieleżącego Tasiemki w stylu jak mały Jasio wyobraża sobie impresjonizm oraz portret Babci Wiktorii ( trzy miesiące ciężkiej obrazy i obrabianie mła tyłka przed Ciotą Daną - "Nigdy Kochana nie daj się namówić na bycie modelką mojej wnuczki, nigdy powtarzam!" ) są też opowiadane. Hym... ja po prostu jestem opowiadaczką, tak szczerze pisząc to chyba nigdy nie miałam szansy na bycie malarzyną a co dopiero malarką. Tzn. mam na myśli taką profi, co to wie ( niby ) co robi. No ale pewnie jakbym była profi to bym instalowała, kreowała i w ogóle robiła "coś bardzo poważnego" bo takie tam zwyczajne malowanie od siedemdziesięciu lat jest passé . No a opowiadactwo obrazkowe to jest passé od ponad setki z hakiem ( z wyjątkiem opowiadanek surrealistycznych ).
Postanowiłam Was dobić kolejnymi koszmarkami, tym razem malowanymi. Zdziwne ale nie mam w domu prac które malowałam w czasach postnastoletnich. Szczerze pisząc to sama nie wiem dlaczego. Może po prostu te szkolne prymitywy jakoś tak bardziej do mła paszą. "Dorosłe" prace, te wszystkie straszne martwe natury, ćwiczenie stylistyczne typu zintegrowane płaszczyzny koloru czy tam inne mundre srutututu nijak się mają do prawdziwej mła. W jamie Tabazelli musi być swojsko do bólu, żadnych hiperrealizmów czy całkowitych abstrakcji typu średni Pollock. Preferowany styl to ćwierćrealizm półmagiczny, wszystko jest opowiadane wbrew temu czego usiłowano mła nauczyć ( mniej literatury więcej obrazu ) . A tu proszę, nawet plenerowy domek z Olczy przypomina opowiadankę o domku ( taa... styl zakopiański w wydaniu z lat 70 - 80 - XX wieku cóś tak jechał Cepelią po całości, wrażliwość artystyczna we mła się obudziła i zarejestrowała, he, he, he ). Portret jaśnieleżącego Tasiemki w stylu jak mały Jasio wyobraża sobie impresjonizm oraz portret Babci Wiktorii ( trzy miesiące ciężkiej obrazy i obrabianie mła tyłka przed Ciotą Daną - "Nigdy Kochana nie daj się namówić na bycie modelką mojej wnuczki, nigdy powtarzam!" ) są też opowiadane. Hym... ja po prostu jestem opowiadaczką, tak szczerze pisząc to chyba nigdy nie miałam szansy na bycie malarzyną a co dopiero malarką. Tzn. mam na myśli taką profi, co to wie ( niby ) co robi. No ale pewnie jakbym była profi to bym instalowała, kreowała i w ogóle robiła "coś bardzo poważnego" bo takie tam zwyczajne malowanie od siedemdziesięciu lat jest passé . No a opowiadactwo obrazkowe to jest passé od ponad setki z hakiem ( z wyjątkiem opowiadanek surrealistycznych ).
wtorek, 11 grudnia 2018
Koszmarki naścienne
Mnie wzięło i natchło. A tak naprawdę to Ewa Gwiazda Północy wywołała tę waderę z lasu. Kiedyś tam, w zamierzchłej przeszłości groziłam Wam pokazaniem moich paskudków własnoręcznie wykonanych w przeszłości jeszcze zamierzchlejszej. No i nadszedł czas kaźni i nie ma zmiłuj! Czas zdjąć ze ścian spostponowane przez owady i życie codzienne haftowane obabrazki "pod szkłem". Serwis czyli mycie, niekiedy ponowne naciągnięcie materiału albo insza konserwacja. Nigdy ja nie miała tzw. dobrego gustu, aberracje mła się na poczuciu piękna od najwcześniejszej młodości robiły. Ha, i powstawały koszmary które z lubością wieszałam gdzie popadło albo i ustawiałam jak koszmar był trójwymiarowy. Niestety z czasem nic mła się nie polepszyło, bywa że śmiała koncepcja wnętrzarska albo modowa nijak nie znajduje zrozumienia u Mamelona i Cio Mary robiących w środowisku mła za zbiorczego arbiter elegantiarum. Pocieszam się że dolą awangardy jest brak zrozumienia u współczesnych, he, he, he. Napiszę tak - poruszam się na skraju "ładności" i campu zwanego dawniej kiczem. Po prawdzie po mojemu to camp jest jednak od kiczu bogatszy, pełniejszy bo zdecydowanie świadomy. Przerysowanie pasuje do teatralnej natury mła ( to nie moje określenie, niejaki Pan Robert urzędnik bankowy je wymyślił, po mojemu Pan Robert po prostu nie miał śmiałości coby określić mła gwiazdą, he, he, he ). Czasem u mła to przerysowanie jakoś tak zmierza w stronę karykatury dobrego smaku ( nie każde przerysowanie jest karykaturą, sporą dozę złośliwości trza posiadać by karykaturę należycie wykonać ) ale zazwyczaj poruszam się w obrębie tzw. "ładności", choć już blisko granicy. Dobra, koniec ględzenia czas na horror!
Usprawiedliwiam tę szaleńczą "oczojebność" hafcików tym że mła wychowała się w czasach ciężkiego konsumenckiego niedopieszczenia. Po jej słodkich latach szkolno - podstawowych które wypadły za Towarzysza Edwarda nastało smętne nastolęctwo kryzysowe. W sklepach występowały głównie tkaniny typu bistor i różne mieszanki z elaną ( zupełnie jak teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu, he, he, he ) w kolorach smutnych jak rzeczywistość kraju demokracji ludowej ( tzw. wysrany buraczek, sparzona czerwona kapusta udająca śliwę, zieleń zmętniałej butelki albo czerń bistorowa która zawsze wyglądała antycznie, tzn. materiał w noszeniu błyskawicznie się starzał ). Barwników ponoć należytych nie było, apretury takoż ( znaczy były ale do produkcji na - uwaga magiczne słowo - eksport ich się używało ) i skutek był taki że ludność pracująca miast i wsi, oraz liczni renciści, młodzież ucząca się a nawet element reakcyjny i zwyczajny przestępczy zmuszony był szczęścia związanego z założeniem na się czegoś co nie przypominało kolorem szmaty do podłogi szukać w miejscach zwanych komisami, na bazarach lub u znajomych do których przychodziły zagraniczne paczki.
Z braku kasy na lepsiejsze ciuchy farbowało co się tylko ufarbować dało ( na przykład deficytowe pieluchy tetrowe ) podłej jakości barwnikami wytwarzanymi albo przez "spółdzielnię" albo tzw. prywatną inicjatywę na kolory przecudne typu fiolet prawdziwy a głęboki, róż amarant, wściekły turkus. Barwnik łapał po całości znaczy przy odrobinie nieszczęścia można było mieć turkusowy tyłek czy amarantowe insze części ciała, z tym że barwnik jak wspomniałam był podły czyli jak to się mawiało "pierny". Dzięki tej pierności pieluchowe ciuchy nadawały się do wielokrotnego farbowania, z czasem nawet uzyskiwały niezwykle wyszukane odcienie ( najczęściej tuż przez rozpadnięciem się materiału ). W czasach takiego ciężkiego wygłodzenia kolorystycznego i prób zaradzenia mu mła zaczęła była tworzyć swoje pierwsze haftowanki. Niech nie dziwi Was zatem że one cóś jakby coolorowe straszliwie i nawet błyszczące. No i że w ich tworzeniu wykorzystałam materiały takie jak resztki po bluzeczce z "lepszego świata" czy dziecięcych chusteczkach do nosa.
Jakby było mało "oczojebności" to te moje haftowania nie są szczytem technicznej doskonałości, bardzo oględnie rzecz ujmując. Na szczęście w realu to nie są duże obrazki, więc paskudyzm ich wykonania aż tak bardzo nie rzuca się w oczy ( no bo tzw. treść przedstawień na dzień dobry zatyka i nikt się specjalnie nie przygląda ). Wykonywane to było różnymi nićmi, kordonkami, mulinami a nawet wełną pozyskaną z oddziału przedsiębiorstwa "Cepelia" ( koncesjonowana ludowość, wyroby cepeliowskie były w późnym PRL obłożone prawie osiemdziesięcioprocentowym podatkiem od luksusu żebyśmy całkiem niezludowieli ) w Opocznie ( pasiaki i insze wełniaki ). Wiszą te hym... tego... cuda robótkowe na ścianach kuchni mła raczej nie dodając jej uroku ( kuchni, mła niczego dodawanego nie potrzebuje bo jest urocza do bólu sama z się ) ale czyniąc tą kuchenną przestrzeń zajętą przez mła. Wicie rozumicie, cóś jak obsikujące wzięcie w posiadanie stosowane przez niektóre kocury.
Taa... to umiłowanie koszmarnie kolorowych, wykonanych z byle czego i byle jak obabrazków, kylymków i serwetuszek to spuścizna po czasie bez niczego. Dziś wydaje się śmieszne że ludziska w czasach komuny zbierały takie dzieła sztuki jak puszki po Heinekenie czy paczki po Camelach. He, he, he, nikt tak nie doceniał sztuki pop art w jej najprostszej, siermiężnej formie rynkowej jak ludzie żyjący w tzw. realnym socjalizmie. Niech więc sobie wiszą te obabrazki przypominając dydaktycznie że to co nazywamy dobrobytem jest pojęciem nader względnym. Za zaawansowanej komuny przeca w Polszcze był dobrobyt powszechny, znaczy z głodu się nie umierało, społeczeństwo reprodukowało się jak należy a że miało pretensje do czegóś tam jeszcze to po prostu pańskie zachciewajki wykazywało. Szczęśliwie komuna nie wpadła na to że społeczeństwo niezdychające z głodu za długo w stanie bezaspiracyjnym nie wytrwa, no i nastała nam wreszcie demokracja bez przymiotników. Teraz mamy fazę rozczarowania tą zdobyczą bo system jest be, znaczy ludzie jeszcze nie wpadli na to że tak naprawdę jest za mało demokratyczny. No i miotamy się pomiędzy ochlokracją a merytokracją i co poniektórzy zaczynają tęsknić do błogich czasów kiedy to ktoś myślał za nich i prawie wszystkiego było w bród, zwłaszcza sztucznych materiałów pod warunkiem że miały kolor wysranego buraczka, sparzonej czerwonej kapusty udającej śliwkę, zieleni zmętniałej butelki czy "antycznie" noszącej się czerni. Starzy tęsknią za młodością, młodzi za opowieściami z dziadkowych czasów a mnie łobabrazki przypominają real demokracji z przymiotnikiem.
Teraz jako mocno stara rura oszczędzam ślepia i nie robótkuję, co nie oznacza że "nie pozwalam sobie". Ostatnia zdobycz ze śmieciowego targu - niewielki łobabrazek kupiony za jednego zeta Bardziej "ładny" niż campowy ale co mi tam. Ścianom mojej kuchni niewiele już zaszkodzi!
Jak chcecie się zanurzyć w odtruwających z komuny straszliwościach robótkowych możecie oblookać następujące wpisy: Świąteczne krzyżykowanie czyli jak upchać błędy młodości, Pożegnanie jesieni, Haftowanki dla Anki, Smętna październikowa niedziela . Na koniec to sorrky za jakość fotków, robienie zdjęć czegoś za szkłem zawsze mła przerasta.
Usprawiedliwiam tę szaleńczą "oczojebność" hafcików tym że mła wychowała się w czasach ciężkiego konsumenckiego niedopieszczenia. Po jej słodkich latach szkolno - podstawowych które wypadły za Towarzysza Edwarda nastało smętne nastolęctwo kryzysowe. W sklepach występowały głównie tkaniny typu bistor i różne mieszanki z elaną ( zupełnie jak teraz, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu, he, he, he ) w kolorach smutnych jak rzeczywistość kraju demokracji ludowej ( tzw. wysrany buraczek, sparzona czerwona kapusta udająca śliwę, zieleń zmętniałej butelki albo czerń bistorowa która zawsze wyglądała antycznie, tzn. materiał w noszeniu błyskawicznie się starzał ). Barwników ponoć należytych nie było, apretury takoż ( znaczy były ale do produkcji na - uwaga magiczne słowo - eksport ich się używało ) i skutek był taki że ludność pracująca miast i wsi, oraz liczni renciści, młodzież ucząca się a nawet element reakcyjny i zwyczajny przestępczy zmuszony był szczęścia związanego z założeniem na się czegoś co nie przypominało kolorem szmaty do podłogi szukać w miejscach zwanych komisami, na bazarach lub u znajomych do których przychodziły zagraniczne paczki.
Z braku kasy na lepsiejsze ciuchy farbowało co się tylko ufarbować dało ( na przykład deficytowe pieluchy tetrowe ) podłej jakości barwnikami wytwarzanymi albo przez "spółdzielnię" albo tzw. prywatną inicjatywę na kolory przecudne typu fiolet prawdziwy a głęboki, róż amarant, wściekły turkus. Barwnik łapał po całości znaczy przy odrobinie nieszczęścia można było mieć turkusowy tyłek czy amarantowe insze części ciała, z tym że barwnik jak wspomniałam był podły czyli jak to się mawiało "pierny". Dzięki tej pierności pieluchowe ciuchy nadawały się do wielokrotnego farbowania, z czasem nawet uzyskiwały niezwykle wyszukane odcienie ( najczęściej tuż przez rozpadnięciem się materiału ). W czasach takiego ciężkiego wygłodzenia kolorystycznego i prób zaradzenia mu mła zaczęła była tworzyć swoje pierwsze haftowanki. Niech nie dziwi Was zatem że one cóś jakby coolorowe straszliwie i nawet błyszczące. No i że w ich tworzeniu wykorzystałam materiały takie jak resztki po bluzeczce z "lepszego świata" czy dziecięcych chusteczkach do nosa.
Jakby było mało "oczojebności" to te moje haftowania nie są szczytem technicznej doskonałości, bardzo oględnie rzecz ujmując. Na szczęście w realu to nie są duże obrazki, więc paskudyzm ich wykonania aż tak bardzo nie rzuca się w oczy ( no bo tzw. treść przedstawień na dzień dobry zatyka i nikt się specjalnie nie przygląda ). Wykonywane to było różnymi nićmi, kordonkami, mulinami a nawet wełną pozyskaną z oddziału przedsiębiorstwa "Cepelia" ( koncesjonowana ludowość, wyroby cepeliowskie były w późnym PRL obłożone prawie osiemdziesięcioprocentowym podatkiem od luksusu żebyśmy całkiem niezludowieli ) w Opocznie ( pasiaki i insze wełniaki ). Wiszą te hym... tego... cuda robótkowe na ścianach kuchni mła raczej nie dodając jej uroku ( kuchni, mła niczego dodawanego nie potrzebuje bo jest urocza do bólu sama z się ) ale czyniąc tą kuchenną przestrzeń zajętą przez mła. Wicie rozumicie, cóś jak obsikujące wzięcie w posiadanie stosowane przez niektóre kocury.
Taa... to umiłowanie koszmarnie kolorowych, wykonanych z byle czego i byle jak obabrazków, kylymków i serwetuszek to spuścizna po czasie bez niczego. Dziś wydaje się śmieszne że ludziska w czasach komuny zbierały takie dzieła sztuki jak puszki po Heinekenie czy paczki po Camelach. He, he, he, nikt tak nie doceniał sztuki pop art w jej najprostszej, siermiężnej formie rynkowej jak ludzie żyjący w tzw. realnym socjalizmie. Niech więc sobie wiszą te obabrazki przypominając dydaktycznie że to co nazywamy dobrobytem jest pojęciem nader względnym. Za zaawansowanej komuny przeca w Polszcze był dobrobyt powszechny, znaczy z głodu się nie umierało, społeczeństwo reprodukowało się jak należy a że miało pretensje do czegóś tam jeszcze to po prostu pańskie zachciewajki wykazywało. Szczęśliwie komuna nie wpadła na to że społeczeństwo niezdychające z głodu za długo w stanie bezaspiracyjnym nie wytrwa, no i nastała nam wreszcie demokracja bez przymiotników. Teraz mamy fazę rozczarowania tą zdobyczą bo system jest be, znaczy ludzie jeszcze nie wpadli na to że tak naprawdę jest za mało demokratyczny. No i miotamy się pomiędzy ochlokracją a merytokracją i co poniektórzy zaczynają tęsknić do błogich czasów kiedy to ktoś myślał za nich i prawie wszystkiego było w bród, zwłaszcza sztucznych materiałów pod warunkiem że miały kolor wysranego buraczka, sparzonej czerwonej kapusty udającej śliwkę, zieleni zmętniałej butelki czy "antycznie" noszącej się czerni. Starzy tęsknią za młodością, młodzi za opowieściami z dziadkowych czasów a mnie łobabrazki przypominają real demokracji z przymiotnikiem.
Teraz jako mocno stara rura oszczędzam ślepia i nie robótkuję, co nie oznacza że "nie pozwalam sobie". Ostatnia zdobycz ze śmieciowego targu - niewielki łobabrazek kupiony za jednego zeta Bardziej "ładny" niż campowy ale co mi tam. Ścianom mojej kuchni niewiele już zaszkodzi!
Jak chcecie się zanurzyć w odtruwających z komuny straszliwościach robótkowych możecie oblookać następujące wpisy: Świąteczne krzyżykowanie czyli jak upchać błędy młodości, Pożegnanie jesieni, Haftowanki dla Anki, Smętna październikowa niedziela . Na koniec to sorrky za jakość fotków, robienie zdjęć czegoś za szkłem zawsze mła przerasta.
sobota, 8 grudnia 2018
Nazimek
Miało być o niegodziwych roślinkach ale grudzień się rozgrudniował i będzie o domowych pieleszach. Wiecie skąd się wzięła nazwa grudzień? - od ziemi zmarzniętej, której grudy nie dały się rozkruszyć. Hym ... nasi słowiańscy przodkowie zdaje się nie obserwowali w tym miesiącu spektakularnych opadów śniegu. Inaczej byśmy mieli śnieżeń. A tak to mamy łyso i grudniowo. Dawniej funkcjonowała też na określenie ostatniego miesiąca w roku nazwa prosieniec, to ponoć od wysypu bab i dziadów proszalnych którzy z okazji adwentu i Świąt Bożego Narodzenia czyhali pod tłumnie odwiedzanymi kościołami, kaplicami czy Mękami Pańskimi. Od staropolskiej nazwy świąt nazywano też grudzień godnikiem lub w zgodzie z kalendarzem liturgicznym jadwentem. W każdym razie abstrachujejąc od zdziwnej etymologii nazw miesięcy niewątpliwie mamy teraz nazimek ( cóś jak przedwiośnie przed wiosną ). W związku z nazimkiem jakoś mła tak mniej roślinnie a bardziej domowo, wicie rozumicie, te wszystkie czyszczenia puszeczków, słoiczków i innego latami zbieranego badziewia, które mła wykonuje dwa razy do roku a jak się uda to tylko raz. Znaczy co robimy? - robimy przedświąteczne porzundki! W liczbie mnogiej je robimy co widać na zdjątkach poniżej. Tradycyjnie świąteczne porzundki zaczyna się od ubabrania stroików świątecznych i ustawienia ich w nieposprzątanym syfilandzie. Hym... no tradycja, tak było u mła, jest i chyba będzie.
Po pierwsze primo wyjęłam wiadro, setkę szmat i szmateczek oraz wzruszająco słabochemicznych płynów do czyszczenia ( z ostrą chemią niby łatwiej czyścić ale samemu można przy okazji sczyścić się z tego świata ). Po drugie secundo ustawiłam to wszystko w miejscu dobrze widocznym ( tzw. pole centralne w kuchni ) i zagrzewam się tym widokiem do pracy. Jak na razie cóś słabo mnie grzeje. Po trzecie tertio załatwiłam sprawę najważniejszą - pogadałam z kotami o represjach jakie wprowadzę o ile ktoś śmie łapą, sznupą lub inną częścią ciała tknąć heilige Weinachtskugel. Partisanen und Banditen, verfluchten Katzen zostaną odcięci od Rindfleich na okres drei Monate. Mam nadzieję że u kotów wytworzy się myślenie "Wir mussten am Fleisch arbeiten" i zostawią świąteczne bombidła w spokoju. Owszem w tym roku będą słoje z ustrojstwami ciężko - kusząco - wabiącymi ( wszystko co ma w składzie piórka, jakieś kawałki niby futerka i przejawia choć śladowe podobieństwo do tzw. ofiary ) ale bombki szklane będą klasycznie wisieć! I światełka lekstryczne będą się świecić więc lepiej żeby nikt kabelka zębem nie tykał. Po tym szkoleniu z elementami BHD ( Bezpieczeństwo, Higiena, Dom ) czuję się jakbym już znaczną część przedświątecznych porzundków wykonała. Co prawda wiaderko, płyny i szmaty wyzywająco stoją na środku kuchni ale nabieram pewnej wprawy w omijaniu ich wzrokiem.
Popakowałam co bardziej kruche świąteczne prezenty, w tym roku jest ich sporo bo bliscy mła czuli się ostatnio słabo ubombieni. Nie każdy decyduje się bombki nietłukące ( Ciotka Elka się zdecydowała po zeszłorocznym rozbieraniu chujinki przez Włodzimierza - straty były zbyt duże, wybombkowanie 85% wg. Ciotki Elki ) więc w tym roku Cio Mary, Wujek Jo, Dżizaas dostaną pod chujinkę szklane cudeńka. Rzecz jasna cudeńka nie są zbyt tego... gustowne ale u Cio i Wujka do ubierania drzewka służą takie szczyty smaku i designu jak mops na piłce, zajączek dosiadający marchewkę czy aniołek ze zdezelowaną aureolą. Mła uważa że z mopsem ustrojonym w rogi renifera i łosiem biorącym kąpiel z kaczuszką wpisała się w te klimaty. Dla Dżizaasa mła zakupiła była dwa kawałki szklanego torciku, bowiem Dżizaas preferuje strojenie kulinarne ( wicie, rozumicie takie szkiełka - lody w rożkach, muffinki z przystrojeniem z brokatowego kremu, jakieś makaroniki ). Ciotka Elka w tym roku też dostanie prezent kulinarny, tylko że taki bardziej dosłowny, znaczy dokuchenny. Muszę poszukać formy do magdalenek albo jakichś uroczych wykrawaczek. Popakowałam szkiełka w celofan dodając duże orzechy włoskie i plasterki suszonej pomarańczy ( nie mogłam sobie odmówić, uwielbiam fragment "Love Actually" w którym Rowan Atkinson wymyślnie pakuje prezentowy zakup ciężko wkurzonemu tym pakowaniem Alanowi Rickmanowi ). Włożyłam też trochę lukrecji dla tych co lubią apteczne smaki ( ja osobiście uwielbiam ).
W celofan zamierzam jeszcze zapakować słoiczki z konfiturą z pigwy ( tylko Ciotce Elce nic nie zapakuję, swój przydziałowy słoiczek uprowadziła i już zdążyła zeżreć - udaję że nie słyszę tego jęczenia że mało ). Cio Mary cóś ostatnio ćwierkała o marmoladzie z mandarynek jako o prezencie miłym jej podniebieniu ( a także podniebieniu jej medycznego guru które mimo cukrzycy nieźle sobie pozwala, jak to medyczni mają w zwyczaju ) ale nie wiem czy uwinę się z tym przed świętami bo ciężko jest znaleźć niekonserwowane owoce a troszki skórki dać trzeba. Rodziny i przyjaciół przeca nie będę truła! Choć czasem mam ochotę, he, he, he. Reszta prezentów zostanie zapakowana w papier z IKEA, w tym roku jak dla mła ikeowy papier do pakowania prezentów jest wyjątkowo ładny. Gdyby wypuścili materiał z tymi wzorami mła by chętnie zakupiła ale niestety jakoś na to nie wpadli. Pościel byłaby urocza. A tak à propos pościeli, niektórzy robią się bardzo bezczelni i odkopują pościel spod narzuty. Podobno lubio spać we franeli ale mła uważa że chodzi o zakazanie. Pościółkę odkopują bowiem tylko wówczas gdy mła się kręci po pokoju, mła nie ma wszyscy karnie leżą na narzucie. Wszyscy a właściwie wszystkie, Felicjan bowiem wyprowadził się do Małgoś - Sąsiadki i śpi z nią oficjalnie choć moim zdaniem nielegalnie ( w końcu niby jest mój ) w wyrze pod kocykiem i jak podejrzewam w pościeli. Jestem u Felka w niełasce od końca października czyli od jego gębowej operacji. Mogę karmić, mogę głaskać ale do domu przychodzi rzadko i głównie po to żeby strzelać focha. Stan jego zdrowia jak na razie zadowalający ( tfu, tfu, tfu! ) ale charakter ma jeszcze paskudniejszy niż miał! I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy nazimkowy wpis.
Po pierwsze primo wyjęłam wiadro, setkę szmat i szmateczek oraz wzruszająco słabochemicznych płynów do czyszczenia ( z ostrą chemią niby łatwiej czyścić ale samemu można przy okazji sczyścić się z tego świata ). Po drugie secundo ustawiłam to wszystko w miejscu dobrze widocznym ( tzw. pole centralne w kuchni ) i zagrzewam się tym widokiem do pracy. Jak na razie cóś słabo mnie grzeje. Po trzecie tertio załatwiłam sprawę najważniejszą - pogadałam z kotami o represjach jakie wprowadzę o ile ktoś śmie łapą, sznupą lub inną częścią ciała tknąć heilige Weinachtskugel. Partisanen und Banditen, verfluchten Katzen zostaną odcięci od Rindfleich na okres drei Monate. Mam nadzieję że u kotów wytworzy się myślenie "Wir mussten am Fleisch arbeiten" i zostawią świąteczne bombidła w spokoju. Owszem w tym roku będą słoje z ustrojstwami ciężko - kusząco - wabiącymi ( wszystko co ma w składzie piórka, jakieś kawałki niby futerka i przejawia choć śladowe podobieństwo do tzw. ofiary ) ale bombki szklane będą klasycznie wisieć! I światełka lekstryczne będą się świecić więc lepiej żeby nikt kabelka zębem nie tykał. Po tym szkoleniu z elementami BHD ( Bezpieczeństwo, Higiena, Dom ) czuję się jakbym już znaczną część przedświątecznych porzundków wykonała. Co prawda wiaderko, płyny i szmaty wyzywająco stoją na środku kuchni ale nabieram pewnej wprawy w omijaniu ich wzrokiem.
Popakowałam co bardziej kruche świąteczne prezenty, w tym roku jest ich sporo bo bliscy mła czuli się ostatnio słabo ubombieni. Nie każdy decyduje się bombki nietłukące ( Ciotka Elka się zdecydowała po zeszłorocznym rozbieraniu chujinki przez Włodzimierza - straty były zbyt duże, wybombkowanie 85% wg. Ciotki Elki ) więc w tym roku Cio Mary, Wujek Jo, Dżizaas dostaną pod chujinkę szklane cudeńka. Rzecz jasna cudeńka nie są zbyt tego... gustowne ale u Cio i Wujka do ubierania drzewka służą takie szczyty smaku i designu jak mops na piłce, zajączek dosiadający marchewkę czy aniołek ze zdezelowaną aureolą. Mła uważa że z mopsem ustrojonym w rogi renifera i łosiem biorącym kąpiel z kaczuszką wpisała się w te klimaty. Dla Dżizaasa mła zakupiła była dwa kawałki szklanego torciku, bowiem Dżizaas preferuje strojenie kulinarne ( wicie, rozumicie takie szkiełka - lody w rożkach, muffinki z przystrojeniem z brokatowego kremu, jakieś makaroniki ). Ciotka Elka w tym roku też dostanie prezent kulinarny, tylko że taki bardziej dosłowny, znaczy dokuchenny. Muszę poszukać formy do magdalenek albo jakichś uroczych wykrawaczek. Popakowałam szkiełka w celofan dodając duże orzechy włoskie i plasterki suszonej pomarańczy ( nie mogłam sobie odmówić, uwielbiam fragment "Love Actually" w którym Rowan Atkinson wymyślnie pakuje prezentowy zakup ciężko wkurzonemu tym pakowaniem Alanowi Rickmanowi ). Włożyłam też trochę lukrecji dla tych co lubią apteczne smaki ( ja osobiście uwielbiam ).
W celofan zamierzam jeszcze zapakować słoiczki z konfiturą z pigwy ( tylko Ciotce Elce nic nie zapakuję, swój przydziałowy słoiczek uprowadziła i już zdążyła zeżreć - udaję że nie słyszę tego jęczenia że mało ). Cio Mary cóś ostatnio ćwierkała o marmoladzie z mandarynek jako o prezencie miłym jej podniebieniu ( a także podniebieniu jej medycznego guru które mimo cukrzycy nieźle sobie pozwala, jak to medyczni mają w zwyczaju ) ale nie wiem czy uwinę się z tym przed świętami bo ciężko jest znaleźć niekonserwowane owoce a troszki skórki dać trzeba. Rodziny i przyjaciół przeca nie będę truła! Choć czasem mam ochotę, he, he, he. Reszta prezentów zostanie zapakowana w papier z IKEA, w tym roku jak dla mła ikeowy papier do pakowania prezentów jest wyjątkowo ładny. Gdyby wypuścili materiał z tymi wzorami mła by chętnie zakupiła ale niestety jakoś na to nie wpadli. Pościel byłaby urocza. A tak à propos pościeli, niektórzy robią się bardzo bezczelni i odkopują pościel spod narzuty. Podobno lubio spać we franeli ale mła uważa że chodzi o zakazanie. Pościółkę odkopują bowiem tylko wówczas gdy mła się kręci po pokoju, mła nie ma wszyscy karnie leżą na narzucie. Wszyscy a właściwie wszystkie, Felicjan bowiem wyprowadził się do Małgoś - Sąsiadki i śpi z nią oficjalnie choć moim zdaniem nielegalnie ( w końcu niby jest mój ) w wyrze pod kocykiem i jak podejrzewam w pościeli. Jestem u Felka w niełasce od końca października czyli od jego gębowej operacji. Mogę karmić, mogę głaskać ale do domu przychodzi rzadko i głównie po to żeby strzelać focha. Stan jego zdrowia jak na razie zadowalający ( tfu, tfu, tfu! ) ale charakter ma jeszcze paskudniejszy niż miał! I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy nazimkowy wpis.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














