zestaw dwunastu ksiąg smakowitych na stół świąteczny wygospodarowanych

choinka-3

Uszka zalepione, barszcze uwarzone, choinki przystrojone? W takim razie zapraszam do stołu. Wszystko będzie zgodnie z tradycją, dwanaście dań. Książkowych. Jedne tradycyjne, inne nietypowe, niektóre sprawdzone, niektóre nie. Ale każdy głodny literackich wrażeń powinien poczuć się jeśli nie przejedzony, to przynajmniej nasycony.

choinka-6

Oto moje propozycje książkowych specjałów na dzisiejszy wieczór. Wszystkie świeże, wydane w tym roku:

  1. śledź w śmietanie: Tove Jansson Córka Rzeźbiarza. Jeśli na prezent to dla: Większych lub mniejszych wielbicieli Muminków i wspomnień z dzieciństwa
  2. postny barszcz: Zofia Stryjeńska Chleb prawie że powszedni, czyli wznowione dzienniki wybitnej i niezwykłej polskiej malarki. Jeśli na prezent to dla: Niespełnionych artystów, miłośników sztuki, feministek i tych, którym zawsze brakuje do pierwszego
  3. uwaga mięso! : Indyk Beltsville. Opowiadania Zebrane Jerzego Pilcha. Indyk jest tak utuczony, że starczy na pierwszy i drugi dzień Świat. Jeśli na prezent to dla: wujka, brata, szwagra po czterdziestce. I nie tylko. Zapewniam, że nie jestem ani wujkiem ani szwagrem ani bratem, a Indyka sprawiłam sobie niedawno w prezencie.
  4. groch z kapustą: Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z Paris Review. Książka została niedawno pochlebnie opisana na blogu Tomasz Pindela i w magazynie literackim Tygodnika Powszechnego. Jeśli na prezent to dla: tych, którzy chcieliby pogadać z Borgesem, Nabokovem albo Houllebecqiem. I którym nie przeszkadza nadmiar testosteronu na kartach powieści, bo podobno nie ma tu ani jednego wywiadu z pisarką.
  5. uszka nadziewane grzybami: Nostalgia Mircea Cartsescu, czyli zbiór opowiadań wybitego pisarza rumuńskiego. Jeśli na prezent to dla: wrażliwców z wyobraźnią
  6. wykwintny karp w galarecie: Biografia Leopolda Tyrmanda Moja Śmierć będzie taka jak moje życie. Jeśli na prezent to dla: fanów jazzu, Złego i kolorowych skarpetek.
  7. sushi: Takashi Hirade Kot, który spadł z nieba, historia o tym, jak dzięki kotu można odmienić życie. Jeśli na prezent to dla: miłośników mruczków i japońskiej wrażliwosci.
  8. pierogi ręcznie robione przez Panią domu:  Austin Wright Zwierzęta Nocy, powieść reaktywowana przy okazji nowego filmu Toma Forda. Jeśli na prezent to dla: lubiących skomplikowane związki i zawiłości damsko męskich relacji.
  9. kutia: Planeta LEMa, zbiór felietonów Stanisława Lema. Jeśli na prezent to dla: Tych, co w młodości zaprzyjaźnili się z Pilotem Pirxem.
  10. Earl Grey podany w staroświeckiej filiżance:  Julian Fellowes Belgravia, niedawno przeze mnie wychwalana powieść o angielskiej socjecie epoki wiktoriańskiej. Jeśli na prezent to dla: wielbicielek Dawnton Abbey brytyjskich ceremonii herbacianych.
  11. sernik z chili z polewą z gorzkiej czekolady: Mark Danielewski Dom z Liści, podobno niesamowity eksperyment literacki. Jeśli na prezent to dla: Niebojących się wyzwań i strasznych opowieści.
  12. Fantazyjny tort wielosmakowy: Martin Gayford, David Hockney „Historia Obrazów” czyli opowieści o sztuce niesamowitego Malarza. Jeśli na prezent to dla: wielbicieli Bigger Splash i innych arcydzieł.

choinka-1

A teraz, kiedy już jesteśmy przy tym suto zastawionym stole, chciałbym Wam życzyć pogodnych Świąt, spędzonych w zdrowiu i na czytaniu zbiorowym i indywidualnym.

 pod-choinka

prezentownik czytelnika

anioleczek

I nastał ten czas. Zbierania prezentów pod choinkę. Łatwo nie jest. Dlatego postanowiłam wyciągnąć pomocna dłoń i podsunąć kilka pomysłów. Oczywiście będą one dotyczyły prezentów dla osób czytających. Ale, żeby była niespodzianka jak należy, (bo przecież na tym część zabawy polega, żeby w imieniu Aniołka albo Świętego Mikołaja podrzucić coś nieoczekiwanego, a sprawiającego przyjemność,) nie będzie mowa o literaturze. Bo każdy przecież wie, że nie samymi książkami czytelnik żyje. Dlatego postanowiłam przytoczyć kilka faktów z czytelniczego życia i w ten sposób podpowiedzieć, co może ucieszyć typowego czytacza;

prezent-3

  1. Kto czyta marznie w nogi. Nieruchome siedzenie po kilka godzin z książką na pewno spowalnia krążenie i dlatego Wasz znajomy czytelnik ma często problem z utrzymaniem ciepłych stóp. Na pewno więc ucieszą go takie prezenty jak cieple skarpety, puchate kapcie i miękkie kocyki.
  2. Kto czyta potrzebuje czegoś pod plecy. Bo siedzi godzinami w jednej pozycji, więc musi umościć się tak, by nie uszkodzić sobie w tym czasie kręgosłupa lub karku. Dlatego większość czytelników chętnie przyjmie w prezencie wygodna dobrze układającą się poduszkę, miłą w dotyku i z wyglądu.
    prezent-1
  3. Kto czyta ten podjada. I lubi mięć w zasięgu ręki wygodny pojemniczek na przekąski. Stąd pomysł by czytelnika obdarować niewielką, pojemną miseczką, do której będzie mógł po omacku trafić ręką i sięgnąć po ulubione zagryzki, kiedy zaczyta się tak, że nie da rady oderwać wzroku od tekstu.
  4. Kto czyta ten popija herbatę. Co nie znaczy, że lubi w trakcie czytania biegać kuchni po kolejną porcję gorącego napoju. Dlatego warto byłoby czytelnika zaopatrzyć w duży pojemny kubek, długo trzymający ciepło. Albo komplet imbryczka z filiżanką, tak by mógł sobie w zależności od potrzeb herbatę dolewać bez konieczności odchodzenia od tekstu. Do kompletu można dodać mile pachnącą i rozgrzewającą mieszankę herbat, ze skórką pomrańczową, cynamonem, wanilią albo kardamonem.
    prezent
  5. Kto czyta ten lubi książkowe gadzeciki. I na pewno ucieszy go komplet oryginalnych zakładek, czy wygodna podpórka pod książki, albo specjalny stoper na półkę, chroniący kolejne tomy przed zsunięciem się z krawędzi.
  6. Kto czyta ten często nosi książki przy sobie. I często potrzebuje do tego odpowiednio dostosowanego nosidła. Dlatego radość mu sprawi obszerna torba, może być płócienna, z cytatem z ulubionego pisarza czy też z jego portretem.
  7. Kto czyta uwielbia książkowe przypominajki. Spojrzy wiec życzliwym okiem na paczuszkę zawierającą garnuszek z muminkiem, fartuszek w stylu Alicji z Krainy Czarów czy T shirt z nadrukiem słów Virginii Woolf.

Pamiętajcie też, że kto czyta lubi ciszę i spokój, więc podarujcie mu i odrobinę tego na Święta!

mowa o:

prezenty-2

nowe tropy, czyli po schodach do książki

snieg-3

U mnie też zima, odkryłam całkiem niedawno, przy porannym odsłanianiu okna. Biało tam, za szybą, śnieżnie i wietrznie. Dozorca sypie sól, kałuże robią się szkliste, a kaptur trzeba założyć jeszcze przed wyjściem z klatki.

No dobra, o tym że jest zima każdy już wie, wiec szkoda się rozpisywać. Zresztą mam za sobą bardziej ważkie odkrycia, którymi chcę się pochwalić. Oto znalazłam na mojej codziennej drodze z pracy do domu nowa bibliotekę. Tak właściwie to nie całkiem nowa, bo tkwi w tym samym miejscu już dobrych kilka lat, tylko mnie jakoś nie udało się jej wcześniej zauważyć. Ale wreszcie, dzięki intensywnym poszukiwaniom następnych tomów sagi Ferrante , trafiłam na nią (bibliotekę, nie Ferrante, o gdybym trafiła na Ferrante osobiście, dopiero zrobiłabym furorę z moim blogaskiem!).

I nie myślcie sobie, że nie znalazłam jej wcześniej, bom gapa albo przymuł (choć po ośmiu godzinach biurowania na pewno mniej widzę i myślę). Otóż nie, biblioteka umiejscowiona jest tak, że naprawdę trzeba bardzo się starać, żeby ją znaleźć. Mieści się w zacisznym drugim rzędzie bloków od ulicy, wchodzi się do niej przez zwykła klatkę schodowa, po naciśnięciu odpowiedniego guziczka domofonu. Ktoś wpadł na pomysł, żeby jedno z mieszkań przerobić na bibliotekę, pokoje wyposażył w półki i książki, i vuala, mamy wypożyczalnię.

Miło tam, zacisznie, za każdym razem jak zaglądam, jestem jedyną klientką. Po godzinie szperania po regałach zaczęłam się dziwić, że nikt z mieszkańców bloku nie korzysta z dobrodziejstw takiego sąsiedztwa.

Pomyślcie sobie, mieć bibliotekę na swojej klatce schodowej! Po drodze na obiad można wpaść na kwadransik przejrzeć nowości albo pożyczyć jakąś czytankę. W sobotę zamiast gonić rano do kiosku, można w kapciach zejść piętro lub dwa niżej/wyżej i przejrzeć sobie gazety. Kto wie, może nawet pozwoliliby przyjść z własną kawą albo herbatą?

No prawie zaczęłam się zastanawiać nad przeprowadzką, na szczęście żadnych ogłoszeń o sprzedaży tam mieszkania nie znalazłam. Nic to, Buksy, powiedziałam sobie, ciesz się, że i tak masz blisko i po drodze, że nikt tu nie chodzi, i bestsellery leżą spokojnie i na wyciągniecie ręki. Tak mrucząc, uzbierałam, ile się dało pomieścić, do mojego śniadaniowego worka (na szczęście śniadania jem spore) i poszłam sypać mój zimowy stos książkowy.

Wyszło tak:

stos

  1. na samym dole znalazły się książki wybrane z taniej księgarni: historia wnętrz oraz dwa tomy o manierach i obyczajach dawnej Polski.
  2. Kupiona w Czarny Piątek rozmowa z Wanda Chotomską, towarzyszką mojego dzieciństwa.
  3. Pożyczony z nowo odkrytej biblioteki bestseller Donny Tartt.
  4. też tam pożyczony kryminalny Świetlicki, polecany przez Maiooffke
  5. Pożyczony 101 Reykjawik, który niezmiernie mi się podobał w wersji filmowej. Poza tym przyjemnie będzie poczytać o miejscu ze znacznie gorszą zimą.
  6. Pożyczone na próbę czytadełko czyli Księgarnia spełnionych marzeń, Katariny Bivald
  7. Pożyczony, głównie ze względu na pasujący do pory roku tytuł, zbiór opowiadań Agaty Christie
  8. Znalezione na wyprzedaży Ostatnie słowo Kureismi
  9. Następne dwa tomy opowieści Ferrante, ku mojemu zdumieniu bez trudu pożyczone z opisanej biblioteki
  10. wygrzebany z pudła w Media Markcie tomik felietonów Magdaleny Samozwaniec „Tylko dla Kobiet”

Nic tylko siedzieć i czytać, żeby terminów z biblioteki nie zawalić. Czasu starczy mi jedynie na to, żeby herbatę zrobić.

mowa o:

ksiazki-1

bamboszkologia celestialna

skrzydlatek

Całkiem zgrabna gradacja, stopniowanie przysłówka oparte na rzeczywistym wertykalizmie. Ale daruj sobie dalsze figury stylistyczne i przejdź do meritum.

Mart Kisiel „Siła Niższa”, Str 166

Trzeba przyznać, że w części drugiej opowieści o mieszkańcach Lichotki autorka doprowadziła swój styl do perfekcji. Niestety. Zanim przejdzie do sedna, każdą wypowiedź musi owinąć w kokon krotochwilnie zamotanych, potrójnie złożonych zdań utkanych z przenośni, hiperbol i innych wybiegów semantycznych, znanych głownie filologom. Jednych to śmieszy, innych (czytaj mnie) zraża.

Sama opowiastka wysnuwa się z poprzednio napoczętych wątków. Konrad, właściciel dramatycznie utraconej Lichotki jest na dobre zainstalowany w domu pogodnego wielkoluda, Turu Brzaszczyka. Towarzyszy mu wciąż Anioł Stróż, słodkie i nieco zasmarkane Licho oraz mniej sympatyczny Utopiec. Zaginął natomiast bez wieści gotujący Pan Ośmiornica i piękna nimfa drzewna Driada.

Pojawiają się za to inne postaci, bo nowy dom, jest nowy tylko z nazwy, natomiast tak naprawdę jest podstarzałym domiszczem, ze skrzypiącymi schodami, pajęczynami, i stryszkiem. Tam właśnie, pod samym dachem, Konrad odnajduje rżnące w karty widma żołnierzy Wermachtu.

Jednak najciekawiej się robi, kiedy do tego całego towarzystwa dołącza Tsadkiel, Anioł Stróż oddany na przechowanie. Tsadkiel jest aniołem jak się patrzy, czyli jak ze sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej. Posągowy i złotowłosy, Tsadkiel nie dba o to, żeby było miło, tylko bezpiecznie. Zasadniczy i skrupulatny, zadręcza swoimi napominaniami każdego, kto się mu pod skrzydła naiwnie.

Z tego wszystkiego robi się studium psychologiczne postaw opiekuńczych:, ciepło miluśkiej, w paputkach i króliczkach, czyli tej prezentowanej przez Licho, i naukowo pedagogicznej, czyli tej preferowanej przez Tsadskiela. Nie musze mówić, która z nich zyskuje większą sympatię i bohaterów książki i czytelników. Nie muszę, bo zrobiła to za mnie autorka, w najlepszym i najbardziej wartym zapamiętania w książce dialogu:

–Anioł stróż musi mieć bambosze.

Tsadkiel odłożył łyżkę do zlewu i dla równowagi uniósł brew

-Doprawdy, alleluja? A czemuż to : musi?

-A temuż –odpalił mały anioł – że są mięciutkie i cieplutkie i w ogóle, alleluja.

-Istotnie , alleluja, jednakowoż nie jest to dowiedź na moje pytanie.

-Bo w bamboszach nie sposób być niemiłym. A kiedy ty jesteś miły dla innych, to inni są mili dla ciebie. Tak działa ten świat. Alleluja.

–A cóż ty możesz wiedzieć.

-Mnie wszyscy lubią –przerwało mu bez wahania.- A Ciebie?

(ibidem, Str 229)

Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy Tsadkiel założył w końcu bambosze, odsyłam Was do książki. Jak i do sklepu po cieple kapcie, albo przynajmniej puchate skarpetki. Wszystko to razem będzie w sam raz na zimno, na poprawę humoru i na lubienie siebie i innych.

mowa o:

bamboszki-1

Lady Britannia

portret-4

Tym, którzy hrabinę znali, owa demonstracja wydała się dziwna; nie należała bowiem do kobiet, które promują faworytów czy wynajdują kulawe kaczęta, aby sprzedać je światu jako łabędzie. Pan Pope wyglądał dość symaptycznie jak na kupca i nikt mu źle nie życzył, ale czemu lady Brockenhurst wychwala nagle pod niebo cnoty tego mało znanego handlarza bawełną?

 Julian Fellowes „Belgravia”, str 131

Ta książka miała sobie jeszcze poczekać, bo własna, więc nic nie piliło, żeby brać natychmiast i czytać. Jednak głód po Downton Abbey okazał się nie do przezwyciężenia. Dlatego sięgnęłam po nią tak szybko, licząc, że przynajmniej w ten sposób uda mi się znowu zajrzeć do jakiejś brytyjskiej posiadłości z minionych wieków.

I moje oczekiwania się spełniły. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam. Soczystą i wartką powieść w starym angielskim stylu. Dickens lekko uwspółcześniony (hrabia tutaj nie przegrał, a „przeputał” fortunkę), Jane Austen ze złagodzonym piórem, oni mogliby spokojnie tę historię jeśli nie napisać, to objąć patronatem.

I to nie tylko ze względu na czas akcji: pierwsza połowę XIX wieku. Jej przebieg jak najbardziej mieści się kanonach klasyki.

Bo z jednej strony w tej opowieści występuje rzutki parweniusz, self made man z ambicjami do klasy wyższej. Z drugiej strony mamy arystokrację, lekką woniejąca stęchlizną, a mocniej nieróbstwem. Los, a właściwie autor, za pomocą sprytnego triku styka te dwa światy tak, że staje się to przyczynkiem wielu nieprzewidywalnych zdarzeń.

Ale nie tylko wartka akcja jest atutem tej książki. Uroku dodaje jej barwność postaci, takich jak służący krętacze, ambitny biznesman, jego rozsądna żona, ciapowaty syn oraz sprytna i znudzona synowa czy też gnuśny spadkobierca fortuny i jego zniewolony przez hazard papa. Bogate, ale nie przesadnie drobiazgowe (Panie Dehnel, ucz się Pan!) tło historyczne dodaje wiarygodności całej historii. Szczególnego smaczku dostarczają opisy sukni, powozów, czy wnętrz domostw bohaterów. Na dodatek epoka, którą autor obrał sobie za czas akcji, to era wiktoriańska, czas wchodzenia w modę tzw tea parties, na których niejednokrotnie rozgrywają się istotne dla całej opowieści wydarzania i spotkania. Jest wiec okazja żeby podejrzeć jak wyglądał ten najbardziej angielski z obyczajów w momencie tworzenia. A to gratka dla każdego anglofila.

Jedyne, na co można się lekko skrzywić to jednowymiarowość niektórych postaci i powtarzanie co jakiś czas tekstów o motywach kierujących bohaterami. No ale w końcu nie mamy do czynienia z powieścią psychologiczną, tylko z bardzo sprawnie napisanym dziełkiem z ambicjami w kierunku klasyki, a nie literackiego Nobla. A czy porządną cejlońską herbatę należy uznać za gorszą, tylko dlatego, że jej smak nas nie zaskakuje, a jedynie doskonale odpowiada cechom gatunku?

Dlatego muszę przyznać, że Pan Fellowes w pełni zasługuje na miano mistrza obyczajowej i lekko staroświeckiej powieści angielskiej.

Świetna na długie jesienne wieczory:

belgravia-1

Małżeństwo po neapolitańsku

listopadowo

Jako mężatka jednak została zamknięta w swego rodzaju szklanej butelce: była jak statek, który na pełnych żaglach płynie w ograniczonej przestrzeni, na dodatek pozbawionej morza.

Elena Ferrante, Historia nowego nazwiska, str 66

Gdyby nie ponaglenie z biblioteki, pewnie nie podeszłabym do komputera, bo tak naprawdę, to mam ochotę tylko siedzieć w kocach i czytać, w imię pozbywania się resztek przeziębienia. Dlatego tylko szybko, żeby sobie bałaganu nie narobić w tym tutaj pamiętniczku czytelniczym, odnotuję, że drugą cześć Ferrante mam zaliczoną.

Dodam, że zmiana tłumacza wyraźnie wyszła serii na dobre i kolejny tom przypadków dwóch neapolitanek ma styl gładszy i przyjemniejszy w odbiorze. Sama historia ciągle opiera się o znane wątki i przyznaję, że po przeczytaniu pierwszych stu stron, kiedy już zaspokoiłam ciekawość jak wyglądało życie Lili po jej słynnym ślubie, zaczęłam się niecierpliwić. Bo częściej niż chciałabym, czytałam szczegóły o trudach nauki narratorki i wahaniach nastroju jej przyjaciółki. Dopiero końcówka powieści przynosi ulgę w postaci zwrotów akcji. O ich wynikach mam nadzieję się dowiedzieć w tomie trzecim, za którym grzecznie ustawiłam się w wirtualnej kolejce w bibliotece.

A póki co idę sobie do innej, obecnie zajmującej mnie, lektury.

mowa o:

ferrante-1

Dziwne losy Szczupaczyńskiej

krakow-2

Profesorowa zaś ruszyła do sypialni, by na chwilę zasiąść przed toaletką. Jak na wojowniczkę przystało, Zofia Szczupaczyńska nie ruszała do walki, nie przywdziawszy barw bojowych.

Maria Szymiczkowa „Rozdarta zasłona”, str 78 

krakow-3

Galicja nędzna, mglista i błotnista. Kraina cesarza Franciszka Józefa, Kraków anno domini 1896. Z jakąż radością dałam się tam znów zaprowadzić mojej dobrze znanej przewodniczce, niejakiej Pani Marii Szymiczkowej, autorce kolejnego kryminału ze starym grodem królewskim w tle. A jakże pięknie to tło jest odmalowane! Z jaką precyzją, dbałością o detal. Każdy szczegół mogłam obejrzeć powoli i dokładnie jak pod lupą. Aż mnie to ciut nudzić zaczęło. No bo w końcu sięgnęłam po tę książkę nie tylko po to żeby dawny Kraków zwiedzać, ale i z Panią Szczupaczyńską trochę poprzebywać.

krakow-4

Tymczasem wypatrzeć ją tu ciężko. Ot, piórko kapelutka gdzieś mignie, zaleci zapach smażonych przez nią powideł, ale ona sama jakaś taka niewyraźna. Ledwo ja widać na tle tej bujnej panoramy Krakowa.

Bo ku mojemu rozczarowaniu, na mozolnie szkicowanym portrecie społecznym i obyczajowym miasta, pani profesorowa jest jedynie niewielka plamką, małym pieprzykiem dodającym charakteru całości. A miała być bohaterką akcji kryminalnej, Panią Marple na miarę austro-węgierskiego cesarstwa!

baranami

Nawiązanie akcji jest obiecujące, bo oto znaleziony w Wiśle trup młodej dziewczyny zakłutej nożem, okazuje być niedawno zatrudnioną przez Panią Szczupaczyńską służącą. Dama wiec ma dodatkową motywację do poszukiwania sprawcy zbrodni, a jej poczynania powinno się śledzić zapartym tchem. Cóż jednak z tego, kiedy autorom przydarzył się wypadek: zapomnieli, że piszą kryminał. Zanurzyli się do szczętu w kronikach i prasie epoki, zadbali o detale historyczne, powyciągali z lamusa dziwaczne postacie tych czasów i sięgnęli do archiwów po ich pisma i wykłady.

krakow-1

Tymczasem suspens poszedł się paść, a fabuła siadła jak niepilnowany suflet. I w rezultacie powstał lekko nużący, acz wnikliwy opis miasta z końca 19 wieku. Co prawda kryminał został lekko reaktywowany w drugiej połowie książki, ale niestety nie uratowało to całości. O czym zawiadamiam ze smutkiem tym większym, że obawiam się, iż tak słabo poprowadzona akcja może świadczyć o bliskim końcu kariery i profesorowej Szczupaczyńskiej i Pani Szymiczkowej.

mowa o:

szczupaczynska