Czy tego chcemy czy nie, rynek książek dla dzieci zasypany jest tłumaczeniami. Kubusie, Tuptusie i inne Disneyowskie czy pixarowe twory, królują na księgarnianych półkach. Bardzo brakowało mi w ostatnich czasach czegoś naszego, swojskiego. Przyglądając się moim zapasom, w oczy rzuciły mi się dwie nietypowe zdobycze targowe „Smaczne misie”, oraz „Sny Smacznych Misiów”, autorstwa pani Marty Łosiak z ilustracjami pana Michała Czarnego. Już sama okładka przemówiła do mnie: „Jesteś w domu.”.
– Mama Niedźwiedzica (…) posprzątała gawrę i wyruszyła na spacer – czytam młodemu.
– Co to est gawa? – to pytanie musiało paść.
– Gawra, to taki Niedźwiedzi dom. Misie w nim mieszkają i śpią.
– Hmm – Alek stuka się palcem po czole – chyba nieee – w końcu stwierdza.
– Jak to nie? Zobacz, tu jest gawra – przewracam na ostatnią stronę, gdzie znajduje się słowniczek z graficzną pomocą – Widzisz, tutaj właśnie Mama Niedźwiedzica przespała zimę.
– Nie! – tym razem protest jest zdecydowany.
– Nie rozumiem, dlaczego nie?
– Misie mieskają cecież w jaskiniach!
Mama Niedźwiedzica urodziła trzy małe niedźwiedziątka i nazwała je kolejno: Śmietankowym, Czekoladowym i Bursztynowym
Misiem. Młode, jak to zwykle bywa, ciekawskie i trochę szalone, mierzą się z nieznanym im światem. „Smaczne misie” opisują perypetie łobuziaków, na przestrzeni czterech pór roku. Okazuje się, że każda z nich ma do zaoferowania coś unikalnego i serwuje im zaskakujące przygody. „Sny smacznych Misiów”, jak sam tytuł wskazuje, opowiada o sennych perypetiach trzech niedźwiadków nie zapominając jednak również o samej mamie. Szczególnie ostatnie opowiadanko robi niezłe wrażenie – szczególnie na rodzicach.
– A pojedziemy w góly sobacyć misie?
– Tak, ale dopiero na wiosnę. Teraz misie zapadły już w sen zimowy.
– Chyyyba jesce nieeee – znowu ta irytująca wątpliwość w głosie akcentowana za pomocą wyciągniętych „yyyy” i „eeee”.
– A jednak tak. Na dworze wieje wiatr, w nocy trzyma mróz i lada dzień może spaść śnieg.
– Nieg?!?! I psyjdzie Mikołaj!?!?! – oho, nadmierny entuzjazm.
– Tak, ale dopiero za 3 tygodnie. Jeszcze zostało sporo czasu.
– To ja pocekam – pewność siebie trudna do opisania i kiwnięcie główką ku podkreślenie swojego przekonania.
– Dobrze, a teraz idziemy spać! – ogłaszam.
– Nie, ja pocekam!
– Ale Mikołaj przyjdzie dopiero za 3 tygodnie.
– Ja pooceeeeekam – czyli gadaj sobie, a ja i tak po swojemu zrobię.
– Ale…
– Obiecałeś mi! – pada z wyrzutem.
Książeczki napisane są prostym, plastycznym i wyrazistym językiem. Uzupełniają go świetne ilustracje stworzone w malarskim stylu. Ich nieoczywistość i nieostrość sprawia, że mój lekko nadpobudliwy syn wpatrywał się w nie chwilę, by dokładnie rozgryźć „o co w tym wszystkim chodzi. Obie książeczki przemycają w sobie sporo ważnych dla dziecka wartości. Poruszają kwestie wzajemnego poszanowania, wiary we własne siły, przyjaźni czy miłości, przy czym robią to w sposób naturalny, nie rażący sztucznością. Czytając nie ma się wrażenia, że element wychowawczy została dodany sztucznie – na siłę.
Niedziela. Rano…. Bardzo rano…
– Tatoo… – dobiega do mnie głosik spod kołdy.
– eeemm – mamroczę.
– Psysłem
– Aha…
– Dzie mama?
– W pracy – odpowiadam na lekkim wydechu
– Ehh – wzdycha młody – Idziemy na dół?
– Za chwilkę… – odpowiadam szeptem.
– Akujat…
Obie książeczki opowiadające o perypetiach małych niedźwiadków to świetna lektura dla każdego dziecka od 3 lat wzwyż, chociaż i niektóre młodsze dzieci mogą z zaciekawieniem ich posłuchać. Bije z nich polskość, duch naszych lasów i gór. Początkowo myślałem, że to właśnie ten klimat, znany mi z dzieciństwa, wpływa na tak pozytywny odbiór tej książki. Rozchylona buzia mojego łobuza i „niedźwiedzi” rumieniec na policzkach rozwiały jednak moje obawy. „Smaczne Misie” to po prostu kawał dobrej baji na dobranoc!
Polecam gorąco!
Wydawca: AMEA
Ilość stron: Smaczne Misie 48 stron, Sny Smacznych Misiów 50 stron.
Data wydania: Smaczne Misie 2006, Sny Smacznych Misiów 2008.
Moja ocena: mniam! / 10