Rackmoor leżało w rozpadlinie skalnej, zwrócone frontem do morza Północnego, a tyłem do wrzosowisk. Wyglądało tak, jakby skrywało jakąś tajemnicę, a nawet winę.
M.Grimes „ pod przechytrzonym lisem”
To się już chyba powinno nazwać uzależnieniem. Ilekroć spoglądam na kolejną okładkę przygód inspektora Jurego, przypomina mi się pewien angielski kolega, który wyjadając ostatnie krakersy pudełka mamrotał spuszczając oczy „”I know I am a pig but they are so morrish”. Taką właśnie reakcje wywołują we mnie kryminały Grimes z angielską prowincją w tle, nigdy nie mam dość, wyczytuję do ostatniego słówka i chce mi się więcej i więcej. Przez te namiętność dałam się zagnać w najdalsze zakątki hrabstwa Yorkshire, i wpadłam w wątek kryminalny jak w zaspę. Bo śniegu, mgły i lodowatych wichrów w tym tomie nie brakuje. Jest też wspaniała kolekcja angielskiej śmietanki towarzyskiej i dziwaków przeróżnych. Moim faworytem był dwunastoletni Bertie, który wraz z psem gospodarzy sobie, dzieląc sprawiedliwie plasterki bekonu i rozwiązując po kawałku zagadki kryminalne. Jest też mój ulubiony były lord Melrose, kilka starych panien i lekkomyślna matka. Trup też oczywiście jest, pojawia się malowniczo w noc Trzech Króli i jak to zmarli śmiercią nienaturalną zwykle robią, przyczynia się do niezłego zamieszania w niewielkim miasteczku.
Nie musze chyba mówić jak wartko mi się czytało, jak miałka mi się wydała moja własna zaokienna zima w porównaniu z tą demoniczną i stylową w Rackmoor. Przyznam się tylko, ze po przewróceniu ostatniej kartki zaraz pognałam zamówić „The Anodyne necklace”. Trochę droższa od ciastka, ale równie mocno moriszowata.
mowa o:



