Wyświetlam 1 - 4 z 3619 notek

na razie nie zetniemy tego świerka

  • Napisane 6 lutego 2017 o 13:46

w sobotę byliśmy na niezwykłej imprezie. A może określić to jako BENEFIS ?

Bo to były urodziny znajomej,okrągłe i ach dożyć takiego wieku w takiej kondycji , jednak wieku nie wypominano a osiągnięcia chwalono;).

Nie dopytałam (wiem błąd) myślałam że kameralnie a tu ,wtem 100 osób!!!

jej…JEJ….i powiem że było fantastycznie.

Oczarował mnie klimat, ludzie,ich chęć do zabawy i tańca,bo parkiet wciąż pękał w szwach!

Solenizantka dzielnie znosiła wszystkie punkty programu, w wielu uczestnicząc;)

A jakie śpiewanie odchodziło!

Jakie głosy !

Świetna organizacja,doskonałe jedzenie ( wybór mięs różnych a ja się rzuciłam na kapustę mniam!) i towarzystwo.Towarzystwo wyborne,zgrane i rozbawione. Rzadko chodzę nawet na śluby,cóż u nas w rodzinie posucha ale przenigdy nie widziałam żeby taka duża grupa obcych sobie w sumie osób zgrała się tak  świetnie w zabawie.

Dziękuję że mogłam w tym uczestniczyć;))))

Nóg a raczej kolan nie czuję do dziś. Hyhyhy teraz to my obie z Rudką takie połamane;>>>>

Bawiliśmy się o suchym pysku że tak to określę.X-men przy jednym piwie do północy a ja po kilku kieliszkach jogurtu Wachmistrza;)))

Oj tam,na stołach pod ścianami było alkoholu do wyboru do koloru i kieliszków też;))) ale w sumie po co ? Mnie było dobrze tak jak było.No i ten,tego zapomniałam inhalatora ,więc jakby co itp;’)))

Poszliśmy do pokoju koło północy ,spora część ekipy bawiła się dalej. Pokój jak pokój ale łazienka…

Ekhm, no chyba 0,8m na 2m.Znaczy się wstajesz z kibelka i łokciem otwierasz drzwi kabiny.I ja taka tam gruba nie jestem prawdaż…Ale czysto.No i tanio 30zł za nocleg.

Jedyny mankament to fakt iż nasz pokój umiejscowiony był akurat pod miejscem gdzie szykowano nam śniadanie ( tak,na górze była spora sala bankietowa gdzie się bawiliśmy).

Pierwsza pobudka o 4,20 jakby kto zewłoka po schodach ciągnął i jego głowa waliła za każdym razem o schody…A!A!A!.

Śniadanie….mmmmm…..jajecznica prosto z patelni dokładnie taka jak lubię! I przepyszne paróweczki i chleb i warzywa i twarożek i sałatki i pasztety i …i wiele innych nie do przejedzenia dobroci,kawa ,herbata do wypęku.

My mieliśmy bardzo blisko,niektórzy jednak jechali przez pół Polski.Wszyscy dojechali szczęśliwie;).

Zdjęć nie robiłam.ŻADNYCH.Ale inni aparaty mieli. Ale nie było czasu na robienie zdjęć.X-men ciągle gnał na parkiet i tańcował;)

Nie powiem że każdy taniec nam wyszedł,bo czasem zgrać się nie umieliśmy ale co tam.Było bombowo.

dudi – X-men zawiedziony że żoncia z nim nie chciała!!!!!!!!!!

 

notka——— dudiego——– uzmysłowiła mi że jednak JEDNO jedyne zdjęcie zrobiłam.Co prawda mizerne ale TA rozpiska budziła powszechne zainteresowanie;))))

Zapisz

z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu

  • Napisane 30 stycznia 2017 o 11:24

zdjęcie było piękne.

Acz niepokoił mnie ten obcy w płucach,bo słuszny był całe 3 cm i jego dwaj krewni.Krewni to jakieś podrostki , jednak…

Dziś wywalczona wizyta,przegląd,wgląd i …. ale to nic takiego.Cóż.Pani choruje od urodzenia,to zwłóknienia i zrosty i pozapalne.

I było się tak martwić ?

Kolejna tomografia za rok.

A mnie ubyło 20 lat jednak ten i ów siwy włos pozostał.

To naprawdę dobra wiadomość.

człowieku puchu marny

  • Napisane 23 stycznia 2017 o 23:46

pobudka skoro świt a raczej jeszcze w półmroku z ociąganiem odchodzącej nocy.Księżyc jeszcze uparcie cienkim rogalikiem błyszczał na niebie.

Chciało się leżeć pod ciepłą kołdrą z kotem na biodrze z jednej strony a czubkiem głowy X-mena z drugiej.

Niestety, bezpieczną przystań trzeba było porzucić na rzecz chłodnej łazienki,zimnej wody i niemile wychłodzonych ubrań.Gorąca herbata usiłowała postawić człowieka do pionu acz z marnym skutkiem.

Jeszcze miałam chwilkę czasu,położyłam się na narzucie mantrując i oddychając przeponowo.

Szać na krzewach i świerku,nie poznałam własnego płotu,tak wybielał.Wszystko to co wczoraj topiło się i rozmiękało pod butami zamieniło się w zwartą warstwę lodu.I jak tu iść,jak ślizgawka na drodze?

Szerokim łukiem ominęłam skrót przy siatce sąsiada ,ponieważ prowadzi przez niewielką górkę z której zejście groziło nieskoordynowanymi piruetami damy w traperach jaką byłam .

Damy,bo świeżo umyte włosy ładnie się kręciły,zdołałam nawet przypudrować nosek i pociągnąć tuszem rzęsy.

I dla kogo to robisz kobieto ?!? grzmiało gdzieś z tyłu głowy ponure stwierdzenie.Dla tych niewyspanych rejestratorek ? A może dla smętnej grupki ludzi którzy  w paskudnym świetle neonówek czekali na swoją kolej by oddać krew do badania?

Rezygnuję z szatni.Nie,nie jest mi gorąco,chociaż solidnie grzeją.Wewnętrznie trzęsę się z zimna. Mijam laboratorium,otwieram kolejne drzwi i w końcu jestem. Czekam dłuższą chwilę by rejestratorka pojawiła się w okienku ,chcę się upewnić że moja lekarka dziś przyjmuje.

Jest siódma rano.

Tak,przyjmuje. Zaraz powinna być.

Kolejna osoba siada obok mnie na ławce.Pani mocno elokwentna,sympatyczna ale nie za bardzo obchodzi mnie jej dobry wynik badania. Mój mnie nie cieszy przecież.Kolejni pacjenci przychodzą,coś tam szepczą między sobą.

Wychodzi lekarka z listą i czyta pierwsze nazwisko szczęśliwca,który już dryfuje w stronę gabinetu.

Wstaję,pokazuję wyniki – pani doktór ja tylko z prośbą o zapoznanie się z nimi i co dalej mam począć?

Kobieta która zabawiała mnie rozmową również usiłuje pokazać swoje i  jakiś starszy pan macha receptą,robi się zgiełk jak na targu.Każde z nas usiłuje wyszarpać odrobinę  zainteresowania lekarki….

Cóż.Dziś nie dam rady pani przyjąć,zaraz znajdę wolny termin. A pani,zwracjąc się do tamtej kobiety ,pani to planowo,nie ma się co spieszyć.

Dostaję karteczkę ,świętą karteczkę z datą i godziną wizyty.Za tydzień.Taka się ze mnie tygodniówka zrobiła.

Szczęśliwa że coś wywojowałam idę do domu….Idę bo tam czeka Rudka. Zapinam smycz i idziemy do parku na spacer. Po drodze wpadam na matkę która postanowiła iść do sklepu ale lodowa ścieżka ją mocno przystopowała.

Właśnie medytowała czy postawić stopę na kolejnym schodku….

Biorę ją po rękę,mocno trzymam i powolutku tuptamy przed siebie.Kroczek za kroczkiem.Kilka dni temu skończyła  84 lata.Cierpnę na myśl że mogę się poślizgnąć i pociągnąć matkę za sobą.Rudej się nie podoba ten powolny marsz jednak zatrzymywanie się przy kolejnej kupie śniegu na wąchanie cudzych sików daje matce chwilę wytchnienia. Docieramy do kiosku , a potem do sklepiku w którym lubi robić zakupy.Nie, nie idę za nią.mamo,kupuj sama,to dobry trening a jakby co jestem za drzwiami. Ten krotki spacerek trwa pół godziny ale oj tam.Do domu wracamy ciut inną drogą.Dawno jej nie pokonywała więc frajda acz nie wiem ile z tego zapamiętała skupiona na lodowisku chodnikowym.

W końcu furtka do ogródka.

Matka do domu,ja do parku.

Jestem tam praktycznie sama. Oddycham,zapominam na chwilę o ośrodku zdrowia, o tym poniżającym proszeniu o termin wizyty, o magicznej karteczce.

Świeci słońce,Ruda brodzi w śniegu, kaczki gonią się po rzece,szkoda że trzeba wracać…

no ferie są ale to dla mnie przekleństwo raczej

  • Napisane 18 stycznia 2017 o 21:12

jak pisałam wcześniej wizytę lekarską miałam czwartego a tomografię udało mi się załatwić już piątego.

Na wyniki musiałam czekać do następnej środy ale to pikuś przy reszcie.

O 8.40 dostałam smsa że wyniki i opis do odbioru.Luz, poprosiłam X-mena by odebrał i przywiózł je ale na spokojnie,znaczy żeby specjalnie nie wracał do mnie ,tylko zrobił zaplanowaną trasę.

I to był błąd…

Potuptałam w czwarteczek Zeszły do specjalisty gdzie dowiedziałam się iż mogę wryć się z wynikami na tzw „krzywy ryj” a pani doktor powie co dalej ale pani doktor była w środę a następnym razem będzie w poniedziałek.

Rodzinny ma urlop do końca miesiąca,więc uzbroiłam się w cierpliwość ( nie myśleć, nie myśleć kurwa ) i czekałam poniedziałku.

O siódmej rano wg instrukcji zameldowałam się przed gabinetem i czekam.

Czekam.

A po półgodzinie pielęgniarka wyszła i rzekła – oooo pani doktor ma urlopik,zapomniałam wywiesić karteczki…

Ale będzie w następny poniedziałeczek….chyba.

Kurtyna