![]() |
Bertrand Russell
|
|
"Kolacja" Herman Koch Przedziwna książka, o której właściwie trudno cokolwiek napisać, ponieważ clou polega na stopniowym odkrywaniu wydarzeń. Jesteśmy współcześnie w Holandii. Pierwszoosobowy narrator ma po pięćdziesiątce, żonę, piętnastoletniego syna, i właśnie się wybiera do eleganckiej restauracji na kolację ze swoim znajomym, który jest w Holandii osobą znaną. Przed wyjściem wchodzi do pokoju syna, zagląda do jego komórki i znajduje tam film. Kolacja stanie się osnową akcji, ale dowiemy się też, co wydarzyło się przedtem i dlaczego właściwie do niej doszło. Nie ujawniając za wiele, nie są to rzeczy przyjemne. Koch spróbował opowiedzieć o powodach złych rzeczy czynionych przez ludzi innym ludziom. Z jednej strony zrobił to w ciekawy literacko sposób, z drugiej okropnie nie podobał mi się zupełnie niepotrzebny pomysł zaburzeń neurologicznych. W dodatku wykrywanych w życiu płodowym, halo? Przez ten drobiazg kompletnie stracił w moich oczach wiarygodność i na koniec mógł już napisać cokolwiek, nic by już mnie nie wzruszyło. Choć jest tu klimat i jest ciekawy, nieźle zrealizowany pomysł.
8 lutego 2017, 09:16
Komentuj (0)
I jeszcze o sadze Mam trochę pretensji o niedomknięcie kwestii Ciri i jej przepowiedzianego potomka, tyle było szumu, tak wszyscy się tego domagali, i nagle nic. Podejrzewam, że szanowny autor miał jakąś mglistą wizję ciągu dalszego, w którym wiedźminka i Galahad pałętają się po światach w poszukiwaniu Graala, a potem mają dziecko. Chyba lepiej, że tego nie napisał, żadną miarą nie miałoby połowy wdzięku oryginału, jak kocham Ciri. W logikę sagi wpisałoby się rozwiązanie przewrotne: szarowłosa powinna się wypiąć na przepowiednie i żadnego dziecka nie mieć, to całkiem w jej charakterze. W odpowiednim czasie przyszło wielkie zimno i wykończyło wszystkich, taki los. Sapkowski to zresztą sygnalizuje na początku "Pani jeziora", gdy Ciri mówi Galahadowi, że trochę zamieszała w przeznaczeniu. Widziałabym to jasno napisane, saga i tak jest przepełniona melancholijną konstatacją, że koniec zawsze jest taki sam, nieco później czy nieco wcześniej spotka nas jedno nieuchronne, nie ma sensu się bronić. Istotne jest tylko to, co po drodze, i tylko przez chwilę.
6 lutego 2017, 09:36
Komentuj (0)
Pani jeziora Początek "Pani jeziora" jest okropnie irytujący. Wyparłam to i pewnie wyprę to znowu. Sapkowski jest oczywiście konsekwentny. Skacze w czasie pokazując, że historia, którą opowiada, jest tylko legendą. Kolejny raz robi to mistrzowsko. I drażni czytelnika udowadniając, że żaden happy end nie jest obowiązkowy. Z literackiego punktu widzenia to dużo lepiej, ale emocje nie chcą słuchać, a rozbudził je jak nikt. Przyznaję, kupił mnie chyba bardziej niż przy poprzednich lekturach, nie wiem czy to starcze zdziecinnienie, czy przeciwnie: przeczytawszy z biegiem lat masę wszystkiego przekonałam się dobitnie, że tak dobrych książek jest jednak bardzo niewiele. W zasadzie nie zależy mi na poznaniu przyczyny, byłam szczęśliwa przez wszystkie tomy, a jakby Sapkowski napisał, że księżyc jest zrobiony z twarogu, to wyszłabym na dwór i otworzyła buzię. Saga odstawała od początkowych opowiadań rozmachem, skromne perypetie wiedźmina pogromcy potworów zastępując pożogą wojny ogarniającą cały świat. "Pani jeziora" odstaje od reszty sagi w ten sam sposób, nagle okazuje się, że nilfgaardzki najeźdźca i wszystkie intrygi to drobiazg w porównaniu z tym, co tkwi za kulisami: z wielością czasoprzestrzeni i ras rozumnych. Do tej pory okropnie krzywiłam się na ten pomysł, teraz myślę, że był naturalną konsekwencją odważnej decyzji o niesprowadzaniu akcji do prostego questu. Oczywiście nadal mam wrażenie, że Sapkowski wymyślał to w biegu, i pewnie tak było, ale rezultat jest jednak godny podziwu. Niedostatek warsztatowy: w "Wieży Jaskółki" mamy bardzo wyraźnie podkreślonego narratora wszechwiedzącego (tam, gdzie Ciri jest u Vysogoty). W "Pani jeziora" Sapkowski dokonuje cudów zręczności, żeby tego narratora pominąć, wprowadzając Nimue i Condwiramurs (oczywiście kolejny raz robi to z denerwującym mistrzostwem). Poza tym sceny z nieszczęsnym Auberonem są okropne, źle pomyślane, przegadane i bezsensowne (Yennefer nie miała żadnego problemu z błyskawicznym magicznym zaradzeniem chwilowej niemocy męskiej Geralta, to co, elfy nagle nie umiały?) Za to scena biblioteczna rekompensuje wszystko, a jest tu jeszcze bitwa pod Brenną, z tym końcowym okrzykiem "orły" (jestem przekonana, że o napisaniu tego marzył ze ćwierć wieku, oraz chciałabym wiedzieć, ile czasu obmyślał spotkanie czwórki rudych medyków), jest finałowa rąbanina, piękna ze wszystkich stron, a szczególnie pojedynek na kratownicy. Jest pokazane, że nawet po zawarciu pokoju nie następuje żaden magiczny dobrostan, że w wojnie przegrywają wszyscy. I jest rozwiązanie kwestii Emhyra, zachwycające swoją bezczelnością. To po to wymyślał panią czasu i przestrzeni, panią jeziora, przepowiednie Itliny, Moc, szkolenie wiedźmińskie, jednorożce, prawa niespodzianki i przeznaczenie, żeby na koniec zrobić to? Powala mnie to absolutnie. Co za doskonała, doskonała saga. Stworzeni w fantazji niegdysiejszego handlarza świat i bohaterowie są wieczni, prawdziwsi niż życie. Wystarczy otworzyć książkę, żeby ożywić ich kolejny raz.
3 lutego 2017, 09:28
Komentuj (2)
Wieża jaskółki Pierwszy tom, w którym akcja nie zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończyła się w poprzednim tomie, i w którym wiedźmin nie jest na pierwszym planie. Wybiegamy w przód, a potem w opowieściach wracamy, w dodatku są to relacje bardzo różnych osób, w rozmaitych formach. Rozumiem, że Sapkowski trochę się zmęczył linearną narracją i swoimi bohaterami, że chciał pokazać swoje umiejętności, które są nieodmiennie godne podziwu. Ta mozaika, z której się powoli wyłania ostateczny kształt, jest bardzo przemyślana i precyzyjna. Oraz denerwuje. To jest ten moment, w którym sobie zdajemy sprawę, że jednak chcieliśmy bajkę o miłości, odwadze, poświęceniu i ostatecznym zwycięstwu dobra, a Sapkowski nam jej nie da. Będzie kazał nam przyznać, że dobro jest względne, imperia ciągle powstają i upadają, a historię piszą zwycięzcy. Że wojna niekoniecznie jest złem. A potem pokazuje Bonharta, i chyba dobrze, że zobaczyliśmy na początku żywą Ciri, bo inaczej trudno byłoby to znieść. Choć z drugiej strony miałam też reakcję "no dobra, dobra, wiemy że przeżyła, choć z blizną, pośpiesz się już z tymi dygresjami!", ale w końcu nie czytam tego pierwszy raz. Nie umiem zdecydować, czy bardziej się daje nadmiernie ponieść fantazji i nadrabia otoczką brak akcji, czy jednak buduje ten świat coraz szczegółowiej. Problem szklanki w połowie pełnej. "Wieża jaskółki" jest tą książką, w której już widać, że prostego końca nie może tu być. Sapkowski złapał za wiele srok za ogon. Z jednej strony mamy olśniewający rozmach, wojnę na wielką skalę, zaangażowanie gatunków nieludzi, komplikacje i intrygi - z drugiej Ciri obarczoną taką ilością przepowiedni i oczekiwań, że zwyczajnie nie ma siły, żeby to uniosła. Zakończenie wojny nie jest zadaniem dla jednej osoby, ani nawet dla paruosobowej drużyny: fabularnie zabrakło prostego celu, jakim jest zniszczenie Pierścienia czy inne zabicie Voldemorta. Piszę "zabrakło", ale to oczywiście celowe, Sapkowski nie chciał upraszczać i tworzyć kolejnej opowieści o queście, który zrealizowany rozwiązuje automatycznie wszystkie inne problemy. Piękna, godna podziwu ambicja - ale należało w takim razie zdjąć z Ciri nieco ciężaru, nie dokładać jeszcze Avallac'ha. Można było skupić się na Vilgefortzu, który tu jest ledwie sygnalizowany. I właściwie po co niby Yennefer popłynęła na Głębię Sedny, to też mam za niedostatek fabularny. Czepiam się. Trochę mi szkoda precyzyjnej budowy i puent opowiadań. A z drugiej strony tamten świat się już skończył, z rozmaitych przyczyn. Coś się kończy, coś zaczyna.
1 lutego 2017, 09:21
Komentuj (0)
Czas pogardy; Chrzest ognia "Czas pogardy" zaczyna się nutami sentymentalnymi: spotkaniem Geralta z Ciri i Yennefer, i wspólnym wyjazdem na zjazd w Thanedd, który stanie się właściwą osią książki, bo w tym momencie wybuchnie wojna. Zanim do tego dojdzie, Sapkowski precyzyjnie buduje tło polityczne i wprowadza kolejne postaci. Jestem nieodmiennie absolutnie zachwycona tym, jak szczegółowo tworzy bohaterów nawet czwartoplanowych, za każdym razem są prawdziwsi niż życie, z masą cech charakterystycznych. Poza tym tutaj Geralt pierwszy raz przegrywa walkę, co też musiało być trudnym sprawdzianem dla pisarza, lecz kolejny raz poradził sobie z tym idealnie. Jest to przy okazji kolejny majstersztyk warsztatowy - to poniekąd odpowiednik Gandalfa w Morii, tyle że Gandalf po pierwsze ratuje wyprawę, po drugie znika z akcji, Geralt tymczasem musi pogodzić z porażką i wyleczyć. Po trzecie, Gandalf się dyskretnie odrodzi i wróci pełen nowej mocy, a cierpiący zniechęcony wiedźmin znikąd takiej nie dostanie. Tymczasem Ciri teleportuje się na pustynię, co jest okazją do wielu dramatycznych scen, kiedy prawie umiera z wyczerpania i pragnienia. Potem dołącza do Szczurów, a na świecie panuje chaos wojenny. "Chrzest ognia" go kontynuuje, robiąc się nagle boleśnie realistyczny, Sapkowski mistrzowsko pokazuje, czym jest wojna. Mamy tu ten sam kontrast, co we "Władcy pierścieni" między radosnym beztroskim początkiem w Shire a późniejszą drogą do Mordoru, zwłaszcza że wyczerpany i kontuzjowany wiedźmin jedzie do Nilfgaardu. Swoją drogą ponury, zły, melancholijny i rozdarty Geralt byłby absolutnie nie do zniesienia, gdyby z całą mocą nie doszło do głowu rewelacyjne poczucie humoru Sapkowskiego. "Wyżej uszu mam już twoich humorów, wiedźminie" wydziera się Milva, a Jaskier uzupełnia "Geralt, do jasnej cholery, długo masz zamiar tam siedzieć z obrażoną miną? Warzywa obierz!". Jakże daleko jesteśmy od wyniosłej nieomylności Elrondów i innych Galadrieli. Jak wspaniale, że Sapkowski nie boi się śmieszności, że doskonale rozumie, jak przydać swoim bohaterom człowieczeństwa. To zupełnie inna tonacja niż "Krew elfów"; nadal jest to doskonała książka. Życie mi uzupełniło ten ostatni akapit z notki o sadze. Parę dni później rozmawiałam z ciotką moją, która nagle nakazała mi czytać dziecku "Davida Copperfielda", gdyż ona czytała w dzieciństwie (ciekawe, że w analogicznym wieku pałałam wielką i niewyjaśnioną sympatią do "Olivera Twista", czyżby to było przeznaczenie). - Pamiętaj, Dickensa, nie żadne bajeczki - podkreśliła raz jeszcze z pogardą. Więc to najwyraźniej rodzinna niechęć, tylko ja jak zwykle wdałam się w tę drugą linię przodków. Nie żałuję.
29 stycznia 2017, 10:27
Komentuj (2)
Krew elfów Przyznaję, po końcówce "Miecza przeznaczenia" jednak się trochę bałam, że "Krew elfów" też jest taka egzaltowana i przegadana, i że to tylko sentyment przeze mnie przemawia. Otóż nie. To jest zwyczajnie znakomita powieść. Sapkowski wziął Tolkiena i dorzucił do niego wszystko to, czego tam brakuje: kobiety, romanse, humor, przymrużenie oka, bardzo szerokie tło polityczne, trochę brutalności, skomplikowane intrygi, wielowymiarowe postaci, finty w fintach w fintach. Co oczywiście brzmi jak prosty przepis na bestseller, a teraz proszę siąść i to zrobić. Jakoś prawie nikomu się nie udaje. "Krew elfów" jest od początku znakomicie zbudowana. Jak rzadko, chciałabym wiedzieć, czy Sapkowski rozpisywał plan z miarką w ręku, czy może siadł i pisał intuicyjnie wyczuwając gdzie dowcip, gdzie przerwa, gdzie zmiana wątku. Wygląda jak to drugie, tak potoczysta jest ta opowieść. Musiał mieć w głowie co najmniej swoje postaci, wyrazistsze niż życie. Musiał chyba mieć też w głowie wszystkie walki mieczem, w ogóle nie jestem w stanie ogarnąć, jak on to robi. Jest tu też maestria warsztatowa: choćby pokazanie szkoleń Ciri przez same dialogi, czy listy od Ciri i od Yennefer. To jest aż niemożliwe, żeby ta książka była tak dobra na wszystkich płaszczyznach.
27 stycznia 2017, 09:04
Komentuj (4)
Bóg pośród ruin Zaskoczyła mnie informacja o istnieniu ciągu dalszego. "Jej wszystkie życia" są o wersjach życia Ursuli, nieustannie przez nią poprawianych. Oczekiwałam w takim razie kolejnych odmian - nic bardziej błędnego. Bohaterem "Boga pośród ruin" jest Teddy, młodszy brat Ursuli, która pojawia się tu tylko przelotnie. Oglądamy całe jego życie, a także trochę jego córki, rodziców, i sióstr. Atkinson nieustannie porusza się w czasie, przeplatając epizody z wszystkich epok, już na poziomie rozdziałów, ale nawet pisząc o konkretnym roku co chwila wybiega w przyszłość lub wraca w przeszłość. Powstał zdumiewający barwny fresk, obejmujący większość wieku dwudziestego, od międzywojnia po początek XXI, choć główną rolę odgrywa w nim wojna, ta druga: Teddy jest pilotem bombowca robiącego naloty na Niemcy, a urodzona sześć lat po wojnie autorka pisze o niej siedemdziesiąt lat później tak, jakby widziała to wszystko na własne oczy miesiąc wcześniej. Jeśli się zna "Jej wszystkie życia", wiadomo jak odczytywać wypowiedzi Ursuli. Teddy otrzymał szansę przeżycia swojego losu do końca. Czy ją wykorzystał? Co w ogóle oznacza wykorzystać w tym kontekście; największym z możliwych? A gdyby nie rozpatrywać tej powieści w kontekście poprzedniej, czy coś się zmienia w jej odczytaniu? Pozostaje opisem życia: epizodów, wyborów, przypadków, przykrości, cierpienia. "Zdążyłam się przekonać, że o życiu i śmierci decyduje przypadek" mówi Ursula. To jest powieść gorzka i ciężka, te życia nie są pudełkami czekoladek, są beczką dziegciu z łyżką tranu. Jeśli nie wojna, to śmierć przedwczesna, przypadkowa w każdym wypadku: choroba czy narkotyki, co to zmienia w ogólnym rachunku. A jeśli nie przedwczesna, to też żadne pocieszenie. Po co właściwie Teddy się urodził, żeby stracić żonę, żeby rozmnożyć się w taki sposób? Po co urodziliśmy się my wszyscy, chyba jasne jest, że lepiej byłoby wcale. Mogłabym złośliwie zapytać, w odruchu samoobrony, po co urodziła się Atkinson, ale wiem po co: żeby napisać zakończenie tej książki. Powiedzieć, że mnie zaskoczyło, to mało. Każe się zastanowić nad istotą fikcji literackiej, nad relacją między autorem i czytelnikiem, nad umową, jaką zawierają pisząc i czytając książkę.
26 stycznia 2017, 09:06
Komentuj (0)
Smog W grudniu ze względu na smog mieliśmy w rejonie paryskim przez ponad tydzień "circulation alternée": w dni parzyste mogły jeździć tylko auta z parzystymi rejestracjami, w nieparzyste odwrotnie. W tym roku wprowadzono winietki na szybę klasyfikujące auto według poziomu produkowanych zanieczyszczeń, obowiązkowe od 16 stycznia. Mój paroletni samochód ma 1, 0 mają tylko pojazdy elektryczne. W tym tygodniu, ponieważ utrzymuje się zimna i bezwietrzna pogoda, mamy znowu atak smogu, jednak zamiast parzystości numerów rejestracyjnych wprowadzili zakaz poruszania się aut o poziomie 5 i niższym. W moim przypadku niewiele to zmienia, ja mam rower i maskę antysmogową.
25 stycznia 2017, 09:03
Komentuj (2)
Pani wyrocznia Po Bator musiałam wrócić do "Pani wyroczni", kolejny imperatyw kategoryczny, z którym się nie dyskutuje. Czytałam ją wielokrotnie w nastolęctwie; zachowałam dobre wspomnienia, ale do tej pory nie wpisałabym raczej tej książki na listę najulubieńszych. W tym większym szoku byłam, kiedy w trakcie lektury uświadomiłam sobie, jak straszliwie na mnie wpłynęła. Ja nawet dziecko wychowuję myśląc o niej, chociaż nie pamiętałam, że to właśnie ta powieść. Mam co najmniej jej połowę zapisaną gdzieś w głębokich pokładach nieświadomości. Czułam się, jakbym odnalazła matkę, i wyjątkowo nie przesadzam. A to jest książka kanadyjskiej pisarki, z roku 1976, o życiu w Kanadzie w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, bohaterka jest z pokolenia mojej matki: co to wszystko niby mogłoby mieć wspólnego ze mną, urodzoną na innym kontynencie, w innej epoce, w innych realiach? Jakim w ogóle cudem? Jednak najwyraźniej ma wszystko, i dzisiaj w czasach internetów, fejsów, smartfonów i innych niezbędnych wynalazków, nadal czyta się doskonale. Fabuła jest prosta, rudowłosa poczytna autorka romansów historycznych Joan pozoruje własną śmierć w wypadku, wyjeżdża za granicę pod inną tożsamością - jeśli dopiero co pisałam coś bardzo podobnego, to proszę o to winić panią Bator. Siedzi za granicą, tęskni za mężem, i wspomina swoją przeszłość, dalej mamy chronologicznie: dzieciństwo i młodość, przeplatane powieściowym teraz. Życie Joan było naznaczone otyłością, hodowaną na przekór matce perfekcjonistce. A kiedy już schudła, panicznie bała się, że mąż i inni dowiedzą się o tym, jaka była przedtem. Przed mężem ukrywa również swoje ulubione intrantne hobby, bo przecież gardziłby nią, gdyby poznał wstydliwą prawdę. Ta książka jest o tym, jak pozwalamy siebie kształtować innym. Joan całe życie jest zależna od (czasem wyobrażonych) oczekiwań innych. Na samym początku matki, a potem kolejnych mężczyzn, podporządkowując się i wpasowując w ramki zanim jeszcze oni o stworzeniu tychże pomyślą. Kiedy Joan ucieka przed wszystkim, zamiast poczuć się wolna, okazuje się, że kompletnie nie wie kim jest. Uświadamia sobie, że teraz może wszystko, więc planuje kolejną ucieczkę. A kiedy już w tej fantazji ucieknie i zorganizuje sobie nowe życie, zobaczy siebie stojącą na parapecie okna, gotową do kolejnej dezercji. Cenię Munro, ale to jednak był Nobel Atwood.
24 stycznia 2017, 09:12
Komentuj (3)
Rok królika Autorka poczytnych romansów historycznych Julia Mrok postanawia upozorować swoje zniknięcie. Kupuje auto na fałszywych numerach, soczewki kontaktowe, perukę, farbę do włosów, i wyjeżdża, przyjmując tożsamość Anny Karr. Trafia do Ząbkowic Śląskich, gdzie melduje się w podejrzanym hoteliku, i zaczyna pisać kolejną powieść, której bohaterką czyni spotkaną przelotnie w drodze Sandrę (patrz Wyspa Łza). Do tego momentu wszystko jest całkiem składne, napisane stylem z początku prawie reportażowym, i podejrzanie mi coś przypominało. "Ruda autorka romansów historycznych, która upozorowała własną śmierć, w historię są wkomponowane fragmenty pisanego przez nią romansu, życie bohaterki splata się z życiem autorki, dwóch mężczyzn... toż to Pani wyrocznia Atwood" wrzasnęłam, i przez długie fragmenty miałam wrażenie, że przepisała tę powieść na nowo, łącznie z listą nastrojowo brzmiących archaizmów używanych w romansach. Potem wrażenie się rozwiało. Książka robi się coraz bardziej surrealistyczna i mroczna, autorka spotyka cały czas te same dziwne postaci, odkrywa makabryczną tajemnicę Spa pod Królikiem, natyka się na trupy, zaczyna wierzyć, że jest siostrą Sandry. Próbuje potwierdzić - stworzyć - swoją nową tożsamość, a jednocześnie odkryć kim była przed Julią Mrok, ta bowiem pochodzi z domu dziecka i nie wie nic o swojej rodzinie. Coś tu z Gombrowicza, coś z Johna Irvinga (zwłaszcza ten hotel), coś nawet z Kafki: bohaterowie powinni się rejestrować (ze zdjęciem) w urzędzie, który jest nieustannie zamknięty, lub formularzy zabrakło. (Przemiana Julii w Annę jest z kolei niczym Gustawa w Konrada, a na wypadek gdyby się to komuś nie skojarzyło natychmiast, jeden z bohaterów cytuje Wielką Improwizację). - Hm... hm... hm... - mamrotałam do siebie w regularnych odstępach, aż w końcu ta racjonalna część mojego mózgu wrzasnęła - Ale ty serio zapomniałaś, że ona cierpi na wszystkoizm?! Przeczytaj sobie, co napisałaś po "Ciemno prawie noc" ! - Skuliłam się i wyznałam, że istotnie, zapomniałam. Gdybym pamiętała i wiedziała, czego się spodziewać... lecz nie, to by też nie pomogło, spodziewać tu się można wszystkiego, i to jest jak zwykle problem z tym schorzeniem. Masa świetnych pomysłów i kapitalnych scen, dlaczegoś wsadzonych obok siebie do jednej książki, aż w chaosie gubią się i bohaterowie i czytelnik. Do czasu. W około 80% Bator łapie wszystkie wątki, wraca do bardziej klasycznej, prostoliniowej narracji, i zmierza do jasnego, czytelnego zakończenia. Tego właśnie potrzebowałam. Bator rozgrywa tutaj dwie swoje obsesje, po pierwsze bliźniaczki, lustrzane odbicia, doppelgängerów. Po drugie znikanie bez śladu. Nie rozumiem zupełnie pomysłu, żeby zabić swoją tożsamość, zacząć od nowa z czystym kontem. Przed sobą samym się nie ucieknie. Autorka uważa inaczej, nieustannie wtrąca jakieś "Julia Mrok była taką kobietą, Anna Karr okazywała się inną." Wątpię mocno - lecz być może to kwestia osobowości. A może tego, że ja faktycznie ze dwa razy, jeśli nie cztery, zaczęłam życie od nowa. To co było przed, tonie w mgle niepamięci, z trudem mogę uwierzyć, że niektóre wspomnienia są faktycznie moje. Czy to specyfika mojej osobowości? Czy jednak po prostu wszyscy się zmieniamy, umieramy co dzień po trochu i odradzamy jak feniks z popiołów, wystarczy chwilę poczekać, by stać się inną osobą. Tylko co, jeśli ktoś nie chce czekać. Trzecim istotnym tematem są tutaj kobiety. Mogą być zagubione i zranione, lecz to one działają, podejmują wysiłki, są siłą sprawczą na każdym kroku. Mężczyźni błąkają się i skomlą, nie potrafią zrobić niczego konstruktywnego (z jednym być może wyjątkiem, lecz ten "wymknął się z innej książki, z innej krainy"). A z drugiej strony - znów ta dwoistość symbolizowana tu przez tytułowego królika - bohaterka wyśmiewa kobiecą solidarność, wspólnotę opartą jedynie na płci, broni się przed szufladkowaniem na tej podstawie ("Nie miałam nawet czasu, by się żachnąć na jej kolejną próbę upupienia mnie w królicze posiostrzenie z piekła rodem"). Dołącza jednak do damskiej ekipy, innego wyjścia nie ma. Kolejną warstwą, i być może w ogóle najistotniejszą, jest analiza procesu twórczego. Julia/Anna ma lewe ucho nastrojone na opowieści, rozgrzewające się nieomylnie, kiedy jest szansa na usłyszenie czegoś ciekawego. Przez cały czas wychwytuje, słucha i notuje w pamięci. Potem napotkane osoby przerabia na swoje postaci pokazując, jak się je z pierwowzorów lepi, i jak się odkrywa losy swoich bohaterów. Znamienne, że jedyną rzeczą, której Anna nie odrzuciła w procesie przemiany, było właśnie pisanie. To jest pewnie najprawdziwsza warstwa tej powieści. Makabrycznej, dusznej, rozbuchanej - ale znakomicie napisanej. Bator potrafiła jednak kontrolować tę spiętrzoną falę swojej wyobraźni, pojechać na niej i dowieźć czytelnika aż do bezpiecznego końca. Na to właśnie miałam nadzieję.
22 stycznia 2017, 22:05
Komentuj (2)
Poprzednie |
Jak żyć? Żyć czy mieć? Motto na całe życie O feminizmie RSS
Teklak Towary Mieszane Quijote Idiomka Kaczka Nie tylko Musierowicz Supermarket Matka Sanepid Z piekła rodem Daisy Batumi Inka od wiatraka Zuzanka Bajeczki z Ikei A kocica Zakurzona Odwodnik Tuv Wróciła z BuenosAires Radziecki Mignona Nielot Trochę jedzenia Żona No. 1 Ola Hania Barbarella Prasa zagraniczna Margot w Irlandii Iskra w Szwajcarii Janina Amsterdam Miski do mleka Amerykanka w Polsce Stardust Nina już nie w Kalifornii Thernity Dudla Pożółkłe kartki Paradowska Zimno i Troje Aga emigrantka Małgośka Filip na Fiji Małe Szopy Nie śpią Szyper Magiczna biblioteka Thea W kątku z książką Zupka Helena Prawdziwy dr House Kwoka w dolinie Mama grzdyla Melissa Chustka Joanny Vestigia Wężon Nowojorskie gadanie Towary mieszane Żydóweczka w Nowym Świecie Maraska Passentówna Emigracyjny Femme Żydóweczka Wawrzyniec P. Wawrzyniec 2.0 Snafu Dzieci Thei Laska Działa, nie działa Matylda Stara panna Uczy polskiego Matka jego dziecka Magazyny ilustrowane Oglądanie tego boli Pokropka Submachiny Ouverture Facile Kotecki Inne kotecki Aaaby-sprzedac Killer sudoku Garfield User Friendly Dilbert
O książkach na bieżąco O książkach archiwalnie O filmach na bieżąco O filmach archiwalnie O Paryżu na bieżąco O Paryżu archiwalnie Polka we Francji: teraz Polka we Francji: dawniej |