Nagła zmiana klimatu wyniszczy ziemskie życie

Praca badawcza zamieszczona 13 listopada 2018 r. w Scientific Reports wykazała, że spowodowane nagłą zmianą klimatu wymieranie gatunków roślin i zwierząt może doprowadzić do „efektu domina”, który unicestwi życie na Ziemi. W scenariuszu takiego przypadku organizmy zależne od innych skazanych na zagładę gatunków wyginą w wyniku procesu zwanego współwymieraniem. Analiza ustaliła, iż wzrost średniej globalnej temperatury o 5°C/6°C wystarczy, by pozbawić planetę większości życia. Nasze badanie pokazuje, że nawet najbardziej odporne gatunki ostatecznie znikną, gdy zabraknie gatunków mniej odpornych, od których zależy ich przetrwanie, powiedział główny autor, Giovanni Strona.

Naukowcy z Włoch i Australii stworzyli symulacje 2000 wirtualnych Ziem – sieci połączonych ze sobą gatunków roślin i zwierząt. Korzystając z zaawansowanego modelowania, poddali je działaniu destrukcyjnych zdarzeń o zasięgu globalnym, w tym ekstremalnej zmianie środowiskowej, uderzeniu asteroidy i wojnie nuklearnej. Podczas gdy każde z nich może być katastrofalne, rezultaty ujawniły, że ocieplenie klimatu wywołuje najgorsze możliwe „kaskady” wymierania – nawet nuklearna zima nie ma takiego potencjału niszczenia. Prof. Corey Bradshaw z Uniwersytetu Flinders, współautor przełomowej analizy, wyjaśnił, że szacunki spowodowanej zmianą klimatu utraty gatunków są zaniżone aż dziesięciokrotnie, ponieważ nie uwzględniają współwymierań. Pomijanie efektu domina sprawia, że prognozy konsekwencji zmiany klimatu są nierealistyczne i niezwykle optymistyczne, dodał.

Fragment streszczenia odkryć:

Pomimo swojej prostoty, nasz model przyniósł wyniki odpowiadające zjawiskom w świecie rzeczywistym. Na przykład niemal całkowita zagłada życia, jaka towarzyszyła Wielkiemu wymieraniu w permie, była związana ze wzrostem średniej temperatury globalnej o ~6°C w ślad za erupcjami wulkanicznymi. Nawet kiedy pominiemy oczywistą odmienność obecnej fauny i flory (którą wykorzystaliśmy jako odniesienie, by przypisać wirtualnym gatunkom prawdopodobne ekologicznie granice odporności), nasze symulacje pokazują, że skok temperatury o podobną wartość wywołałby napędzany współwymieraniem upadek różnorodności biologicznej świata. […]

Wyblakłe koralowce.

Staje się coraz bardziej oczywiste, że interakcje biotyczne nie tylko warunkują powstanie i utrzymanie bioróżnorodności, lecz także rozbudowują złożone sieci, co sprawia, iż utrata jednego gatunku może spowodować zniknięcie większej liczby gatunków (proces znany jako współwymieranie) i doprowadzić do nieoczekiwanej, nagłej transformacji systemów, a nawet ich całkowitego upadku. […] Współwymieranie sprowadza się do oczywistego wniosku, że konsument nie może przeżyć bez swoich zasobów. Ponieważ interakcje między zasobami i konsumentami w systemach przyrodniczych (np. sieciach pokarmowych) są zorganizowane jako różne hierarchiczne poziomy złożoności (np. troficzne), oznacza to, iż usunięcie zasobów może wywołać kaskadowe (oddolne) wyginięcie konsumentów na poziomach wyższych. […]

Szereg badań opartych na danych z symulacji i realnego świata ujawnił, że utraty gatunków są przyczyną współwymierań, co ma swoje potwierdzenie w niepokojącym, nienaturalnym tempie obecnego zanikania populacji i całych gatunków. W miarę jak ekstremalne naciski będą prowadzić społeczności biologiczne ku upadkowi, nawet najbardziej odporne gatunki nieuchronnie padną ofiarą synergii między czynnikami sprawczymi wyginięcia. Co więcej, współwymierania są często uruchamiane na długo przed zupełną zagładą gatunku, tak więc nawet wahania liczebności populacji danego gatunku wystarczą, by spowodować lokalne wyginięcia innych zależnych od niego gatunków.

→ Wielkie wymieranie miało miejsce 252,2 miliona lat temu. Zabiło 90% ogółu gatunków morskich i lądowych – od ślimaków i małych skorupiaków po wczesne formy jaszczurek i płazów.

→ Współwymierania wyniszczają planetarne życie podczas ekstremalnych zmian środowiskowych. Analizy opublikowane 29 maja 2015 r. w The Anthropocene Review i 4 stycznia 2016 w Nature Geosciences dowiodły, że tempo dzisiajszych zmian środowiskowych nie ma precedensu w zapisie geologicznym sięgającym co najmniej 500 milionów lat.

→ Raport Living Planet z 2016 r. podał, że globalne populacje dzikich zwierząt zmniejszą się o dwie trzecie przed 2020 r.

→ Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency) zapowiada skok temperatury Ziemi o co najmniej 6°C przed 2050 r. Zgodnie z raportem z 27 października 2017 analitycy koncernu Shell i BP spodziewają się, że do połowy wieku glob będzie cieplejszy o 5°C. Z kolei badacze, którzy uwzględniają wpływ dodatnich sprzężeń zwrotnych i śledzą wydarzenia w Arktyce, za prawdopodobny uznają wzrost średniej temperatury planety o około 10°C w ciągu ośmiu lat.

Opracował: exignorant

Reklamy
Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Dno oceaniczne rozpada się

Antropogeniczne emisje dwutlenku węgla zakwaszają ocean w tak zawrotnym tempie, że jego dno ulega rozpadowi.

Według badania opublikowanego 29 października 2018 r. w Proceedings of the National Academy of Sciences proces ten uruchamia dodatnie sprzężenie zwrotne – przyspiesza ono zakwaszenie oceanu, które zabija już gatunki kluczowe dla życia morskiego (m.in. koralowce) i zaburza równowagę wszystkich ekosystemów oceanicznych podtrzymujących ludzką egzystencję. Nasza praca potwierdza, że staliśmy się siłą geologiczną wywierającą wpływ na system Ziemi w stopniu porównywalnym z superwulkanem lub uderzeniem meteorytu, powiedział Olivier Sulpis, badacz planetarny na Uniwersytecie McGilla i główny autor analizy.

Doszło do zaburzenia fundamentalnej reakcji chemicznej utrzymującej wartości pH we Wszechoceanie na poziomach sprzyjających życiu.

Na dnie oceanu zalega węglan wapnia, czyli kalcyt. Kiedy łączy się on z dwutlenkiem węgla i wodą, w wynikłej reakcji powstają jony wapnia i jony wodorowęglanowe. Dlatego na przestrzeni dziesiątek tysięcy lat następuje redukcja zakwaszenia wód. W przypadku gdy wprowadzone zostaną dodatkowe miliardy ton CO2, reakcje te zaczynają być zasilane ogromnymi ilościami kalcytu, co sprawia, iż dno oceanu dosłownie się rozpuszcza. Obecnie węglanu wapnia jest za mało, zaś dwutlenku węgla za dużo. Ta dysproporcja potęguje więc zakwaszenie. Szybkość, z jaką emitujemy CO2, znacznie przekracza tempo, w jakim wykorzystuje go węglan wapnia.

Rozwój najważniejszych gatunków morskiego łańcucha pokarmowego, chociażby koralowców, jest precyzyjnie dostrojony do określonego zakresu skali pH. Jego zmiana, która utrzymuje się przez dłuży czas, sprawia, że organizmy morskie, takie jak ryby, bakterie czy mięczaki, po prostu nie mogą przetrwać.

Ostatnim razem, gdy panował porównywalny z dzisiejszym stan zakwaszenia oceanów, wymarło 96% podwodnego życia.

Jaka jest aktualna skala zniszczeń? W północno-zachodniej części Oceanu Atlantyckiego, sąsiadującej z Europą, w niektórych lokalizacjach dno morskie uległo dezintegracji w 40%–100%. Najgorsza sytuacja panuje w północno-zachodnim Atlantyku, ponieważ prądy oceaniczne gromadzą w tam niewyobrażalne koncentracje dwutlenku węgla wytworzonego przez cywilizację przemysłową.

→ Badanie zamieszczone 2 marca 2012 r. w Science odkryło, że obecne tempo zakwaszenia oceanów jest najszybsze co najmniej od 300 milionów lat. Z kolei raport przedstawiony 30 stycznia 2016 r. w Global Biogeochemical Cycles ujawnił, iż od 2006 r. Atlantyk wchłonął 50% więcej dwutlenku węgla niż dekadę wcześniej. Wielu naukowców uważało, że zakwaszenie oceanów nie będzie stanowić problemu aż do 2050/2060 r. Przyszłość dzieje się teraz, stwierdził Chris Langdon, profesor biologii morskiej w Szkole Nauk Morskich i Atmosferycznych im. Rosenstiela przy Uniwersytecie Miami.

Wpisy powiązane tematycznie.

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat, Oceany, Wymieranie gatunków

„Zatrważające badanie” : Tempo ocieplenia Ziemi jest o wiele szybsze, niż szacowano

Na powstrzymanie wywołanej przez ludzi zmiany klimatu jest za późno, ponieważ zmiana ta już nastąpiła. Prof. Ian Lowe, Interdyscyplinarne Studia nad Nauką, Technologią i Społeczeństwem

Globalne ocieplenie znajduje się w bardziej zaawansowanym stadium, niż wskazywały na to dotychczasowe ustalenia. Zatrważająca praca badawcza, opisana 31 października 2018 r. w Nature, odkryła, że na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci oceany świata pochłonęły znacznie większą ilość atmosferycznego ciepła, niż szacowano.

Zdawało się nam, że choć produkujemy mnóstwo dwutlenku węgla, to wartość ocieplenia zarówno w oceanie, jak i w atmosferze jest relatywnie niska, powiedziała Laure Resplandy, specjalistka w dziedzinie nauk o Ziemi z Uniwersytetu Princeton i główna autorka przełomowej analizy, przeprowadzonej przez ekspertów ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Francji i Niemiec. Byliśmy w błędzie. Planeta nagrzewa się intensywniej. Nie dostrzegaliśmy tego ukrytego faktu, ponieważ nasze pomiary były niepoprawne. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Wszechocean gromadził rokrocznie 60% więcej ciepła. Ujawniona różnica stanowi ogromną porcję dodatkowej energii zatrzymywanej przez ziemski system klimatyczny – aż ośmiokrotnie przewyższa ona roczne zużycie energii przez cywilizację przemysłową.

Jednoznaczne określenie rzeczywistego tempa ogrzewania wód oceanicznych było problemem, gdyż dostępne zestawy danych pomiarowych cechowała niekompletność i niespójność. Naukowcy po raz pierwszy opracowali wysoce precyzyjną metodę wykrywania temperatury: zmierzyli objętość m.in. tlenu i dwutlenku węgla, który w ostatnich dekadach „uciekł” z morskiej toni do atmosfery. Kiedy wody oceanu nagrzewają się, część zawartych w nich gazów trafia do atmosfery, wyjaśniła dr Resplandy. Oto prosta analogia, którą często się posługuję: pozostawiona na słońcu puszka z napojem musującym ostatecznie straci swoje „bąbelki”.

Wbrew wcześniejszym kalkulacjom antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych wygenerowały więcej ciepła. A skoro te same ich koncentracje odpowiadają za wyższą wartość ocieplenia, to klimat Ziemi wykazuje nieporównanie większą wrażliwość na CO2. Ponadto raptowne ogrzanie oceanów przyspieszy wzrost poziomu morza (wskutek tzw. rozszerzalności termicznej), uderzy w kluczowe lokalizacje planety (m.in. rafy koralowe, tropiki oraz pokrywy lodowe Grenlandii i Antarktydy) i zredukuje stężenia tlenu dostępnego dla podwodnych ekosystemów, czego konsekwencje przewidzieć nietrudno. 

Oczywiście ciepło zmagazynowane w oceanach powróci do atmosfery, ponieważ cyrkulacja, która kontroluje proces jego pochłaniania i uwalniania, sprawi, iż będzie ono emitowane przez wieleset lat.

→ Raport o stanie klimatu z 2014 r., bazujący na dociekaniach 413 uczonych z 58 krajów, stwierdził, iż ocieplenia oceanów nie da się zatrzymać w żaden sposób, a jego skutki będą odczuwalne przez wiele stuleci. W badaniu opublikowanym rok później na łamach Nature Climate Change niemieccy eksperci dowiedli, że nawet oczyszczenie atmosfery z ogromnych ilości CO2 nie uratowałoby Wszechoceanu – pozostałyby on cieplejszy i bardziej zakwaszony przez tysiące lat.

→ Ocieplenie mórz tworzy mechanizm zabijania, który nie ma sobie równych w historii Ziemi. Wielkie asteroidy, promieniowanie gamma, trzęsienia ziemi, tsunami, wulkanizm – żadne z tych zjawisk nie zdołało wyniszczyć planetarnego życia w stopniu, w jakim dokonywał tego wzrost temperatury wód oceanicznych.

Wpisy powiązane tematycznie: „IPCC w krainie La La”

Opracował: exignorant

Opublikowano Klimat

Nieznana wojna

W listopadzie minie kolejna rocznica historycznego zdarzenia, o którym nie ma pojęcia większość wyznawców chrześcijaństwa w wersji rzymskokatolickiej.

W opracowaniu wykorzystany został fragment artykułu Daniela Kovalika, wykładowcy Uniwersytetu w Pittsburghu i prawnika specjalizującego się w obronie praw człowieka.

15 września 2011 r. napisałem do księdza Kuriakose Bharanikulangary, pierwszego doradcy Misji Stałego Obserwatora Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W liście wyraziłem swoje zaniepokojenie faktem, że w Kolumbii mordowani są księża katoliccy i inne osoby duchowne – od 1984 r. dokonano 79 zabójstw. Potwierdziłem swoje przekonanie, iż ten zamach na Kościół stanowi państwową strategię polityczną zarówno Kolumbii, jak i Stanów Zjednoczonych, które przekazują tamtejszej armii miliardy dolarów i postrzegają każdy zorganizowany ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej w Ameryce Łacińskiej jako zagrożenie dla swojego gospodarczego prymatu w regionie.

Nie jestem w tej opinii osamotniony, ponieważ podzielają ją od wielu lat inni klerycy kolumbijscy. Należy do nich ojciec Javier Giraldo, któremu przesłałem kopię korespondencji. Duchowny podziękował mi za list i przyznał: Pańska interpretacja odzwierciedla mój pogląd na tę kwestię. Jeżeli chodzi o Stolicę Apostolską, to odpowiedziała milczeniem – prawdopodobnie dlatego, że nie zgadza się z moimi obawami o los ofiar.

Ktoś jeszcze od lat mówi i pisze na ten temat. Mam na myśli Noama Chomsky’ego, przyjaciela i stronnika ojca Giraldo. Profesor skontaktował się ze mną po lekturze mojego artykułu o sytuacji duszpasterzy w Kolumbii. Zaledwie ułamek opinii publicznej wie o wojnie, jaką Stany Zjednoczone prowadzą z Kościołem od czasu Soboru Watykańskiego II, przypomniał uczony. Był on „herezją”, ponieważ po raz pierwszy od panowania cesarza Konstantyna próbował zainicjować powrót Kościoła do nauk Ewangelii. Jak pan się orientuje, donoszę o tym od dawna. Większość ludzi zatyka uszy.

Realia tej wojny uświadomiłem sobie w pełni dopiero po wysłuchaniu fascynującego wykładu z 2009 r., w którym Noam Chomsky przybliżył publiczności zgromadzonej w auli Uniwersytetu Columbii zdarzenia znane niewielu mieszkańcom „rozwiniętego świata”.

Noam Chomsky

Oto cytaty z wystąpień profesora:

Thomas Carothers, który brał udział w programach „wzmocnienia demokracji” za prezydentury Ronalda Reagana, zanalizował poczynania przywódców Stanów Zjednoczonych. Uczony ustalił, iż za każdym razem są one „schizofreniczne”. Biały Dom wspiera dążenia demokratyczne tylko wtedy, gdy są one zgodne ze strategicznymi i gospodarczymi zamierzeniami elit finansowych i przemysłowych. Takie podejście obowiązywało w przypadku państw satelickich ZSRR, ale nie stosuje się go wobec krajów będących klientami USA.

Dramatycznym potwierdzeniem tej perspektywy był listopad 1989 r. Świętowano wówczas upadek Muru Berlińskiego określany jako „tryumf miłości i odejścia od przemocy”. Tylko nieliczni obserwatorzy odnotowali zdarzenie, do którego doszło tydzień później: 16 listopada w Salwadorze szwadron śmierci wtargnął na teren uniwersytetu i zamordował sześciu czołowych intelektualistów latynoamerykańskich, jezuickich księży – Ignacia Ellacuríę, Ignacia Martín-Baró, Segundo Montesa, Juana Ramóna Moreno, Joaquína Lópeza i Amando Lópeza, wraz z ich gosposią i jej szesnastoletnią córką – Elbą i Celiną Ramos. Sprawcy należeli do elitarnego batalionu „Atlacatl”, chluby salwadorskiej armii kierowanej przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych; do kraju zabójcy przyjechali prosto z zajęć w Szkole Specjalnych Działań Wojennych im. Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (JFK Special Warfare School) w Fort Bragg. Rozkaz stracenia, ujawniony w 2009 r., wydali oficerowie sztabu armii krajowej.

„Atlacatl” i jego kohorty pisały krwawą historię Salwadoru lat 80. Swoje dzieło zaczęły w 1980 r. od likwidacji arcybiskupa Óscara Romero, znanego jako „głos uciszonych”. Zamachowcy otworzyli ogień podczas sprawowanej przez niego mszy. Była to jedna z odsłon kampanii terroru obejmującej swoim zasięgiem całą Amerykę Łacińską; rozpętana przez Waszyngton, miała zniszczyć Kościół Ewangelii. Egzekucja na jezuickich intelektualistach była jej finałem – śmiertelnym ciosem zadanym ruchowi Teologii Wyzwolenia, który usiłował wskrzesić chrześcijaństwo.

W 1962 r. Sobór Watykański II zapoczątkował nową erę w dziejach Kościoła katolickiego, napisał teolog Hans Kung. Papież Jan XXIII podjął próbę przywrócenia Kościołowi jego wczesnych korzeni. Przez pierwszych 300 lat istnienia chrześcijaństwa jego wyznawcy dawali świadectwo radykalnego pacyfizmu Ewangelii, za co byli systematycznie tępieni. Charakter religii zmieniła deklaracja Konstantyna z 324 r., zgodnie z którą Kościół katolicki stał się oficjalnym Kościołem Cesarstwa Rzymskiego. Krzyż, który był symbolem cierpienia biednych i wzgardzonych, przyozdobił tarcze imperialnych oprawców. Ta „rewolucja”, wyjaśnia Kung, w niespełna sto lat przeobraziła „Kościół prześladowanych” w „Kościół prześladujących”. Bezpośrednią konsekwencją tej transformacji były liczne zbrodnie instytucji: m.in. krucjaty, inkwizycja hiszpańska, współpraca z nazistami i faszystami. 

Sobór Watykański II

Po Soborze Watykańskim II nastał czas przewartościowań: na całym świecie Kościół przystąpił do krytycznej oceny swoich poczynań. W Ameryce Łacińskiej przybrało to formę Teologii Wyzwolenia, która zaadaptowała przesłanie papieża o powrocie do „preferencyjnego traktowania ubogich” i która wezwała do wspierania inicjatyw na rzecz sprawiedliwości społecznej (w imieniu robotników, bezrolnych chłopów i rdzennej ludności), a także aktywnego sprzeciwu wobec faszystowskiej władzy wojskowej i dominacji korporacyjnej.

Filozofię sformułowali teolodzy latynoscy w Rio de Janeiro w 1964 r. Kolejne konferencje odbyły się w czerwcu i lipcu 1965 r. w Hawanie, Bogocie i Cuernavace. Brazylia stała się kolebką nowego ruchu. Zaczęły tam powstawać chrześcijańskie „społeczności bazowe”, które wkrótce rozprzestrzeniły się po całym kontynencie. W ślad za apelem o odrodzenie Kościoła księża, zakonnice i aktywiści świeccy zanieśli przesłanie Ewangelii do ubogich, zjednoczyli ich we wspólnotach, zainspirowali do podjęcia starań o polepszenie dotychczasowej, rozpaczliwej egzystencji.

Reakcja przywództwa USA była natychmiastowa. Elity Stanów Zjednoczonych nie mogły przyglądać bezczynnie rosnącej popularności ruchu religijnego, który zagrażał ich ekonomicznej i militarnej hegemonii. Władze w Waszyngtonie szybko przystąpiły do jego zgładzenia poprzez przemoc. Watykan przyłączył się do czystki w inny sposób: po śmierci Jana XXIII cenzurował, usuwał, a nawet pozbawiał święceń księży i biskupów opowiadających się za Kościołem Ewangelii.

Ofensywa przeciwko Teologii Wyzwolenia rozpoczęła się w Brazylii. W 1964 r. administracja Lyndona Johnsona obaliła demokratycznie wybranego prezydenta João Goularta. Przewrót odbył się zgodnie z planem opracowanym wcześniej przez Johna F. Kennedy’ego i jego brata, Roberta. Zainstalowany reżim wojskowy stworzył pierwsze w regionie państwo bezpieczeństwa narodowego w stylu neonazistowskim. Wspierane zbrojnie i taktycznie przez Waszyngton, przetrwało do 1985 r. Zwolenników wrogiej filozofii junta uczyniła głównym celem bezwzględnych ataków. Szkoleni w USA oficerowie torturowali i zabijali kapłanów, przedstawicieli społeczności religijnych i świeckich.

Fala represji o skali i brutalności nie miającej precedensu od czasów konkwisty ogarnęła kolejne państwa (m.in. Urugwaj, Gwatemalę, Chile, Argentynę, Salwador i Nikaraguę). Podczas prowadzonej przez administrację Reagana wojny terrorystycznej – nazywanej w Białym Domu „wojną z terroryzmem” – masowe tortury i mordy pozbawiły życia setki tysięcy osób.

„Męczennicy Salwadoru”

Nie jest tajemnicą, kto ponosi odpowiedzialność za tę rzeź i powstrzymanie procesu odnowy Kościoła Ewangelii w Ameryce Łacińskiej. Szkoła Ameryki Północnej i Południowej (School of the Americas – SOA), przemianowana w 2000 r. na Instytut Współpracy na rzecz Bezpieczeństwa Półkuli Zachodniej (Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – WHINSEC) z siedzibą w Fort Benning w stanie Georgia, z dumą informuje w swoich materiałach promocyjnych, że armia USA pomogła „pokonać Teologię Wyzwolenia”, w czym asystował jej popierający plutokrację Watykan.

To bezlitosne stłumienie „herezji” wprawionej w ruch przez Sobór Watykański II znajduje swoje niezrównane literackie odzwierciedlenie w przypowieści o Wielkim Inkwizytorze zawartej w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego.

Rzecz dzieje się w Sewilli w „najstraszniejszym okresie Inkwizycji”. Niespodzianie na ulicach miasta pojawia się Jezus Chrystus, cicho, skrycie, a jednak, co dziwne, wszyscy Go rozpoznają i nie mogąc mu się oprzeć, garną się do Niego. Wielki Inkwizytor rozkazuje strażnikom, aby go pojmali i poprowadzili do więzienia. Tam oskarża Chrystusa o to, że jego obecność przeszkadza w realizacji wielkiego dzieła wytrzebienia wywrotowych idei wolności i wspólnoty. Nie podążamy za Tobą, upomina Jezusa, lecz za Rzymem i mieczem Cezara. Chcemy być wyłącznymi władcami Ziemi, aby nauczyć słabe i nikczemne masy, że ich wyswobodzenie nadejdzie tylko wtedy, gdy wyrzekną się swojej wolności i podporządkują nam. Wtedy będą cisi, pełni trwogi i szczęśliwi. Zatem jutro muszę Cię spalić. Ostatecznie Inkwizytor łagodnieje i wypuszcza aresztanta, aby ten mógł przepaść w ciemnych zaułkach miasta.

Zabójcy ze Szkoły Ameryki Północnej i Południowej – latynoamerykańscy oficerowie – nie praktykowali takiego miłosierdzia.

21 lutego 1990 r. w Kongresie USA wystąpił Václav Havel, bohater Europy Wschodniej. W swoim przemówieniu nie skomentował ani śmierci swoich jezuickich kolegów-intelektualistów, których rozstrzelano zaledwie trzy miesiące wcześniej, ani tragicznego losu mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Stany Zjednoczone nazwał „obrońcą wolności”, za co dostał owację na stojąco.

Podczas obchodów dwudziestej rocznicy masakry w Salwadorze na Uniwersytecie Bostońskim głos zabrał Jon Sobrino, jezuita i teolog wyzwolenia. Najgorszym aspektem tego mordu jest to, że jego ofiarami były również niewinne kobiety, powiedział. Są one symbolem ukrzyżowanych populacji terytoriów kontrolowanych przez USA.

Wojna z obrońcami Kościoła Ewangelii trwa nadal.

→ W swojej książce „Szkoła skrytobójców” („School for Assassins”) z 1999 r. Jack Nelson-Pallmeyer ujawnił, iż w trakcie 75% ćwiczeń odbywających się w Szkole Ameryki Północnej i Południowej symulowano egzekucję księdza lub innego członka wspólnoty religijnej (w rolę skazanych na eliminację wcielał się kapelan armii USA).

→ USA wspierają militarnie 73% dyktatur świata.

Wpis powiązany tematycznie: „Religijny ekstremizm w służbie kapitału”

Opracował: exignorant

Opublikowano Imperialne wojny, militaryzm i terror państwowy

Zmiana klimatu jest już główną siłą napędową upadku ekosystemów i wymierania w lasach tropikalnych

Raport opublikowany 9 października 2018 r. przez Proceedings of National Academy of Sciences (PNAS) ustalił, że wywołana przez cywilizację przemysłową katastrofa klimatyczna nie tylko unicestwiła już wiele gatunków ssaków, ale spowodowała też ogólnoświatową „apokalipsę robali”, która będzie przyspieszać.

Autorzy dokumentu, Bradford Lister z Instytutu Politechniki w Rensselaer (USA) i Andres Garcia z Narodowego Autonomicznego Uniwersytetu Meksyku, stwierdzili, iż liczebność stawonogów i bezkręgowców, w tym owadów ze szkieletami zewnętrznymi, maleje w alarmującym tempie. „Porównaliśmy aktualną biomasę stawonogów w lesie deszczowym Luquillo w Puerto Rico z danymi, które pochodzą z lat 70., i odkryliśmy, że jej spadek był 10/60-krotny”, napisali naukowcy. „Nasze analizy ujawniły synchroniczne redukcje populacji jaszczurek, żab i ptaków żywiących się stawonogami. W ciągu ostatnich 30 lat temperatury w lasach wzrosły o 2,0°C. Nasze badanie pokazuje, że ocieplenie klimatu jest główną siłą napędową załamania sieci pokarmowej (troficznej) lasu. Wpływ zmiany klimatu na ekosystemy tropikalne może być znacznie większy od spodziewanego”.

Mieszkaniec lasu El Yunque w Puerto Rico

Kiedy David Wagner, profesor ekologii i biologii ewolucyjnej, dowiedział się o 60-krotnym zmniejszeniu populacji bezkręgowców i insektów w puertorykańskiej dżungli, podzielił się następującym komentarzem: „Jasny gwint. Opisane w PNAS zjawisko może mieć nieporównanie większą skalę i obejmować mnóstwo ekosystemów. Jestem zdania, że opisane rezultaty i sformułowane zastrzeżenia umniejszają jego skalę. Ich znaczenie i konsekwencje dla innych zwierząt, zwłaszcza kręgowców, są więcej niż zatrważające”. Nagła zmiana klimatu nasila już częstotliwość i intensywność susz. Dalszy wzrost temperatury stworzy warunki, w których ekosystemy lasów deszczowych całkowicie utracą swoją odporność.

→ Pod koniec 2016 r. ogłoszono „wymarcie lokalne” setek gatunków wskutek zmiany klimatu, co sugeruje, że niezliczone rośliny i zwierzęta zmierzają w stronę wymarcia globalnego. Badanie przedstawione 8 grudnia 2016 r. w PLOS Biology pokazało, iż spośród 976 gatunków, które poddano obserwacjom, 450 (czyli ponad 47%) zniknęło ze swoich regionów macierzystych. Uczeni odkryli, iż w większości przypadków do wymierań lokalnych dochodzi w najcieplejszych częściach zasięgu występowania roślin i zwierząt. Fenomen zbiera dwukrotnie większe żniwo w tropikach, ponieważ tamtejsze organizmy wyspecjalizowały się, by egzystować w wąskim zakresie temperatur.

→ Doniesienia o wymieraniach lokalnych napływają z całego świata. W niektórych rejonach południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych można zobaczyć całe górskie zbocza usłane milionami martwych drzew, które zabiła zmiana klimatu. W wielu miejscach wyginęły żaby; powodem były interakcje między klimatem i grzybami. W Andach i Ameryce Południowej taki los spotkał aż 50 gatunków tych płazów. Podobnie ucierpiały społeczności jaszczurek i koralowców. Naukowcy są szczególnie zaniepokojeni sytuacją jadalnych roślin trawiastych takich jak pszenica, ryż i kukurydza. Są one źródłem około połowy wszystkich kalorii spożywanych przez ludzi. W wielu lokalizacjach udane zbiory zależą przede wszystkim od warunków pogodowych. Zgodnie z nieaktualnymi szacunkami, upublicznionymi 27 września 2016 r. w Biology Letters, tempo ewolucyjnej adaptacji traw było do niedawna wiele tysięcy razy wolniejsze od tempa liniowej zmiany klimatu. Ziemia doświadcza już gwałtownego przeobrażenia systemu klimatycznego.

→ Według analizy zaprezentowanej 5 września 2016 r. w Proceedings of the National Academy of Sciences modele będące podstawą prognoz przetrwania gatunków w ocieplającym się świecie są błędne. „Wcześniejsze ustalenia badawcze zaniżyły zagrożenie wyginięciem”, powiedział Mike Angilletta, profesor Uniwersytetu Stanowego w Arizonie.

Wpis powiązany tematycznie: „Wymieranie globalne: Katastrofalny spadek liczebności owadów”

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat, Wymieranie gatunków

Największe wyzwanie

Autorem poniższego eseju jest Roy Scranton, amerykański pisarz i poeta. W 2002 r. zaciągnął się do Armii USA. Przez czternaście miesięcy służył w Iraku. O swoim wojennym doświadczeniu napisał: „Byłem czynnikiem historycznym w ogromnym, nikczemnym przedsięwzięciu, którym była okupacja Iraku. Sprzedałem się za dumę, z jaką wypełniałem swoje żołnierskie obowiązki, i za krwawe pieniądze, które opłaciły moje czesne”. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Jesteśmy skazani na zagładę. Co teraz?” (We’re Doomed. Now What?, 2018).

Kiedy przekraczałem granice Iraku tuż po inwazji w 2003 r., miałem wrażenie, że wjeżdżam w przyszłość. Nasz konwój był w ruchu przez cały dzień i noc. Mijaliśmy punkty kontrolne armii i dymiące szkielety wozów pancernych. W stalowym błękicie świtu z pustyni wynurzył się Bagdad niczym wizja piekła: płomienie lizały niebo sine szczytami rafineryjnych wież – cyklopowych monumentów, które pęczniały oparte o horyzont – a zrujnowane wiadukty opadały na zdruzgotane przedmieścia, zbombardowane fabryki i wąskie starożytne ulice.

Bomby spadały na Bagdad w blasku dnia i w mroku nocy. Oglądałeś to w telewizji, słuchałeś tego w radiu, obserwowałeś to z dachu i poziomu ulicy: żołnierze i cywile ze spalonymi kończynami, połamani przez bryły żelbetu, ich wnętrzności wylewające się na chodnik; rozerwane ściany budynków mieszkalnych i koszarów. Baasiści i islamiści, komuniści i demokraci, sklepikarze, krawcy, robotnicy, pielęgniarki, nauczyciele – wszyscy szukający schronienia w ciemnych norach, w których czekała na nich śmierć. Wielu z nich umarło – niektórzy powoli, wskutek chorób i infekcji, inni szybko, w rozbłyskach światła, w plątaninie stali i chmurach pyłu, zmiażdżeni przez największą armię świata. „Szokując i trwożąc” rozpętaliśmy koniec świata w mieście liczącym sześć milionów ludzi. Infrastruktura przestała funkcjonować: chaos i samowola zawładnęły dostawami wody i energii, ruchem ulicznym, handlem i bezpieczeństwem. Świecka klasa średnia metropolii ginęła w uścisku gangsterów, spekulantów, fundamentalistów i żołdaków. Rząd upadał, mury rosły, wytyczano plemienne granice i ustalano brutalne hierarchie.

Byłem szeregowcem. Ten obcy, kruchy świat miał być moim nowym domem. Nie wiedziałem, jak długo w nim przetrwam. Dwa i pół roku później, po bezpiecznym powrocie do Fort Sill w Oklahomie, myślałem, że mi się udało. Potem zobaczyłem, jak huragan Katrina uderzył w Nowy Orlean. Tym razem to pogoda wywołała „szok i trwogę”, ale obserwowałem pandemonium znane mi z Bagdadu. Po wylądowaniu 82 Brygada Powietrznodesantowa przejęła strategiczne punkty i patrolowała ulice, gdzie obowiązywał de facto stan wojenny. Moja jednostka była gotowa do interwencji na wypadek zamieszek. Ponura przyszłość, której doświadczyłem w stolicy Iraku, dopadła mnie w rodzinnych stronach. Przyczyną nie był terroryzm i broń masowego rażenia. Paraliż i rozpad cywilizacji spowodowała zniszczona infrastruktura. System nie zdołał wytrzymać takiego wstrząsu.

Ta przyszłość już nadeszła. Nie unikniemy załamania sieci rolniczych, żeglugowych i energetycznych [od których zależy globalna gospodarka], wymierania [które ogarnęło biosferę] i naszego gatunkowego wyginięcia. Żyjemy w nowej epoce nazywanej antropocenem, ponieważ Homo sapiens stał się siłą geologiczną i gwałtownie zmienił kondycję Ziemi. Największe wyzwanie, jakie niesie to wydarzenie, identyfikują te oto pytania: Co znaczy „być człowiekiem”? Co znaczy „żyć”? Jakie znaczenie ma moje życie w obliczu śmierci? Jakie znaczenie ma pojedyncze życie w świetle agonii cywilizacji globalnej i całego gatunku? Jak mogę dokonać sensownych wyborów w cieniu niechybnego końca? Próżno by szukać logicznych czy empirycznych odpowiedzi. Są to dylematy filozoficzne par excellence. Wielu myślicieli, w tym Cyceron, Montaigne, Karl Jaspers i Simon Critchley, argumentowało, iż studiowanie filozofii jest w istocie uczeniem się sztuki umierania. Jeżeli to prawda, to wkroczyliśmy w najbardziej filozoficzną erę w dziejach. Musimy nauczyć się, jak umierać nie jako jednostki, lecz jako cywilizacja.

Huragan Maria z 2017 r. zabił w Puerto Rico tysiące ludzi (fot. Karl Vick)

Uczenie się umierania nie jest rzeczą prostą. W Iraku sama idea budziła we mnie przerażenie. Bagdad postrzegałem jako miejsce szalenie niebezpieczne, chociaż statystyka zapewniała o moim bezpieczeństwie. Snajperzy brali nas na cel, byliśmy ostrzeliwani pociskami moździerzowymi, autostrady faszerowano improwizowanymi ładunkami wybuchowymi. Jednak moje ciało osłaniał trudny do spenetrowania pancerz, naszym oddziałem opiekował się świetny medyk, a wszyscy należeliśmy do najpotężniejszej armii w historii świata. Prawdopodobieństwo, że wrócę do swoich bliskich było duże. Być może odniosę rany, ale przeżyję. Mimo tej świadomości moje codzienne przejazdy pośród zgliszcz zmaltretowanego miasta były spojrzeniem w ciemne pustkowie przyszłości. Dla żołnierza śmierć jest przyszłością, którą przydziela mu jego zawód, napisała Simone Weil w swoim niezwykłym studium wojny pt. „Iliada, czyli poemat o sile”. Jednakże natura opiera się koncepcji śmierci jako przyszłości. Gdy doświadczenie wojny uwidoczni możliwość utraty życia, którą niesie ze sobą każda chwila, nasze myśli nie mogą podróżować przez kolejne dni nie napotykając oblicza śmierci. To oblicze odbijało się w moim lustrze, a jego spojrzenie niemal mnie sparaliżowało.

Pomogły mi słowa zalecenia zaczerpniętego z „Hagakure”, podręcznika samuraja z XVIII w. pióra Yamamoto Tsunetomo: Medytacji nad nieuchronną śmiercią winniśmy oddawać się codziennie. Zamiast obawiać się swojego końca, uznałem go i oswoiłem. Każdego ranka wyobrażam sobie, iż zostałem wysadzony w powietrze przez przydrożną minę, zastrzelony przez snajpera, strawiony przez ogień, przejechany przez czołg, rozszarpany przez psy, schwytany i ścięty, zabity przez dyzenterię. Zanim opuściłem bazę, powtarzałem sobie, że nie muszę się martwić, bo jestem trupem. Praktykując odpowiednie nastawienie za dnia i w nocy, możesz uzyskać wolność – żyj tak, jakby twoje ciało było już martwe, radził Tsunetomo. Przez służbę w Iraku przebrnąłem medytując o kresie swojej egzystencji. Kiedy opuściłem Irak i wróciłem do Stanów, zdawało mi się, że zostawiłem tę przyszłość za sobą. Koszmarne pokłosie huraganów szybko wyprowadziło mnie z błędu. Teraz patrzę w naszą przyszłość w antropocenie i widzę zalany Manhattan, zamieszki żywnościowe i uchodźców klimatycznych. Widzę 82 Brygadę strzelającą do szabrowników. Widzę przerwane dostawy prądu, rozbite porty, wycieki z elektrowni jądrowych i pandemie. Widzę Bagdad. Widzę obcy, kruchy świat – nasz nowy dom.

Ludzka psyche w sposób naturalny buntuje się przeciwko wyobrażeniu własnego końca. Dawne cywilizacje podobnie maszerowały na oślep ku katastrofie, ponieważ człowiek wierzy, że jutro zawsze będzie przypominać dzisiaj. Myślenie o prowadzonym stylu życia, chwili obecnej czy panującym porządku rzeczy jako niestabilnym i ulotnym uchodzi za coś nienaturalnego. Nasze dzisiejsze działania globalne świadczą o powszechnym przekonaniu, iż możemy powielać dotychczasowe wzory postępowania w nieskończoność: spalać ropę naftową, zatruwać morza, trzebić gatunki, pompować do atmosfery węgiel, ignorować ostrzeżenia i mechanicznie wysyłać niekończące się tweety w naszym pulsującym, cyfrowym imaginarium. Rzeczywistość zmiany klimatu będzie coraz częściej zakłócać nasze fantazje o wiecznym wzroście, permanentnych innowacjach i niewyczerpanej energii, tak jak rzeczywistość śmiertelności zakłóca naszą pospolitą wiarę w trwanie bez końca.

Największy problem związany ze zmianą klimatu nie dotyczy ewakuacji mieszkańców wybrzeży czy planowania wojny o wodę; nie da się go rozwiązać zakupem auta hybrydowego, wyłączaniem klimatyzacji lub podpisaniem międzynarodowego traktatu. Otóż jest nim zrozumienie, że cywilizacja już zgasła. Im rychlej skonfrontujemy się z tą perspektywą, tym wcześniej zdamy sobie sprawę, iż żadne z podejmowanych starań nas nie ocali. Tylko wtedy bezzwłocznie i ze śmiertelną pokorą zabierzemy się za ciężką pracę przystosowywania się do nowych realiów. Wybór jest czytelny. Możemy udawać, że jutro będzie kopią wczoraj, pomijać przygotowania na ciosy kolejnych kataklizmów i coraz bardziej rozpaczliwie inwestować w model egzystencji, który jest nie do utrzymania. Możemy też nauczyć się traktować każdy dzień jak śmierć wszystkiego, co go poprzedziło i tym samym uzyskać wolność, by bez lęku i przywiązania do rezultatu stawić czoła bolączkom zabójczej teraźniejszości.

Jeśli chcemy nauczyć się żyć w antropocenie, najpierw musimy nauczyć się w nim umrzeć.

Tłumaczenie: exignorant

Opublikowano Poza nadzieją

Nagła zmiana klimatu: Antarktyda topnieje trzy razy szybciej niż pięć lat temu

Autorzy analizy opublikowanej 13 czerwca 2018 r. w Nature alarmują, że Antarktyda topnieje trzy razy szybciej niż 5 lat temu. W latach 1992-2011 traciła średnio 84 miliardy ton lodu rocznie. Od 2012 r. zjawisko przyspieszyło do ponad 241 miliardów ton. Wysunięta najdalej na południe pokrywa lodowa kontynentu jest głównym wskaźnikiem zmiany klimatu. Na przestrzeni ćwierćwiecza zniknęły 3 biliony ton lodu – ta rozpuszczona ilość to odpowiednik akwenu o głębokości dwóch metrów i powierzchni 1 400 000 kilometrów kwadratowych.

Ustalenia są rezultatem kolejnej oceny, której co kilka lat dokonują naukowcy współpracujący z NASA i Europejską Agencją Kosmiczną. Ich misją jest sporządzenie wyczerpującego obrazu lądolodu Antarktydy i Grenlandii. Eksperci z zewnątrz uznali pracę za autorytatywną. W przeciwieństwie do poprzednich analiz, opartych na pomiarach pojedynczych, zespół przygląda się utracie lodu na 24 różne sposoby: korzysta z 10-15 satelitów, instrumentów naziemnych i powietrznych, jak również symulacji komputerowych.

Antarktyda Zachodnia topnieje od spodu.

„W warunkach naturalnych lód Antarktydy nie ulega redukcji”, powiedział Andred Shepherd z Uniwersytetu Leeds w Anglii, główny autor badania. Dominującą przyczyną topnienia jest cieplejsza woda, która penetruje od dołu. Ocieplenie Oceanu Południowego wiąże się ze zmianą kierunku wiatrów, za co odpowiada ogrzana atmosfera. „Myślę, że powinniśmy być zaniepokojeni”, przyznała Isabella Velicogna z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine, jeden z 88 współautorów raportu. „Wydarzenia toczą się szybciej, niż się spodziewaliśmy”. Polarne czapy lodowe zmniejszały się raptowniej w ciągu ostatnich 25 lat niż podczas minionych 10 000 lat. Ponad 70% zaobserwowanego topnienia miało miejsce na Antarktydzie Zachodniej, której część „znajduje się w stanie upadku”, stwierdził Ian Joughin z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, członek ekipy badawczej.

Kevin Lister z Instytutu Klimatycznego w Waszyngtonie (Climate Institute), który przygotował dla ONZ sprawozdanie o warunkach panujących na biegunach, uważa, że zmiana klimatu „jest zasadniczo nieodwracalna, ponieważ istnieją mocne dowody na to, iż efekty ogrzewania wzmacniających się, dodatnich sprzężeń zwrotnych są większe od wzrostu koncentracji [atmosferycznego] CO2”. Dan Fagre, ekolog ze Służby Geologicznej USA (US Geological Survey – USGS) i dyrektor projektu Zmiana Klimatu w Ekosystemach Górskich (Climate Change in Mountain Ecosystems Project), zapytany o globalny wpływ ocieplenia na kriosferę, odpowiedział: „To coś niesamowitego. To nuklearna eksplozja przeobrażeń geologicznych. Tempo jest niewiarygodnie gwałtowne i przekracza zdolność do normalnej adaptacji. Docisnęliśmy gaz do dechy i zdjęliśmy ręce z kierownicy”. Twila Moon, badaczka z Narodowego Centrum Danych Śniegu i Lodu (National Snow and Ice Data Center), podsumowała: „Sytuacja jest tragiczna”.

Opracowanie: exignorant

Opublikowano Klimat