Archive
Dobrze jest tak, jak jest
Kilka dni temu obejrzałam „Kolejny rok” Mike’a Leigh’a i wciąż myślami wracam do tego filmu, choć na pierwszy rzut oka mógłby się on wydawać aż niepozorny w swojej kameralności. To dopiero drugi film tego reżysera, jaki udało mi się zobaczyć. Pierwszym był „Happy-go-lucky”, który niestety podobał mi się średnio. Poza kilkoma naprawdę uroczymi motywami był rysowany moim zdaniem zbyt grubą kreską, kontrasty i stereotypy odbierały bohaterom całą psychologiczną autentyczność, a przynajmniej ją nadwyrężały. Dodatkowo zniechęcił mnie zapewne fakt, że wszystkie wolne bohaterki są bystre, radosne i pełne życia, natomiast siostra głównej bohaterki, jedyna mężatka z dzieckiem, jest wiecznie marudna, zniechęcona i po prostu tępa, nie mówiąc już o jej mężu-nudziarzu bez wyobraźni. Oglądałam ten film kilka miesięcy przed własnym ślubem i uznałam to za rażącą niesprawiedliwość ;) Dlatego na jakiś czas odechciało mi się bliższego poznawania filmów Leigh’a. Na szczęście skusiłam się na „Kolejny rok” i teraz z przyjemnością zapoznałabym się z jego kolejnymi dziełami.

Zarys fabuły jest prosty – w czterech częściach odpowiadających porom roku pokazane zostały różne sceny z życia starszego małżeństwa Toma i Gerri oraz ich syna i znajomych. Tom i Gerri przyciągają do siebie ludzi harmonią, jaka panuje w ich związku i zadowoleniem z tego, co osiągnęli. Niewielki dom, działka pod Londynem, wiele pięknych wspomnień, dużo dystansu do siebie i humoru – to wydaje się być ich receptą na szczęście. Także ich syn, mimo że na początku wydaje się być samotny i bez swojego miejsca, znajduję tę harmonię w związku z radosną Katie. Inaczej rzecz ma się z innymi bliskimi rodziny Hepple. Histeryczna Mary, stara się odmłodzić, znaleźć partnera i coś, co będzie jej dawać radość – boryka się z depresją, nieudanymi relacjami i nie potrafi zaakceptować starzenia się. Zaniedbany Ken jest niezwykle ciepłym człowiekiem, ale samotnym, a potencjalne partnerki odpycha jego aparycja i nieudolne zaloty. Jest wreszcie i Ronnie, brat Toma, któremu niedawno zmarła żona, a jego kontakt z dorosłym synem jest fatalny.

Film daleki jest od moralizowania, choć przedstawia moim zdaniem proste prawdy, które warto sobie przypominać. Moim zdaniem główną jest to, że po pierwsze na zadowolenie też trzeba pracować, a po drugie – że szczęście to stan umysłu i kwestia podejścia do życia. Bez najmniejszego problemu mogę sobie wyobrazić wersję „Kolejnego roku”, w której Tom i Gerri są sfrustrowani, niezadowoleni z życia, pragnący czegoś, poza swoim zasięgiem. Gerri w pracy psychologa nie odnosi spektakularnych sukcesów, nie do każdego pacjenta potrafi dotrzeć i mu pomóc, a pracuje w przychodni, nie w supernowoczesnym ośrodku. Tom to geolog pracujący na budowach, z jego słów nie wynika, by zrobił oszałamiającą karierę. W młodości udało im się zwiedzić trochę świata dzięki pracy Toma, teraz stać ich na wczasy nad morzem. Choć może chcieliby już widzieć swojego syna w innej sytuacji życiowej – ustatkowanego, w szczęśliwym związku – pozwalają mu żyć swoim życiem, dopytując się jedynie w miarę dyskretnie, czy nic się w tych sprawach u niego nie zmieniło, a następnie akceptują Katie, nie doszukując się w niej wad i minusów, które pewnie można znaleźć, jak w każdym. Leigh przedstawił tu według mnie prostą, ale prawdziwą receptę na szczęście i nie jest to puste zadowalanie się ochłapami czy brak ambicji. Gerri i Tom naprawdę cieszą się życiem, akceptują je i czerpią radość z codziennych drobiazgów, jak smaczna kolacja z winem, wspólne czytanie książek wieczorem, czy grill w ogrodzie ze znajomymi. Symbolicznie przedstawiona praca na działce, rytm życia zgodny z naturą – to kolejne kroki na drodze do osiągnięcia harmonii.

Choć teoretycznie najbarwniejszymi postaciami są znajomi Hepple’ów, mnie zainteresowali oni daleko mniej, niż sami Tom i Gerri (którzy sami przyznali, że musieli się nauczyć żyć jako para z takimi imionami :)) – to już oczywiście kwestia wybitnie osobista, tak samo jak fakt, że czytając wiele recenzji na portalach (jeśli dany film mi się podoba, często ciekawi mnie, co myślą o nim inni), znalazłam mnóstwo tekstów krytykujących tę parę i opisujących ich jako niewrażliwych i egoistycznych. Zaskoczyło mnie to bardzo i dało do myślenia. Osobiście nie widzę żadnej sprzeczności we współczuciu znajomym i chęci pomocy, a jednoczesnym cieszeniem się szczęściem własnym i swojej rodziny. Tym bardziej, jeśli wiecznie nieszczęśliwa koleżanka nie chce dać sobie pomóc, a przy tym zatruwa atmosferę domową, zjawiając się bez zapowiedzi, obrażając ukochaną syna i co i rusz rzucając niedwuznaczne aluzje pod adresem tegoż syna, sugerując, że coś między nimi iskrzyło, choć dla niego kobieta była co najwyżej przyszywaną ciocią. Dostało się też biednej Katie, która zdaniem wielu komentatorów jest histeryczna i sztuczna. Biorąc to wszystko pod uwagę zastanawiam się, czy ludzie nie lubią zadowolonych osób? Czy szczęście drażni tych, którzy go szukają? Sama zauważyłam, że w towarzystwie jakoś lepiej przyjmowane jest umiarkowane narzekanie, rozmowy o kłopotach. Pozytywy to głównie „chwalenie się”, a więc coś, czego raczej robić się nie powinno, bo to niegrzeczne i dobija jeszcze tych, którzy nie są zadowoleni z tego, co mają. O ile o kłopotach można rozmawiać godzinami, to cóż jest do dodania, kiedy ktoś mówi, że jest szczęśliwy? Myślę o tym i stwierdzam, że widzę to zupełnie inaczej.

Tymczasem jednak wracam do odpisywania na list z przerwami na ujarzmianie rozbrykanego wieczorową porą kota. Film gorąco polecam, jak widać daje do myślenia pod wieloma kątami.
Kolejny rok (Another Year) reż. Mike Leigh
Zimowy Archipelag – już jest!
W siódmym numerze za temat przewodni obrałyśmy CIAŁO – temat stosunkowo rzadko poruszany w kontekście literatury, mimo że każdy bohater ciało posiada, co stwarza nieograniczone wręcz pole do popisu dla pisarzy. Jak traktują je autorzy? Nadzwyczaj często zwracają uwagę na cielesność, gdy ona zawodzi, gdy nie spełnia naszych oczekiwań, gdy boli i upokarza. Ciało zdrowe, piękne i silne, zdawałoby się, nie stanowi aż takiego wyzwania, przyjmuje się je często za pewnik, a ono też ma prawo dawać się we znaki.
Pochylamy się nad schorowanymi i sprawiającymi ból ciałami bohaterów literackich. Analizujemy cierpienie i chorobę Haliny Poświatowskiej, o której często pisała w swych dziełach. Rozkładamy na czynniki pierwsze stosunek Elfriede Jelinek i tytułowej bohaterki jej powieści pt. „Pianistka” do ciała, szukając wspólnych mianowników. Badamy, jak ciało i cielesność opisywane są w Biblii. Literatura japońska często zahacza o tematykę cielesności, na wybranych przykładach omawiamy traktowanie kobiecego ciała przez pisarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Rozważamy, czy „Gargantua i Pantagruel” faktycznie mogą szokować i oburzać czy bardziej bawić i śmieszyć ujęciem cielesności przez autora książki, François Rabelais’go.
Tropimy ślady natury w powieściach i opowiadaniach norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa. Rozmawiamy z Anne B. Ragde, pisarką również pochodzącą z Norwegii, o rodzinie, jej ojczystych stronach i pasjach życiowych. Pochylamy się znów nad literaturą japońską, skupiając uwagę na pisarzach chrześcijańskich z tego kraju oraz szukając kontekstów interpretacyjnych w powieści „Kobieta z wydm” Kōbō Abe i filmie o tym samym tytule Hiroshiego Teshigahary. Włochy obecne są w siódmym numerze w kontekście kulinarnym, pozwalając posmakować piadiny oraz odbyć literacką wycieczkę do przepięknej Wenecji. Zachęcamy do zwrócenia uwagi na „Novecento” Alessandro Baricco, książkę, stanowiąca źródło inspiracji dla filmowców i reżyserów teatralnych.
Próbujemy uporządkować termin „realizm magiczny”, cofając się do źródeł i genezy jego powstania. Zamyślamy się nad potęgą słowa, pisanego i mówionego, i dumamy nad egzystencją wraz z Tomaszem Różyckim, autorem zbioru wierszy „Księga obrotów”. Zastanawiamy się też nad życiem, tożsamością i twórczością Rafała Wojaczka, skupiając się na filmowych portretach poety. O egipskim nobliście Nadżibie Mahfuzie rozmawiamy z tłumaczką literatury arabskiej Jolantą Kozłowską. Przybliżamy postać francuskiego rysownika i autora powieści graficznych Christophe’a Chabouté. Bolejemy nad wykorzystywaniem znanych postaci bajkowych i opowieści do tworzenia niepotrzebnych sequeli.
Przybliżamy ciekawe budynki bibliotek na całym świecie. Opowiadamy o najnowszych trendach czytelniczych w Indiach i Chinach. Zdajemy relację z I Salonu Ciekawej Książki, łódzkich targów książkowych, nad którymi „Archipelag” objął patronat. Przedstawiamy autorów i ich dzieła, które w ostatnich kilku miesiącach nagrodzone zostały prestiżowymi wyróżnieniami literackimi. Jak w każdym numerze recenzujemy interesujące książki z rynku polskiego i rynków światowych.
Organizujemy kilka konkursów i zabaw literackich. Przypominamy postacie fikcyjnych pisarzy w filmach. Wraz z serwisem Lektury Reportera zapraszamy do konkursu, w którym wygrać można zbiór reportaży polskich autorów. Nagrody książkowe czekają też na zwycięzców naszego stałego quizu.
Życzymy przyjemnej lektury!

Jeśli chodzi o teksty mojego autorstwa, to zapraszam gorąco do przeczytania moich trzech recenzji: „Kurdystan. Bez miejsca na mapie”, „The Uninvited” oraz „Każdy zrobił, co trzeba”. Przeprowadziłam także wywiad z arabistką i tłumaczką Jolantą Kozłowską, która tłumaczyła książki Nadżiba Mahfuza i swego czasu spotkała się z tym pisarzem i Noblistą. Wreszcie, zapraszam do przeczytania relacji z I Salonu Ciekawej Książki mojego autorstwa.

Na cesarskim dworze
Ostatnio mam niewiele czasu dla siebie, dotyczy to także niestety czytania, nie mówiąc już o pisaniu na blogu. Dziś jednak mija ostatni dzień wyzwania Literatura japońska, więc (niestety na ostatnią chwilę, to moje przekleństwo) piszę notkę z ostatniego przedziału czasowego objętego przez wyzwanie, czyli literatury powstałej w czasach feudalnych (do roku 1868). Niełatwo mi było znaleźć jakąś książkę z tego okresu, w końcu organizująca zabawę Litera poratowała mnie podsyłając link do fragmentów powieści Murasaki Shikibu, zatytułowanej „Genji Monogatari. Opowieść o księciu Minamoto” (do przeczytania pod tym linkiem). W wersji pełnej powieść ma naprawdę pokaźne rozmiary, składa się bowiem z 54 ksiąg. Przetłumaczone rozdziały stanowią więc jedynie wyjątki obszernego dzieła, opatrzone są jednak bardzo ciekawym wstępem, wprowadzającym w świat powieści oraz przedstawiającym zasady i tło powstania „Opowieści o księciu Minamoto”. Do fragmentów został także dołączony spis wszystkich rozdziałów, oraz niezwykle cenny spis głównych bohaterów z krótkimi objaśnieniami, kto jest kim i dla kogo. Okazuje się on przydatny nawet podczas czytania zaledwie kilku rozdziałów, bowiem sytuacja na japońskim dworze i rozmaite koligacje nie należały do najprostszych.
Z racji przeczytania zaledwie kilku rozdziałów dzieła, nie będę się rozpisywać na temat fabuły. Istotne jest to, że historia dotyczy nie tylko tytułowego księcia Genji, ale także jego ojca, a następnie wnuka, jest to więc dość kompleksowo pokazana historia całego rodu. Co ciekawe, powieść „Genji Monogatari” została napisana najprawdopodobniej w 1008, jest ona uznawana za jedną z pierwszych (a niektóre źródła podają, że pierwszą w ogóle) powieść w literaturze światowej oraz największe dzieło starożytnej literatury japońskiej. Tymczasem czytając fragmenty przetłumaczone przez Szkołę Języka Japońskiego MATSUMI uderza wręcz forma i sposób opisu bardzo zbliżony do współczesnego. Oczywiście, na pewno nie bez znaczenia jest tu sam przekład, jednak pewne kwestie nie zależą od tłumacza i pozytywnie mnie to zaskoczyło. Wybrane fragmenty koncentrują się na przeżywaniu smutku, poczuciu straty i poszukiwaniu pociechy w pięknie i poezji, które być może nie odpędzają złych chwil, ale poprzez uczynienie ich subtelnymi i pełnymi urody, pomagają przeżyć je z godnością. Nawet opisując dramat księcia po stracie ukochanej żony, Murasaki dostrzega wokół piękno, co nie umyka też uwadze samego Minamoto. Dodatkowo proza co i rusz przeplatana jest wierszami tanka, komentującymi bądź podkreślającymi sytuacje, w jakich znajdują się bohaterowie. Wiersze komponuje nie tylko książę, ale i większość dobrze urodzonych kobiet pojawiających się w powieści, a także sam cesarz. Wszechobecna melancholia, głęboko przeżywany smutek, ale nade wszystko panująca nad treścią estetyka przywodzą na myśl stare japońskie obrazy lub drzeworyty. Styl pisania Murasaki jest jasny i przejrzysty – znów mam ochotę porównać go do czytelnej, estetycznej kaligrafii. Zapewne sporo specyfiki tekstu i jego poetyckości umknęło podczas przekładu, pozostaje on jednak naprawdę przyjemny i obrazowy w odbiorze.
Choć Murasaki opisywała swoją codzienność i nie skupiała się na wyjaśnianiu tradycji i etykiety, powieść stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy na temat życia w feudalnej Japonii. Oczywiście przydają się liczne przypisy i czytając całość dzieła na pewno zaszłaby potrzeba posiłkowania się dodatkową bibliografią tłumaczącą zwyczaje panujące wówczas na cesarskim dworze. Myślę jednak, że każdy czytelnik interesujący się kulturą Japonii znajdzie w tej książce coś nowego. Dla mnie była to naprawdę ciekawa lektura, pomagająca się też oderwać od codzienności – odległy świat z przeszłości, gdzie piękno i estetyka stanowiły niezwykle istotne wartości wspaniale się do tego nadaje – i mogę polecić ją wszystkim chcącym poznać dawniejszą Japonię.
Ponieważ przeczytałam jedynie fragmenty, rezygnuję z tradycyjnego oceniania książki.















