szerokie tło

[...] nauka nie nęciła mnie wcale. Przeciwnie, rad bym był ruszyć w szeroki świat, napatrzeć się ludziom i krajom oraz zaznać wszelakich przygód.

Te moje plany i marzenia sprawiały dużo przykrości ojcu. Był to człek mądry i rozważny, i wiedział lepiej niż ja sam, co dla mnie najlepsze.

[...]

Skorzystawszy z wyjątkowo serdecznej chwili, podczas rozmowy z matką, powiedziałem jej, że nie mogę w żaden sposób opędzić się myśli wyruszenia na morze, że zakaz ojca uczynił mnie nieszczęśliwym, a pokusa może nawet sprawić, że wyjadę bez jego zezwolenia. Dodałem, że mając lat osiemnaście za stary już jestem, by wstąpić do praktyki kupieckiej, że zaś uczonym nie zostanę, przeto najlepiej będzie jeśli powolny swej skłonności ruszę w drogę. Prosiłem matkę, by mi wyrobiła u ojca zezwolenie na małą próbną podróż. Jeśli pierwsza wyprawa na morze nie ziści moich nadziei, to zrezygnuję z dalszych, wrócę do domu i zdwojoną pilnością nagrodzę czas stracony.

Ale matka zapatrywała się na sprawę tak samo jak ojciec i z całą powagą odmówiła swego wstawiennictwa. Mimo to powtórzyła potem ojcu me słowa, ja zaś usłyszałem, jak odrzekł wzdychając ciężko:

„Nieszczęsny to chłopiec! Mógłby być tak szczęśliwy, zostając z nami. Gdy ruszy w podróż, zostanie najnędzniejszym pod słońcem stworzeniem… Nie, za nic na to nie zezwolę!”

Minął znowu rok. Ojciec i matka nalegali, bym obrał jakiś określony zawód, ja jednak głuchy byłem na ich serdeczne napomnienia i wreszcie zawrzałem gniewem z powodu tego oporu przeciw mojej woli.
[Robinson Crusoe, tłum. Franciszek Mirandola]

Zaczynam od Daniela Defoe ("ojca nowożytnej powieści"), od początkowych ustepów Robinsona, ale mógłbym gdziekolwiek indziej, a skutek byłby podobny. Popatrzcie na te zdania, prozę gęsto kwalifikowaną: narracja biegnie tu jak krosno zygzakujące między Urządzeniami (cywilizacji) i Powinnościami, te zaś reprezentują Cnoty i Wartości, niekiedy przebrane w Uczucia.

  • serdeczność – rozmowa z matką, napomnienia rodziców;
  • zezwolenie – ziszczenie nadziei, rezygnacja, pilność odkupi, czas stracony, szczęście vs. nędza;
  • zakaz – czyni nieszczęśliwym, współzawodniczy z pokusą, oponuje byciu powolnym skłonnościom;
  • gniew – opór wobec woli

...każde referowane zdarzenie (lub nastawienie) odnoszone jest do Porządku, w zgodzie czy w opozycji – za jedno. Narracyjna konwencja dotyczy Konwencji, wspiera ją i stwarza, a zarazem jest w niej, w Porządku, uwięziona.

Hycnijmy paręset lat, do Jules'a Verne'a:

Na trzy sekundy przed nadejściem listu pana J. B. Hobsona tylem myślał o ściganiu jednorożca [morskiego: domniemanego narwala], co o poszukiwaniu północno-zachodniego przejścia podbiegunowego. W trzy sekundy po odczytaniu listu czcigodnego sekretarza marynarki byłem dostatecznie przekonany, że prawdziwym celem mojego życia było ściganie tego potwora i uwolnienie świata od niego.

A jednak powracałem z przykrej podróży, strudzony i spragniony wypoczynku. Tęskniłem za moim krajem, za moimi przyjaciółmi, za moim mieszkaniem w Ogrodzie Botanicznym, za moimi kasztanami i kochanymi zbiorami. Lecz nic nie mogło mnie zatrzymać. Zapomniałem o wszystkim: o trudach, przyjaciołach, zbiorach — i anim się zawahał przyjąć ofiarę rządu amerykańskiego.
[20000 mil podmorskiej żeglugi, tłum. nieznany]

Nic się nie zmieniło. Bohater, w trybie gęsto kwalifikowanej klasycznej narracji konfesyjnej, przedstawia swoje zmagania z Powinnościami. Nie od rzeczy też pomieściłem w cytacie fragment dotyczący Osadzenia (w rzeczywistości materialno-społeczno-psychologicznej); przewija się ono i w cytacie z Daniela Defoe, choć tylko w wieszczych presupozycjach rodziców Robinsona ("określony zawód", "być szczęśliwym zostawszy z rodziną").

I to jest, proszę państwa, przedmodernistyczna klasyka; nie tylko wzorce narracji "przygodowej", to coś więcej. Wzorzec wychowawczy, podskórny zrąb fallogocentryzmu, kościec tego typu indywidualizmu, który jeszcze nie wie o istnieniu (który ignoruje istnienie) Masy (a także: miasta i maszyny; to oczywiste).

Nawet i dziś, w czasach postmodernistycznych, przyłapiemy dziesiątki narracji, zwłaszcza "bildungowych", wychowawczych, na skrytym odwoływaniu się do tak referowanych Powinności (Cnót, Wartości i Uczuć właściwych).

potwór

Nie muszę cytować Sieńczyka, by mieć pewność, że sięga on po dokładnie ten rodzaj klasyki. Niemniej weźmy pierwszy lepszy kawałek, Rozmyślania o przyjaźni:

Korzystając z okazji, chciałbym pofolgować rosnącej z wiekiem potrzebie mówienia o przyjaźni. W pewnym okresie życia człowiek reflektuje się, że dalsza pomyślność i sukcesy nie mogą już się opierać na nowych doświadczeniach, i potrzebny jest powrót do niewzruszonych zasad, które wyznawał jako dziecko. Istotnym elementem światopoglądu dziecinnego jest przyjaźń. Jedni mówią, że przewyższa nawet miłość, inni, że to sen pełen czarodziejskich widoków i majaków, z którego budzi nas dopiero koniec przyjaźni. Niektórzy mają po kilku, a nawet kilkudziesięciu przyjaciół i to na całym świecie. Z jednej strony godne to pozazdroszczenia, z drugiej przyjaźń zagarnia ogromne połacie wolnego czasu. Znałem ludzi, którzy pozostali w serdecznym towarzystwie, ale z miernym dorobkiem zawodowym oraz dość wąskimi horyzontami, bo czas, który mogliby przeznaczyć na wartościowe lektury i realizację różnych pasji pożarła rodzina i przyjaźń. Radziłem, aby zrezygnowali z jednego lub drugiego, ale odpowiadali ze smutnym uśmiechem, że już za późno, bo obopólny żal byłby zbyt duży.

Ta sama gęsto kwalifikowana narracja, poddana jawnie zabiegom podkreślającym myszowatość. Ale czy narrator, mimo najsrożej respektowanego obowiązku Powagi, serio odnosi się do Cnót i Wartości? Czy też uprawia niecną subwersję, przeprowadzając bohatera przez mielizny przygód mniemanych, dziwacznych przypadków, które swym przemyślnie skonstruowanym zestawem deprecjonują Cnotę – tu: cnotę Przyjaźni? On sobie w żywe oczy kpi z typu "przyjacielskich" wspólnych zatrudnień, on przerysowuje przygodne, a umniejsza istotne; jest istnym Potworem Nihilistycznych Zniszczeń!

Spytacie – co złego w niszczeniu podstaw tego nurtu w cywilizacji, który iluzją skłaniał co szlachetniejszych przedstawicieli gatunku ludzkiego do czynnego udziału w wojnach kolonialnych, ucisku, procederze niewolnictwa i milionowych innych dużych i małych złach, tych Przygodach Człowieka Okrutnego? Źle wskazane Powinności, Wartości ślepe na jedno oko – warto się (spytacie) o nie bić?

Ale przecież Sieńczyk nie dekonstruuje Wartości, które podgryza w swoich tekstach, on je niszczy i ośmiesza, i to na sposób bliźniaczo podobny do tego, na jaki były (bywały) na przestrzeni wieków Nadużywane!

A jeśli po teksty Sieńczyka sięgną dzieci?! I dowiedzą się, że przyjaźń to jedynie męczący, funta kłaków warty rytuał pozorów? Starsi (Przygody w Vellano) nie mają nic, ale to nic do powiedzenia młodszym:

Podkreśliłem z naciskiem, że umiejętność samodzielnego i pozbawionego uprzedzeń myślenia przydaje się w życiu, podobnie jak baczne obserwowanie tego, co nas otacza. Na przykład to, czy ktoś jest prawo, czy leworęczny łatwo zgadnąć po samym tylko uśmiechu, leworęczny zawsze ma bardziej białe zęby z prawej strony, bo tak mu wygodniej szczotkować. Było to już nadto dla dzieci, które nieprzyzwyczajone do dalekosiężnych rad i pouczeń puszczały je mimo uszu.

...i tak dalej; w każdym tekście Sieńczyka odkryjecie Subwersję, Dywersję i Potworność!

A najgorsze jest to, że czyta się to świetnie; nic zresztą dziwnego: czytając, jakbyśmy wracali do dziecięcych lektur Verne'a i stu innych, nostalgicznie wspominanych autorów i autorek.

Które na naszych oczach, często ślepych (por. niżej) potwór-Sieńczyk przekabaca i uśmierca od środka.

glosa

Wynędzniały bot w podartym sofcie, z którego wręcz sypały się bity, sprzedał mi za pół giga odkryty (a może raczej skradziony) przez siebie oryginał tekstu, który na pewno jest już wam znany: Marcelego Szpaka Obłąkalia, o najnowszej książce potwora, Wśród przyjaciół (Czarne 2016).

Bardzo mnie już zmęczył temat Sieńczykowy, powiem więc tylko tyle, że zbieracki trop interpretacyjny u Szpaka całkiem bodaj pomija aspekt potworyczny. Niemniej, czuję się w obowiązku oznajmić, że doceniany ostatnio w pewnych kręgach (z zastrzeżeniami, to jasne) "Tygodnik Powszechny" poszedł w tym przypadku na dość paskudną cenzurę. Nie znajdziecie na łamach pisma następującego fragmentu:

Zbieractwo w dwudziestym pierwszym wieku nie ma najlepszej prasy. Na jedną historię kolekcjonerskiego sukcesu, choćby tę, którą opowiedziano całkiem niedawno w filmie dokumentalnym "Final Member", opisującym pasję i oddanie emerytowanego nauczyciela Sigurðura Hjartarsona, który poświęcił czterdzieści lat życia kolekcjonowaniu penisów należących do wszystkich zwierząt żyjących na ziemi i stworzenie Islandzkiego Muzeum Fallicznego we własnym domu tuż pod Kołem Podbiegunowym, przypadają dziesiątki telewizyjnych paradokumentów, prezentujących z ledwie skrywaną pogardą i obrzydzeniem zagracone starzyzną wnętrza mieszkań tych ludzi, którzy całkowicie stracili kontrolę nad swoim zbieractwem. Osoby takie w najlepszym wypadku doczekują się etykietek "ekscentryków", najczęściej jednak mówi się o nich per "śmieciarze" i próbuje się je leczyć, a ich kolekcje likwiduje się ze wstrętem, wymachując przy tym sztandarami higieny i dbania o zdrowie.

...a właściwie znajdziecie go w formie ostro wykastrowanej.

Rozumiem powód (Kościół katolicki zaprawdę również jest w pewnym sensie "kolekcją penisów"), ale nie pochwalam takich praktyk. Wstyd!

12 razy uznano, że da się to czytać

SCURVY

Oto „Dziarscy Chłopcy” — oto Józek Tempe, syn obecnego tu Sajetana. Teraz nastąpi tak zwana „skrócona scenka reprezentacyjna” — my nie mamy czasu na długie procesy, że tak powiem, naturalne. Brać ich wszystkich, co do jednego! Tu jest gniazdo najohydniejszej, przeciwelitycznej rewolucji świata, chcącej sparaliżować wszelkie poczynania od góry — tu rodzi się ona z pomocą perwersji nienasyconej samicy, renegatki jej własnej klasy, a ostatecznym celem jej — babomatriarchat ku pohańbieniu męskiej, jędrnej siły — społeczeństwo jest kobietą — musi mieć samca, który je gwałci — otchłanne myśli — nieprawda?

[Witkacy, Szewcy, akt I]

*

Do Szewców (jakże dziś aktualnych) zapuściłem się, szukając nie zużytego do cna bluzgu, który by lekko oddał wrażenia polekturowe, po lekturze rozmowy z Andrzejem Lederem. Który – w warstwie, nazwijmy, diagnostycznej – mówi rozmaite interesujące, choć nieodkrywcze, rzeczy, natomiast w planie profetyczno-postulatywnym powiada tak:

Myślę, że mit Solidarności mógłby być ogniskiem kolejnego przetasowania czy zmiany układu sił na scenie politycznej. I wokół tego mitu mógłby rzeczywiście wyrosnąć ten nowy suweren, który by narzucił pewnego rodzaju pokój aktualnym graczom, czy też przekroczyłby tę walkę, która jest toczona. W tym sensie mogę się zgodzić. Ale to na pewno nie będzie wyglądało tak, że PiS się pogodzi z Platformą czy aktualną opozycją. Jedyna możliwość to przekroczenie tej aktualnie toczonej walki, przekroczenie konfliktu, i wyłonienie nowego podmiotu politycznego.

[...]

Tak czy inaczej, zbudowanie takiej alternatywy, łączącej wrażliwość demokratyczną z równościową, musi potrwać. Partie liberalne muszą dostrzec, że bez sojuszu ze środowiskami pracowniczymi nie wygrają wyborów. Środowiska pracownicze, prekariat, muszą się politycznie zorganizować poza Solidarnością, która bezkrytycznie współpracuje z PiS-em. Muszą dojść do tego, że bez sojuszu z co mądrzejszymi przedstawicielami partii liberalnych nic nie zrobią, co jest dla nich trudne do przełknięcia. Musi praktycznie, w sensie konkretnych rozmów i umów, dojść do takiego sojuszu.

I to jest (na moje) poziom całkowitego wądrołajskiego skierdaszenia.

Nie bardzo mam czas, aby takie podsumowanie szerzej uzasadnić. Żółta lampka alarmowa przy "micie Solidarności", co – on jeden – ma się okazać zbawczy. Jak wygląda w praktyce sięganie po ów mit, pałubę jednolitofrontowości (ale z zastrzeżeniami, jak i w pierwowzorze), pokazuje nam KOD, chociaż w wersji mocno karykaturalnej.

Czerwona lampka alarmowa oślepia przy zdaniu "środowiska pracownicze [...] bez sojuszu z co mądrzejszymi przedstawicielami partii liberalnych nic nie zrobią".

Czysty Witkacy. "Co mądrzejsi".

A konstruktywny morał brzmiałby tak: czytajcie Szewców, nie dość że aktualne, to jeszcze do rozpuku śmieszne (choć straszne, gdy dziś się czyta).


PRZYPISY

Link do Szewców prowadzi do pełnego tekstu sztuki.

14 razy uznano, że da się to czytać

Siadam do klawiatury niechętnie, bo nie wiem, jak zaadresować zażalenie. Wrażenia z lektury, synteza: przed – liczyłem na więcej, po – więcej skrywa się w mniej, liczyłbym na mniej.

Ale napisane, wydane. Ostatnia książka Wita Szostaka, Zagroda zębów, właściwie książeczka, krótki tekst, okrutny w swoim nadmiarze.

Mit Odysa rozebrany na włókna i złożony na nowo w cookbook (autor mówi: „zejście do ciemnych podziemi opowieści, gdzie znajdują się wielkie wylęgarnie historii, te fabryki fabulistyczne, mgliste fajczarnie fabuł i bajek, jak pisał wielki mitopoeta Schulz”). Odys na łzawo, Odys na heroicznie, Odys w sosie humanizmu a la post-Srebrenica, Odys tak, Odys kwak. W dziewięciu nierównych objętościowo częściach pomieszczono 63 ustępy; dokładnie centralny brzmi tak:

5j

Troja za plecami, popioły i zgliszcza. Morze potrafi się gniewać bez pomocy bogów. Bogowie zbiegli, burze pozostały. Drzazgi z okrętów, śmierć towarzyszy.
Odys zniesiony przez prąd do zatoki. Wyłowiony silną ręką prostego rybaka, ocalony. Pielęgnowany w chatynce, obmywany przez kobiety z wioski. Po wielu dniach wywalczony od śmierci na pograniczu światów. Leczony i przywrócony życiu. Nauczony łowić, zabierany na połów. Cieszony prostymi przyjemnościami biedaków. Zakochany przez córkę rybaka i wzięty za męża. Uczyniony ojcem i dziadkiem, postarzony i schorowany, zapomniany przez pieśni.

Tylko umrzeć sam musi, choć biernie i we śnie, niegdyś boski Odys.

Podejrzewam Szostaka o najgorsze, tj. o przemyślność, i siłą rzeczy ów 5j staje się dla mnie osią Zagrody.

fraza

Fraza (widać po cytowanym przykładzie) zwięzła, pobrzmiewa wariantami heksametru, te różne daktyle spondeje trocheje, ani się na tym znam, ani chcę poznać; poprzestaję na odbiorczym wrażeniu zrównania. Rytm podlega niuansowaniu, polega na słowach, ale całość zrównana do jednostajnego rytmomarszu przez zdania, na tym polega mowa klasycznie wiązana. Króki bieg hoplity, cezury dla oddechu, 63 maratony w pigułkach, śmierć w ostatnim zdaniu. Nie dosłownie; Szostak dba jednak o to, by każdy ustęp, nim wyzionie ducha, przekazał ważką nowinę.

mikrospięcia i rozległe obrazy

Do tego dodajmy dwie zabawy, konsekwentnie uprawiane na tym małym powierzchnią, ale wielkim w zamyśle polu.

Pierwsza to słowne spięcia, żarty, prowokacje, małe przyjemności autora. Aliteracje, nieoczekiwane role wyrazów, jątrzące zestawienia. Te zabawy nie wydostają się z obrębu zdania.

Kiedy czas zwalnia uściski Kalipso [3a]

Wzrok mu posępnieje, odgania sępy winem. [3b]

Coraz bardziej nieboski, zbiegły jak bogowie, nocami rozkłamywał się przed samym sobą. [5a]

Śmierć śmierdzi, towarzysze bez zwłoki wydadzą go morzu. [5k]

Rankiem ciche pytanie, bez cienia podejrzeń. Nie można podejrzeć sprytnego Odysa. [7b]

Penelopa nie słucha, potrafi nie słuchać. Odmilcza do niego wszystkie stare słowa. [8b]

...i im podobne.

Druga zabawa to rodzaj malarsko użytej semiozy. Są w Zagrodzie zestawy znaków, powiedzmy: arche-znaków, które nieustannie powracają, nadając tekstowi kolor. Są w porównaniu, metaforze, metonimii.

A więc poniekąd "tytułowe": "zagroda zębów" (usta) i "skrzydlate słowa". Prometejska "wątroba":

8f
Umiera Odys, wokół krążą poeci. Ślepcy czują, śmierć śmierdzi, dobrze czują. Strasznie pięknie umiera, odpędza stada aojdów. Nadkłamują go po kawałku, zanim ostygnie, wątroba nie odrasta, śmierdzi.

I najważniejsza w tej prozie triada. Nic w tym dziwnego, Odyseja rozgrywa się w uniwersum ciekłym. Wino – morze – krew. Podszyte (każde z nich) domyślnym czwartym elementem, też najwyraźniej ciekłym: śmiercią. Pierwszej trójki Zagroda pełna, w najrozmaitszych wariantach, czwarty element z rzadka bo z rzadka, ale też się niekiedy ujawni:

Wino ciemne jak morze przyniosło mu śmierć. [4e]

warianty

Z dziewięciu części Prolog i Epilog mają znaczenie specjalne, kto ciekaw, niech czyta. Pozostałych siedem oddanych jest siedmiu tematom – nazwijmy – bezpośrednio Odysowym, każda z nich składa się z wariantów. Tak tu się realizują mroczne zabawy z fajczarni fabuł i bajek.

Znamy tę metodę z Fugi (a w zalążku z wcześniejszych ksiażek). Tam jednak powtarzane frazy, z których po pewnym czasie wynikały nowe (warianty i powtórzenia), mówione w pierwszej osobie, potrafiły brzmieć do kości przejmująco (już pisałem, zwłaszcza w Fudze IV). Dawały się czytać jak mozolna podszyta rozpaczą walka o znaczenie słów, o odtworzenie pamięci, o przyszpilenie znaczeń do pozasłownych (czy przedsłownych) emocji; tam język był polem bitwy. W Zagrodzie język w swojej wariantotwórczej funkcji jest tworzywem... katalogu.

summa

Napisałem tu wyżej:

Króki bieg hoplity, cezury dla oddechu, 63 maratony w pigułkach, śmierć w ostatnim zdaniu. Nie dosłownie; Szostak dba jednak o to, by każdy ustęp, nim wyzionie ducha, przekazał ważką nowinę.

Oddawszy kunsztowi, co kunsztowne, pozostaję sceptyczny: ta książka jest za mała na 58 ważkich nowin (odjąłem ustępy Epilogu, bo ich waga z nieco innego wymiaru jest). Albo inaczej. Owszem, są powody do doceniania owego cookbookowego performatywu Szostaka, ale wśród kilkudziesięciu ważkich nowin żadna nie jest ważka: tak zabójczo działa nadmiar. (Po prawdzie, każda ksiażka byłaby za mała, chyba że uniemożliwiłaby liczenie.)

Co bowiem zostaje, gdy odejmie się Zagrodzie "frazę", "mikrospięcia i rozległe obrazy", gdy staniemy w bezpośredniej konfrontacji z obranymi do włókna wariantami? Zostaje mit rozmawiający z mitem o micie, deklarujący fabuły, stroniący od życia w słowa.

Wiem, że to niezbyt jasne, porównajmy zatem z Fugą. Tam mieliśmy warianty życia, oplatające czytelnika siecią skojarzeń we wspólnocie dzielonego obszaru, jezyka, historii, urojeń, ale i bólu. Tam walczył z językiem człowiek, o sens, pamięć, wysłowienie emocji.

Tu zaś, cóż, minął mnie ten pan Nikt w płynącym przez wino–morze–krew (i śmierć) czółnie, minął i zostawił raczej obojętnym.

9 razy uznano, że da się to czytać

Do ożywionej duchem Ćwiczeń stylistycznych Raymonda Queneau zabawy:

Zabawa polega na przepisaniu tekstu wyjściowego w innym rejestrze leksykalno-stylistycznym, czyli na dokonaniu „przekładu transleksykalnego”.

...zaprasza Tadeusz Pióro. Tutaj: zasady zabawy i cały tekst wyjściowy, poniżej fragment tego tekstu (akt I). Niniejsze ogłoszenie ląduje w kategorii „wierszyki”, no bo gdzie.

Hamlet nasz współczesny

Akt I

Scena I
Mury Elsynoru. Wchodzi HAMLET, za nim DUCH.

DUCH
Ty, kurwa!
HAMLET
Czego?
DUCH
Zajebali mie!
HAMLET
O ja pierdolę!

Scena II
Sala tronowa. Wchodzą KLAUDIUSZ, GERTRUDA, HAMLET i DWÓR.

KLAUDIUSZ
Ty, Hamlet, weź ty się kurwa opanuj!
HAMLET
A idź w pizdu!
[Wychodzą KLAUDIUSZ, GERTRUDA i DWÓR.]
HAMLET (sam.)
Mogli, kurwa, troszkę odczekać.
[Wchodzi HORATIO.]
HORATIO
Ty, kurwa, siema!
HAMLET
Noooo, kurwa, kopę lat!

Scena III
Sypialnia Ofelii. Wchodzą OFELIA i LAERTES.

LAERTES
Spierdalam stąd. Uważaj, żeby cię Hamlet nie puknął jak mnie nie będzie.
OFELIA
A takiego chuja jak mu dam!
[Wychodzą.]

Scena IV
Mury zamku. Wchodzą HORATIO, HAMLET i DUCH.

DUCH
Ty, kurwa, weź się do roboty!
HAMLET
To kto cię zajebał?
DUCH
Ten skurwiel Klaudiusz. Wlał mi kurwa truciznę do ucha.
HAMLET
O ja pierdolę!
[Wychodzą.]

[...]

13 razy uznano, że da się to czytać

Zbiór Przejęzyczenie jest prawdziwą kopalnią mott. To nie znaczy, że inne książki nie są; myślę wręcz, że każda może być taką kopalnią, jeśli tylko drążący znajdzie się w odpowiednim nastroju. Zatem przeformułuję: zbiór, o którym mowa, wybitnie wprowadza w nastrój mottowy.

Weźmy choćby zwierzenie Jana Gondowicza, opowiadającego o upadku (nieodżałowanego) Wydawnictwa Małego, które prowadzili (z żoną Joanną):

W pewnym momencie odechciało nam się z tym męczyć, podobnie jak odechciało mi się pisać recenzje książkowe, które nie mają żadnego przełożenia na czytelnictwo. Nikt tego nie czyta, a jak czyta, to nie wierzy, a jak nawet wierzy, to nie kupi, bo nie ma za co.

Przesadza, prawda? Ale na motto jak znalazł.

A teraz już do rzeczy.

rzecz

otóż jest taka. Drugie, co zrobiłem, położywszy łapę na Przejęzyczeniu: pobiegłem do rozmowy z Michałem Kłobukowskim, do którego mam pretensję (o zniechęcenie do czytania Saundersa). Mówi on tam rzeczy rozmaite, jedne śmieszą, inne straszą; tłumacze to znani malkontenci, ich serca przepełnia równie często gorycz co duma, a poczucie ważności tego, co robią, miesza się ze smutkiem osób niewidzialnych. Na pewno znasz, czytelniczko, jakiegoś tłumacza, wiesz zatem, że to ludzie trudni, i to w równej mierze ci wybitni, jak i ci, których obecność w fachu przynosi mu wstyd (choć obie kategorie – z diametralnie odmiennych powodów).

Mówi Kłobukowski:

Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka swojego indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie następuje przeważnie mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem wkracza redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. To wszystko psuje przekład.

I ma tu rację, z tym że to racja o charakterze statystycznym, do frazy wytłuszczonej zaś jeszcze (krytycznie) wrócimy.

Parę akapitów dalej Kłobukowski wskazuje jednak na istnienie "redaktorów wybitnych", na przykładzie Henryka Daski:

Współpracowaliśmy przy moich przekładach Bladego ognia i Śmiechu w ciemności, które redagował. Rzadko coś w tekście zmieniał, ale wszystkie jego interwencje były uzasadnione i bardzo cenne. Dasko zupełnie nadzwyczajnie czuł prozę Nabokova. Szkoda, że to nie on redagował moją Lolitę. Czułem, że naprawdę wie, o co chodzi. Wiedziałem, że zna te książki równie dobrze jak ja, albo i lepiej, co jest niestety bardzo rzadkie w kontaktach z redaktorami.

Postulat z ostatniego zdania powyżej brzmi absurdalnie; redaktor może znać ksiażkę lepiej niż tłumacz tylko wtedy, gdy zna (skądinąd) oryginał i poświęcił mu ponadto sporo uwagi. Przeważnie jednak pierwszy kontakt redaktora z tytułem odbywa się za pośrednictwem właśnie redagowanego przekładu. Kiedy redaktor sięga po oryginał? Kiedy niewiele wie o tłumaczu, albo gdy – mimo marki – coś mu w jego robocie zgrzyta. (Pani redaktor od Kłobukowskiego przekładu Saundersa nie należy do gatunku redaktorów wybitnych, ba, nawet poprawnych; gdzie była, gdy tłumacz kiksił?)

Jekyll

Wróćmy jednak do średniej. Tak, pożądaną cechą redaktora (a tym bardziej korektora) jest konformizm. Są (mają być) ci skarabeusze języka przede wszystkim posłuszni: cielcowi Poprawności. Skarabeusz jest stworzeniem nader pożytecznym, w niedocenianym mocno stopniu, gdy autor (tłumacz) nie umie względnie błądzi. Ale gdy autor umie, ale inaczej niżby chcieli marabutowie, rządcy cielca, o, wtedy władza dana redaktorom i korektorom będzie bezwględnie użyta – w złej sprawie. Jak to nazywa Kłobukowski – wyprasują!

Jekyll, miły facet, doskonale mieszczący się w normach i konwencjach.

cielec

Na marginesie słowo o Poprawności. Im jestem starszy, tym bardziej ją lekceważę (z odcieniem pogardy). Głównym tego powodem jest częstość zmian produkowanych (zazwyczaj z b. kiepskim uzasadnieniem, często na zasadzie widzimisia – polecam tu z naciskiem uważną lekturę tekstów na kulturystyce języka; oby pojawiły się nowe). Częstość ta skutkuje nieustannym poszerzaniem pola zarobkowego cechu (redaktorów i korektorów), o to przecież głównie chodzi, a jej efektem ubocznym jest to, że większość książek na waszych półkach jest pełna [nowych] błędów. (Nie wiedzieliście? Naprawdę?)

Nieodżałowany (piję tu do jego odejścia z "Poradni językowej PWN") Mirosław Bańko pisał w 2010:

Ucieszyłbym się, gdyby zasady pisowni zostały zmienione tak, aby i pierwszy zapis [w sumie nieważne, o czym konkretnie tu mowa] był legalny. Dotychczasowe zmiany w polskiej pisowni nie napawają jednak optymizmem, gdyż zamiast wprowadzać więcej swobody, sprowadzały się do zastępowania jednych zapisów innymi.

Więcej swobody! Wariantywność! Tego bym chciał dla norm, ale nie, normy to władza (i kasta ją sprawujących), a władza to kasa: nie oddadzą.

Hyde

Tak, językowo jestem po stronie Hyde'a: wypić dekokt i dać się ponieść mrocznemu instynktowi wolności. Czy to znaczy, że wszystko ma być wolno? Nie! To (ma) znaczy(ć) tyle, że duch języka, śmiałość, indywidualność, odrębność nie powinny być z góry skazywane na porażkę w starciu z aptekarsko odmierzanymi, biurokratycznymi, prasującymi aktami "poprawczymi" Jekyllów.

Wróćmy jeszcze do zdania Kłobukowskiego:

nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują

Stara klisza i fałszywa. To znaczy – tak, nie bez powodu. Ale to nie ten powód, który tu został domyślnie powieszony. Wybitny tumacz więcej znaczy dla kultury swojego kręgu językowego niż 100 marnych literatów. Nazwiska wybitnych redaktorów szeptane były z nabożną czcią (plus odcień lęku) po korytarzach wydawnictw – dziś już pewnie nie, bo (jak wiadomo) wszystko schodzi na psy^.

A jednak. Nie przypadkiem sięgnąłem po archetypiczną dwupostać Jekyll–Hyde. Co bowiem się dzieje, gdy autor (prozy czy poezji) spróbuje przekładu? A gdy tenże, dwuzatrudnieniowy, zajmie się jeszcze dodatkowo (np. "dla chleba, panie, dla chleba") redaktorzeniem? Czy jego wewnętrzne "ja" pozostaje spójne?

Fach tłumacza jest pograniczny: odbywa się na cienkiej brzytwie między twórczością a odtwórczością [zob. jednak też rozmowę z Anną Wasilewską w linkowanym zbiorze!], część pierwszą powyższego zestawu zatem pominę.

Czy – przeformułowując – naturalny, twórczy, nieokiełznany Hyde jekyllowacieje, gdy zmienia tryb pracy z tekstami na redagowanie?

Czy włącza się w nim dusza niewolnika, posłusznego cielcowi Poprawności, nieważne, co sam hm, prywatnie sądzi o jakości tych norm?

dusza skrusza

Proszę państwwa, z przykrością donoszę, że (z tego, co mi wiadomo, choć wiadomo mi nie reprezentatywnie) tak.

Mam na to dowody. Jak wiadomo stałym czytelnikom tego bloga, nienawidzę głupiej i psującej język niedawnej (no, w zestawieniu ze stuleciami) zasady łącznej pisowni "nie" z imiesłowami. Ile razy o niej wspominam, tyle razy jednak dodaję: Rada Języka Polskiego w swojej (niesławnej) dyrektywie mimo wszystko zezwala na świadomą pisownię wg starych reguł (czyli łączną lub rozłączną zależnie od intencji znaczeniowej).

Redaktorzy z tego korzystają? Nigdy.

I dochodzi do sytacji, w której (powiedzmy) poeta, tłumacz, redaktor [postać wzorowana na autentycznej] zezwala korekcie na mechaniczne łączenie owego "nie" z imiesłowami w tekstach jednego z najwybitniejszych (tak mówią) użytkowników polszczyzny, wznawianych pośmiertnie po parudziesięciu latach od pierwodruku.

Autor pisał dobrze po polsku, na półkę dostaniecie uprasowanego. Tfu.

14 razy uznano, że da się to czytać

Lektura Króla Szczepana Twardocha jest doświadczeniem męczącym. To sałatka z obcych smaków, zmieszana na przedwojenne realia

(Ale nie bierzmy tego zbyt dosłownie: "realia" jak w proto-hollywoodzkim scenariuszu, "A w jakich realiach?", pyta producent. "Warszawa 1937, Żydzi, Polacy, gangsterzy, polityka". "Aha, obleci; seks–krew jest?" "Pod dostatkiem." "Kręcimy.")

i podlana dwoma sosami: słodkim i gorzkwaśnym. Ze środka tej sałatki sterczy penis.

składniki

Nalewki, Kercelak, śmierdzące, azjatyckie [określenie Twardocha] zaułki, w których kłębi się biedota żydowska, bezwzględnie strzyżona przez zbirów Kuma Kaplicy cotygodniowym haraczem za "ochronę". Z drugiej strony Polacy, w innym, eleganckim świecie, który ma środek gdzieś w Alejach Ujazdowskich; ci mają władzę, policję i państwo; ponadprzeciętny procent szui wszelakiej a zboczonej (jak to u władzy). Obozy polityczne: narodowcy różnych maści, protofaszysci i faszyści – nie ma sensu ich wyliczać z nazwy (Twardoch odrobił tu krótką lekcję) czy różnicować; nie ma to najmniejszego znaczenia w powieściowym świecie.

Podobnie jak nie ma najmniejszego znaczenia polityczne zróżnicowanie Żydów; na swoistą odrębność wybija się jedynie Poalej Syjon, jako rzecznik wyprowadzenia żydostwa z Polski, co jest wątkiem o niebagatelnym znaczeniu dla mieszania sałatki.

Tzw. rzeczywistość społeczna owej Warszawy 1937 (czy, szerzej, Polski tego okresu) jest zamarkowana dwiema konstrukcjami: powojenną traumą (po pierwszej wielkiej wojnie i wojnie z bolszewikami; "O, jakby Rambo", ożywił się producent) i socdarwinistyczną pochwałą "dzieci ulicy", tych, rzecz jasna, które przeżyły i po trupach innych doszły do władzy, pozycji, pieniędzy.

Na przecięciu owych konstrukcji wyłania się główny bohater, bokser Jakub Szapiro, zbrojna pięść Kuma Kaplicy, ów "król" żydowskiej Warszawy. Piękny, silny morderca, na którego lecą kobiety, bo kobiety nie potrafią się oprzeć tak uroczym silnym facetom, od których bije aura skłonności do przemocy [za autorem].

pierwowzór

Ma on pierwowzór, powiedzmy: luźny, choć noszący to samo nazwisko; Jacob Shapiro, brooklyński mafioso zwany "Gurrah", kumpel m.in. Nathana "Kid Droppera" Kaplana [brzmi znajomo? coś jak "Kaplica"?], znany głównie z roli w mafijnych wojnach o opanowanie związków zawodowych. Zainteresowani tą inspiracją mogą samodzielnie doczytać kontekst i okoliczności, jeśli mają czas, a my powiemy tylko tyle, że być może to ona jest odpowiedzialna za obraz polityki w Warszawie 1937: polityka jako wojna gangów. Serio, obraz kreślony przez Twardocha nie wystaje poza takie ramy. Dosyć przy tym [producent lekko zmartwiony] amatorskimi wojnami gangów.

Ale nadrabia się obfitością boksu, seksu, zabójstw, tortur i (znanej już choćby z Dracha) mimesis na faktach dot. broni, samochodów i technik uśmiercania ludzi.

sos słodki

Sos słodki polega na wzięciu tytułowego mordercy w podwójną klamrę wyparcia. W klamrze mniejszej niezbędny staje się świadek, który oświetli postać Szapiry złotą, królewską poświatą. W tej roli – siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajn, syn Nauma, kórego poborca haraczu Jakub beznamiętnie zabił i poćwiartował (wraz z akolitami) "jak koguta na kaparot". Mimo to chłopak poddaje się hm, opiekuństwu mordercy ojca; to jego oczami będziemy (hm) podziwiać tę silną postać gdzieś do dwóch trzecich powieści.

Nieprawdopodobieństwo (jednostkowe) i prawdopodobieństwo (mniemane, socdarwinistyczne) tej relacji Twardoch sygnalizuje natrętnymi znakami zapytania od samego początku Króla, dopisuje też Mojżeszowi rodzaj drugiego życia (jako weterana, generała wręcz, wojskowego izraelskiego, który przez Haganę i wojnę sześciodniową dobrnął aż do pierwszej intifady 87 roku (widzicie? – pyta retorycznie Twardoch – ładnie brzmiały hasła Poalej Syjonu, ale walkom gangów czy etni [na jedno jakby wychodzi] końca nie ma i nie będzie).

Przez grzeczność nie zdradzę rozwiązania wątku "wyparcia mniejszego" przy użyciu owego świadka. To przynajmniej jest dopracowane w szczegółach (narracyjnych). Drugie wyparcie, większe, dotyczy losów żony i dzieci Szapiry, a też i jego własnych. Na co może liczyć Żyd w Polsce 1942 roku? Prawie zgadliście. Tu jednak niechęć wzbudza pospieszność tego Twardochowego rozliczenia z własnym bohaterem; ot, drobna koncesja na mocy jedynej empatii, jaką sam autor u siebie dokumentuje (dla lubiących zagadki trop: treść akapitu o incipicie "Fabuła jest prosta" w tej notce).

Czemu nazywam ten sos słodkim? Bo to w nim są wszystkie atraktory prozy Twardocha. Męskość silna-sprawna, wódką i koką podlana/podsypana, nikogo-nie-bojąca-się, nadziewająca. Lektura dla chłopców.

sos gorzkwaśny

Kwaśny, bo kolejną powtórke z (hm) historiozofii Twardocha trudno przełknąć. On po prostu musi (no, musi) dołożyć jakiś byt histrio-metafizyczny, który (ponownie) podkreśli na użytek wszelkiego żyjącego stworzenia, jakim jest ono gównem. Tu: kaszalot Litani o płonących oczach, unoszacy się nad niebem Warszawy; monstrum, które "wszystkich nas wessie i wysra" (cytuję z pamięci, nie chce mi się przekładać raz jeszcze tych kartek). Historia. I niech nikt nie liczy, że ocaleje jonaszem wewnątrz tego wieloryba – to jest ten smak gorzki.

Nadziałem się niedawno w sieci na recenzenta-amatora (choć wróżę mu przyszłość profi – umiejętnie adresuje entuzjazm), który prawie doznał orgazmu, gdy dotarł do niego mechanizm owego "wyparcia mniejszego", mechanizm konstrukcyjny i narracyjny. Zachwycony, odpuścił Twardochowi wszelkie przeszłe grzechy. Nawet i on jednak uznał, że kaszalot jest zbędny, że niczego nie wnosi, że to maniera. Myli się.

Kaszalot (drach itd.) jest konieczny, bo dostarcza kosmicznego alibi na wszelkie zaburzenia dystansu między opisujacym a opisywanym. "To nie ja, to Byt taki jest; trudno" – usprawiedliwia się Twardoch, żeby nie stracić uwagi czytelniczki (którą, słyszy się takie głosy, przyciąga jego arcymęski wizerunek). Gdzie indziej pisał:

Wrażliwość mam, jak sadzę, niemałą, potrzebna mi zawodowo jak koszykarzowi wzrost, ale jest to wrażliwość termometru; czyż termometr utożsamia się z tymi, co cierpią od mrozu czy skwaru?

I dalej wykłada swoją historiozofię, wprost:

[...] uważam, że nic się nie zmienia. Chętnie ulegamy pozorom, bo nikt nas tak nie oszuka, jak się sami oszukamy, [...] a to jest przyjemne samokłamstwo myśleć, że coś się zmienia. Że dziś jest inaczej, niż było pięćset, tysiąc albo dwa i pół tysiąca lat temu.

Ja zaś sądzę, że zawsze jest tak samo. Sądzę, że zewnętrzne różnice są przygodne, istota zaś tego, co międzyludzkie, nie zmienia się nigdy. Że być władanym i władać znaczy zawsze tyle samo. Że tym samym jest przemoc, namiętność, gniew i chciwość, że ludzie są tacy sami i wszystko inne.

I wyjaśnia jeszcze:

Nie zamierzam więc walczyć z tą potęgą samej istoty władzy, płynącej zawsze z ludu w górę, wbrew temu, co twierdzą konserwatyści, zawsze to władani pozwalają władającym władać sobą, nie każdy z osobna, tylko jako bezosobowa masa pozwalają. Nie zamierzam więc walczyć z tą potęgą, ale nie zamierzam też utożsamiać się z jej sprawami, jakiekolwiek by były, nie zamierzam utożsamiać się z narodem, z klasą społeczną, z wykluczonymi lub wykluczającymi, z kapitałem lub z tymi, co z nim walczą. Ta straszna siła włada mną, moim ciałem tak samo, jak każdym innym — nie zamierzam jednak oddać jej we władanie swojego wnętrza.

Ta straszna siła "tłumu [...] ogromnej bezgłowej potęgi anomicznych milionów ludzi". Jakoż pojawi się (na moment) i w Królu tłum "ważący 600 kaszalotów", pochód robotniczy – chwile później ostrzelany i rozpędzony przez policję.

Pisarz pozostanie wolny (w swoim wnętrzu) i zajęty "swoimi sprawami". Idzie mu nieźle; mnie jednak wnętrze Twardocha zupełnie nie interesuje, jego książkami zaś zajmuję się o tyle, o ile są przedmiotem hm, dyskusji? (hajpu?)

O notkę ws. Króla zostałem wezwany przez znajomego; oto ona.

penis

Penis w Królu (w różnych wydaniach, z centralnym penisem tytułowego bohatera) jest przedmiotem niepośledniego, zapewne znaczącego zainteresowania. Na pożegnanie zatem rzucę wzmiankę penisologiczną.

Jakub Szapiro miewa chwile słabości, zdejmuje maskę siły, lojalności i odpowiedzialości, bierze w burdelu prowadzonym przez Ryfkę Kij parę dziewcząt do pokoju, tarmosi się tam z nimi godzinami, będąc wszakże w stanie niespełnialnego suchostoja. ["One dochodziły po parę razy, a on – nic"; potem szlochał.]

Pierwszą bodaj wzmiankę o suchostoju zawdzięczamy Witkacemu, z jego wspomnień białogwardiejca; oto stanowi prapojki [monstrualnego przepicia] towarzyszył często suchostoj, nieustępliwa erekcja, jak (tłumaczę na dzisiejsze) po poważnym nadużyciu viagry (or compatible). (Źródła niech zdradzą witkacolodzy.)

Kusi mnie, żeby pociągnąć metaforą: Twardocha twórczość [noblesse oblige], to właśnie taki suchostoj; pręży się, pręży – pod emblematem którejś z Bestii – ale żeby coś z tego było...

apendyks historyczno-literacki

Jacob Shapiro (nowojorski) urodził się o rok wcześniej od Jakuba warszawskiego, w 1899 w Odessie. Nie obejdzie się więc bez odesłania do Opowiadań odeskich Babla; pierwsze z nich nosi tytuł Król. Ale sprawię sobie (językowo-literacką) rekompensatę za trudy tej blogonoty cytatem z drugiego opowiadania cyklu, Tak to robiono w Odessie:

– Reb Arie-Lejb – powiedziałem do starego – pomówmy o Beni Krzyku. Pomówmy o błyskawicznym jego rozbiegu i straszliwym końcu. Trzy cienie tarasują drogi mojej wyobraźni. Oto Froim Gracz. Czy stal jego uczynków nie wytrzymuje porównania z siłą Króla? Oto Kolka Pakowski. Zaciekłość tego człowieka zawierała w sobie wszystko, co potrzebne jest, aby mieć władzę. A czy Chaim Drąg nie potrafił dostrzec blasku nowej gwiazdy? Czemu tylko Benia Krzyk wspiął się na sam szczyt sznurowanej drabiny, a wszyscy inni zawiśli na dole, na chwiejnych szczeblach?

Reb Arie-Lejb milczał, siedząc na cmentarnym murze. Rozpościerał się przed nami zielony spokój grobów. Człowiek szukający odpowiedzi powinien uzbroić się w cierpliwość. Człowiekowi pełnemu wiedzy przystoi powaga. Dlatego Arie-Lejb milczał siedząc na murze cmentarnym. Wreszcie odezwał się:

– Dlaczego on? Dlaczego nie tamci, chce pan wiedzieć? Otóż trzeba na chwilę zapomnieć, że na nosie ma się okulary, a w duszy jesień. Niech pan przestanie się awanturować przy swoim biurku, a jąkać się wśród ludzi. Niech pan sobie wyobrazi na chwilę, że się pan awanturuje na placach, a jąka się na papierze. Pan jest tygrysem, pan jest lwem, pan jest kotem.

 



PRZYPISY
"Historiozoficzne" cytaty z Twardocha pochodzą z Wielorybów i ciem, s. 144–145 (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015).
Opowiadania odeskie (w przekładzie Jerzego Pomianowskiego) – s. 220–221 (Czytelnik, Warszawa 1974)

19 razy uznano, że da się to czytać

« older entries