Lucky Luke #48: Jednoręki bandyta
28/01/2017 § Dodaj komentarz
Szatański wynalazek braci Caille
Któż nie widział na własne oczy Jednorękiego Bandyty? Pożeracza pieniędzy, czasu i zdrowia. W dzisiejszych czasach mamy pełno miejsc z współczesnymi wersjami tej zadziwiającej maszyny, jednak jej początki wcale nie były aż tak bardzo obiecujące. Zacznijmy od tego, że to co dziś zwiemy Jednorękim Bandytą jest spadkobiercą innej maszyny zwanej Black Cat. To właśnie o jej początkach i jej twórcach opowiada czterdziesty ósmy album Lucky Luke’a. Oczywiście robi to w sposób mocno humorystyczny, dodając całą masę komicznych sytuacji i naciągając pewne fakty, jednak zawiera w sobie sporo historii. Zapraszam zatem do odbycia podróży z braćmi Caille i ich cudowną maszyną, która w przyszłości, za sprawą Charlesa Frey’a, podbije cały świat. Nie tylko w kasynach.
Historia komiksu zaczyna się gdzieś na dzikim Zachodzie, gdzie dwaj pomysłowi bracia – Adolf i Artur – zbudowali zadziwiający automat do gier. Poprosili oni pewnego senatora, aby pomógł im go przetestować w innych miastach, organizując do tego celu ludzi. Polityk, będący nałogowym hazardzistą, szybko węszy interes i postanawia pomóc dwóm majsterkowiczom, zaś ochronę nad nimi ma roztoczyć słynny, samotny kowboj Lucky Luke.
Wyruszając w podróż, cała trójka, a w zasadzie czwórka licząc Jolly Jumpera, wierzchowca Luke’a o ciętym języku, nie zdaje sobie sprawy jak bardzo odmieni los gier hazardowych w Ameryce.
Historia opisana w tej przygodzie mocno zniekształca prawdziwe wydarzenia jakie miały miejsce podczas powstawiania jednej z najsłynniejszych maszyn do gry, jednak to prostuje notatka historyczna zamieszczona na końcu albumu. Wszak w serii o Lucky Luke’u chodzi głównie o humor i pokazanie Dzikiego Zachodu w krzywym zwierciadle. Główną osią opowieści jest hazard. Właśnie ten element jest tutaj wyśmiany najmocniej i pokazuje się jego groteskowe oblicze. Mamy tutaj na przykład polityków oraz feministki chcących zakazać gier hazardowych, a jednocześnie te same osoby szybko ulegają czarowi maszyny braci Caille. Podobnie sytuacja wygląda w miastach słynących z hazardu, gdzie ludzie zakładają się o wszystko, zaś kanciarze zamiast na cmentarz lądują na szynie oblepieni smołą i pierzem. W takich przybytkach również jednoręki bandyta szybko zdobywa popularność, gdyż niejako jest „pochwałą” dla sztuki oszukiwania współgraczy.
Czytając tom warto jednak mieć na uwadze prawdziwą historię stworzenia Black Cat oraz jego rozwój. Tak naprawdę Artur i Adolf Caille zbudowali na początku automat do rozmieniania monet, który szybko zyskał popularność. W 1889, czyli rok po swoim sukcesie, wypuścili na rynek pierwszą
maszynę hazardową, czyli Black Cat. Była ona rewelacyjnym pomysłem, gdyż w umiejętny sposób obchodziła prawo antyhazardowe, co przyczyniło się do wzrostu jej popularności. Jednak za ojca znanej nam dziś wersji Jednorękiego Bandyty uznawany jest Charles Frey, który w 1895 roku udoskonalił wynalazek braci Caille i tym samym zgarnął największe laury oraz profity z tym związane. Zresztą ostra konkurencja na tym polu zaczęła się już w 1891 roku, kiedy to firma Sittman and Pitt wprowadziła pierwsze tego typu maszyny do pubów. W tym czasie bracia Caille swój wynalazek sprzedawali do klubów dla arystokracji i polityków, licząc na większy zysk. Jak się jednak okazało to w zwykłych spelunkach i barach była ukryta prawdziwa rzeka pieniędzy.
Album zawiera oczywiście więcej odniesień do historii Dzikiego Zachodu, jednak tutaj trzeba posiadać naprawdę sporą wiedzę, aby wyłapać wszystkie smaczki. Nie każdemu może jednak się spodobać miejscami zbyt absurdalny humor, który nieco odstaje od innych przygód naszego kowboja. Jest to spowodowane zmianą na stanowisku scenarzysty, wymuszoną śmiercią Rene Goscinnego, który zmarł jesienią 1977 roku. Początkowo za rysunki i scenariusz odpowiadał Morris (Skarb Daltonów), jednak w przypadku tego albumu zatrudniono Boba De Groota, który bardzo starał się naśladować styl poprzednika. Nie do końca mu to jednak wyszło, przynajmniej takie miałem odczucia podczas lektury dalszych
kart tego albumu. Wolałbym, aby za scenariusz i tym razem odpowiadał Morris, który pozostał na stanowisku rysownika, zaś lata współpracy z Goscinnym pozwoliłyby mu na lepsze poprowadzenie serii do końca.
Jednoręki bandyta to udany album, ale to właśnie w nim odczułem odejście mistrza. Przy lekturze Skarbu Daltonów tego nie widziałem, gdyż za scenariusz odpowiadał Morrison i wyśmienicie wszedł w skórę swego towarzysza. Zapewne zagorzali fani serii mogą poczuć większe rozczarowanie z powodu wprowadzenia miejscami zbyt dużej „abstrakcji” niektórych scen czy postaci, ale można to spokojnie przełknąć. Komiks śmieszy, czyta się dobrze i w bardzo ciekawy sposób odnosi się do gier hazardowych oraz początków jednorękiego bandyty. Warto zatem dać szansę nowym scenarzystom i sięgnąć po ten odcinek oraz kolejne przygody Lucky Luke’a.
Bob De Groot & Morris (sc.), Morris {właśc. Maurice de Bevere} (rys.), „Lucky Luke #48: Jednoręki bandyta”, tłum. Maria Mosiewicz, Klub Świata Komiksu – album 1049, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2016.
[autor: Artur Tojza]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Munchkin: Dodatek obfitości
27/01/2017 § Dodaj komentarz
Nowy dodatek
Munchkin to jedna z najpopularniejszych gier imprezowych nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jej kolejne wersje i odmiany niezmiennie podbijają serca fanów. Spora dawka humoru i absurdalność kart sprawiają, że każdej rozgrywce towarzyszy wiele śmiechu i radości. Nieskomplikowane zasady (które możecie poznać w recenzjach podstawowych wersji gry) również zyskują Munchkinowi nowych wielbicieli. Niedawno ukazał się w naszym kraju kolejny zestaw kart, czyli Dodatek obfitości Zawiera on kilka innowacji zasad, w zależności od modyfikacji, którą zdecydują się wykorzystać gracze. Pudełko zawiera bowiem:
– Wróżkowy pyłek: od tej pory każdy gracz, który zdecyduje się pomóc koledze w walce, która zostanie wygrana, lub anuluje klątwę rzuconą na kogoś innego, może pociągnąć kartę z odpowiedniej puli, w której zwykle można znaleźć troszkę silniejsze efekty niż zwykle. Do tego w talii Drzwi pojawia się Błyskotliwie Dobra Wróżka. Po jej zabiciu dostaje się aż cztery Skarby oraz dwie karty Wróżkowego Pyłku, jednak reszta kart ze stosu znika. Jeśli jednak walkę wygra Wróżka, zostaje ona wtasowana w 10 wierzchnich kart Drzwi,
– Munchkinomikon: jest pierwszym Skarbem, który otrzymuje pierwszy z graczy,
a daje mu bonus +5 do siły. Jest to jednak zła broń która ucieknie do innego gracza, który: umrze, udanie zagra Klątwę, poświęci swój poziom lub trzy karty z ręki. Dobierając Munchikomikon dobiera się również kartę ze specjalnej talii zaklęć. Dodatkowo na początku każdej tury, kiedy się go posiada, dobiera się następną. Nie będzie to jednak częste zjawisko, bo Munchkinomikon bezustannie przechodzi z rąk do rąk,
– Smoki oraz Wejście Smoków: to dodatkowy zestaw kart zawierających Smoki, które wzajemnie potrafią na siebie wpływać,
– Żywi Inaczej: to niemal lustrzane odbicie Smoków, ale z nieumarłymi w komplecie,
– Wzmocnienia potworów, Księżniczki oraz Grozmieniacze to dodatki, które nie zmieniają zasad, stanowią tylko nowe zestawy kart.
Najnowszy dodatek zawiera 104 karty kompatybilne z podstawowymi edycjami, głównie Fantasy (choć sprawdzają się bez problemu również choćby z Legendami czy Pathfinderem). Kilka z nich – Smoki, Żywi Inaczej czy Księżniczki nie mają dużego wpływu na rozgrywkę,
jednak Wróżkowy Pyłek oraz Munchkinomikon modyfikują nie tylko zasady, ale również dynamikę gry. Wróżkowy Pyłek w znaczący sposób zmienia zasady wzajemnej pomocy, gdzie gracze czasami mogą nie zgodzić się na czyjaś pomoc, lub jeszcze usilniej przeszkadzać w cudzych walkach. Największą różnicę wprowadza jednak Munchkinomikon, który sprawia, że gracze potrafią bić się o niego co turę, szczególnie, że w odróżnieniu od większości innych kart, jego można zdobyć natychmiast po spełnieniu warunków. Szybkość zmian wpływa bardzo dobrze na dynamikę rozgrywki, dzięki czemu gra robi się dużo żywsza i ciekawsza.
Mimo że autorzy poszczególnych odmian są różni (Steve Jackson, Andrew Hackard i Devin Lewis), za oprawę graficzną tradycyjnie odpowiada John Kovalic, bez którego trudno wyobrazić sobie kolejne Munchkiny. Jego karykaturalna kreska idealnie wpasowuje się w absurdalny charakter gry, dzięki czemu jest kona konsekwentna pod każdym względem.
Biorąc to wszystko pod uwagę, Dodatek obfitości jest jednym z najciekawszych udoskonaleń Munchkina, ponieważ w znaczący sposób wpływa na płynność zabawy, a nie tylko stanowi zestaw kart, który co prawda urozmaica, ale nie zmienia gry i jej prawideł. Jeśli zatem chcielibyście wzbogacić swoją wersję i zastanawiacie się nad kolejnym zestawem kart, Dodatek obfitości będzie stanowił dobry wybór!
„Munchkin: Dodatek obfitości”, Steve Jackson (projektant), John Kovalic (oprawa graficzna), Wydawca:: Black Monk Games.
Wiek graczy od 12 lat, czas rozgrywki ok. 60 minut, liczba graczy 2-6.
[autor: Paweł Olejniczak]
{grę można kupić m.in. w poznańskiej księgarni KiK, która mieści się na ul. Św. Marcin 26; wszyscy, którzy wybiorą się do KiK-u (lub zamówią książkę via wiadomość fb: klik! klik!) na hasło „kopiec kreta” otrzymają możliwość kupienia gry z rabatem 10%}
Totalnie nie nostalgia
26/01/2017 § 1 komentarz
Dzieci rozumieją wszystko…
Wanda Hagedorn w rozmowie z Agatą Maksymiuk tak mówi o swoim komiksie: „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną, a więc prawdziwą. Gdyby wątki nie były prawdziwe, musiałabym nazwać ją fikcją. Niektóre są gorzkie, ponieważ portretują życie, a większość żyć ludzkich składa się z goryczy i słodyczy”. To ważne oświadczenie, które każda osoba sięgająca po wspomnianą pozycję, musi mieć w tyle głowy. Ani na chwilę nie powinna zapominać, że przedstawione wydarzenia nie są wytworem wyobraźni scenarzystki. Proszę uważać. Przypuszczam, że część czytelników może – w ramach samoobrony – podjąć mimowolną próbę pójścia na skróty, zastosować mechanizm wyparcia i zrzucić depresyjno-opresyjno-represyjną wymowę na karb wybujałej fantazji Hagedorn.
Totalnie nie… to fascynująca pozycja, która wciąga od pierwszych plansz. Od lektury trudno się oderwać, czytelnik pragnie poznać od razu całą opowieść. Ważny i znaczący jest sam tytuł komiksu, który niejako z góry ustawia właściwe nastawienie. Autorka podkreśla nim informację, że książka nie powstała z sentymentu czy tęsknoty za PRL-em. Wręcz przeciwnie. W opowieści komunistyczna polityka, bratnie wojska, partia, kartki żywnościowe czy stan wojenny grają role epizodyczne.
Autorka nie poświęca im zbyt wiele uwagi, gdyż stanowią jedynie scenografię, na tle której rozgrywają się prawdziwe dramaty rodziny narratorki. Dlatego osoby, które liczą na miłą i niezobowiązującą opowieść utkaną z sentymentalnych wątków, niech nawet do niej nie podchodzą.
Scenarzystka, Wanda Hagedorn, od 1986 roku mieszka w Australii, gdzie wyemigrowała jako dorosła, zamężna kobieta. W omawianym komiksie wraca do wspomnień z dzieciństwa, które spędziła z rodzicami i trzema młodszymi siostrami najpierw w Szczecinie, a następnie w Kołobrzegu i Pruszkowie. Memuar pisany jest z pozycji osoby dorosłej, która jest w pełni świadoma znaczenia i wartości opisywanych zdarzeń. Poprzez grzebanie w pamięci (swojej i sióstr) stara się lepiej zrozumieć siebie, własne emocje oraz relacje z innymi. Historia podzielona została na trzy części, które odpowiednio poświecono dzieciństwu, dorastaniu i dojrzewaniu do dorosłości. Narracja przetykana jest rozgrywającymi się współcześnie wstawkami, które mają charakter retardacji i pełnią funkcję przystanków na złapanie oddechu i chwilę refleksji.
Bez wątpienia „Totalnie nie nostalgia jest opowieścią autobiograficzną”. Wandzia, Wanduśka, Wanda stanowi centralny ośrodek, wokół której ogniskuje się cała fabuła.
Niebagatelne znaczenie nadano także wszystkim innym kobiecym postaciom występującym w komiksie: matce, sistrom, babciom i ciotkom. To na nich patriarchalna rzeczywistość odciska swoje traumatyczne piętno. Relacja jest szczera aż do bólu, nie ma w niej ani grama fałszu. Wydaje się, że autorka nic przed czytelnikiem nie ukrywa. I dotyczy to zarówno sytuacji seksualnego molestowania rodzeństwa, używania fizycznej przemocy, obleśnego zachowania wujostwa i przełożonych ojca, a także dziecięcych rytuałów inicjacyjnych. Sporo uwagi poświęca się despotycznemu i narcystycznemu ojcu. Sceny terroru i tyranii należą do najbardziej przejmujących w całym komiksie.
Dużo dobrego napisałem już o warstwie literackiej, jednak nie należy zapominać, że mamy do czynienia z powieścią graficzną. Jacek Frąś, który odpowiada za warstwę wizualną, wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Siła rażenia, z jaką Totalnie nie… działa na czytelnika w dużym stopniu jest jego zasługą. Kreska, jaką posługuje się artysta, nie jest hiperrealistyczna, ale jednak rzeczywistość została odwzorowana bardzo precyzyjnie. Twórca poświęcił sporo uwagi wszystkim detalom i temu, aby były zgodne z realiami epoki. Powyżej wspomniałem o tym, że album został podzielony na trzy rozdziały.
Trójpodział podkreślony zostaje także w warstwie ilustracyjnej: początkowo przedstawienie postaci jest wyraźnie karykaturalne, jednak wraz z dorastaniem protagonistki rysunek staje się bardziej realistyczny.
Nie wiem, czy Wanda Hagedorn rozpisała scenariusz na plansze, sceny i kadry z sugestiami graficznymi, ale bez wątpienia Frąś pierwszorzędnie wczuł się w narrację. Pewne jest, że autorzy mailowo dyskutowali o rysunkach. Na wklejce umieszczono fragmenty korespondencji, jak się wpatrzymy, to możemy przeczytać m.in.: „nie rysujesz ludziom oczu”, „zmienić nieco jej kok”, „zmieniłem ujęcia w 2 ostatnich kadrach – celem podbicia emocji” czy „wygląda to słabooo!”. A według mnie wygląda doskonale!
Lektura omawianej pozycji wywarła na mnie mocne wrażenie. Wręcz piorunujące. Pewnie dlatego, że
perspektywa ujęcia tematu jest tak różna/odmienna od mojej osobistej. Wymowy komiksu nie łagodzi fakt, że własne życiowe doświadczenia z opresyjno-despotycznym ojcem (i dziadkiem) były bardzo, bardzo podobne do przeżyć sióstr Chmielewskich. Mimo wszystko trochę niepokoi mnie łatwość z jaką scenarzysta podzieliła świat: wszystkie kobiety są represjonowane, a wszyscy mężczyźni występujący w komiksie to zło wcielone. Abstrahując od rzeczonych zastrzeżeń śmiem twierdzić, że Totalnie nie nostalgia to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza, pozycja w polskiej komiksografii XXI wieku.
Wanda Hagedorn (sc.), Jacek Frąś (rys.), „Totalnie nie nostalgia. Memuar”, Wydawnictwo Komiksowe & Kultura Gniewu, Warszawa 2017.
[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Krew tchórzy #2: Rzeźnik
25/01/2017 § Dodaj komentarz
Rzeźnik i przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej
Rzeźnik to drugi album serii Krew tchórzy, w którym do końca zrealizowany zostaje wątek fabularny dotyczący śledztwa rozpoczętego w 1663 roku przez majora Arthura J. Joyce’a Byrona Pike’a. Koronny śledczy stara się rozwiązać zagadkę poćwiartowanych zwłok kilku mężczyzn odnalezionych u brzegu rzeki Ouse. Akcja komiksu, tak samo jak w uprzedniej odsłonie, rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych i geograficznych. Dochodzenie Arthura Pike’a jest ściśle powiązane z wydarzeniami, które rozegrały się dwadzieścia lat wcześniej na Jawie.
W Batawii pierwsze skrzypce grał James Eddington, kapitan Pierwszego Regimentu Królewskich Kirasjerów, który miał za zadanie wyjaśnić okoliczności śmierci sir Francisa. Idzi mu jak po grudzie. Zresztą koronnemu śledczemu w Anglii także niespecjalnie się wiedzie, właściwie udało mu się ustalić tożsamość zamordowanych mężczyzn, ale nic z tego dalej nie wynika. I w jednym, i w drugim wątku
dwuznaczną rolę odgrywają wysoko postawieni przedstawiciele Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC), którym niespecjalnie zależy na schwytaniu sprawców i wyjaśnieniu motywu morderstw.
Wyraźnie wzrasta dynamika obu prowadzonych śledztw. Co prawda scenarzysta wciąż myli tropy, pozwala swym bohaterom szukać na oślep i błądzić niczym dzieci we mgle. Jednak z biegiem akcji czytelnik zaczyna rozumieć, że oba wątki są ze sobą przewrotnie i ściśle powiązane. Zresztą, kto by się spodziewał, że pod płaszczykiem uprzejmości i profesjonalizmu major Pike skrywa drugą, bardzo przerażającą, twarz. Nie będę zdradzał zamysłu Jeana-Yvesa Delitte’a, ponieważ warto samemu zmierzyć się z fabułą. Zapewniam, że całość jest nieźle obmyślona.
Pod względem graficznym Rzeźnik nie odbiega od Zemsty Jamy. Nadal duże wrażenie robi szczegółowość i dokładność świata przedstawionego. Zwracają uwagę spektakularne dwuplanszowe rozkładówki, na których podziwiać możemy zimowy krajobraz angielskich siedemnastowiecznych przedmieść lub spieczone słońcem okolice portu w Batawii. Należy docenić także sam układ karów na planszy, który miejscami bywa
zaskakujący i nieoczywisty. Rysunek Delitte’a robi na mnie silne wrażenie, choć przeszkadza mi jedna, mała drobnostka: postaci wypowiadają się przez zamknięte usta.
Recenzując jedynkę pisałem: „Serial Krew tchórzy nie jest czystą opowieścią spod znaku płaszcza i szpady. Zawiera wyraziste elementy komiksu detektywistycznego…”. Po lekturze dwójki muszę przyznać, że komiks ma znamiona świetnego kryminału, w którym napięcie wzrasta ze strony na stronę, aż do całkowicie niespodziewanego finału. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się takiego zakończenia. Całość opowieści zostaje wywrócona do góry nogami. Po zdobyciu całkowitej wiedzy warto dyptyk przeczytać raz jeszcze, aby dokładnie poukładać poszczególne elementy układanki i docenić kunszt scenarzysty.
Jean-Yves Delitte (sc. & rys.), „Krew tchórzy #2: Rzeźnik”, tłum. Wojciech Birek, Scream Comics, Łódź 2016.
[scenariusz: 5-, rysunki: 5+, kolory/cienie: 3+]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Gildia Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:
Velvet #2: Tajne życie umarlaków
24/01/2017 § Dodaj komentarz
James Bond w spódnicy
Właściwie w pierwszym albumie serii Velvet (klik! klik!) scenarzysta skupił się rozstawieniu pionów i figur na planszy. Drugi tom zawiera dość skomplikowaną roszadę, która na pierwszy rzut oka może wydawać się aż za bardzo złożona. Mnożą się wątki, epizody oraz postaci. Obraz szpiegowskiego spisku, z którym musi sobie poradzić Velvet Templeton (oraz czytelnik), zaciemnia się, miast się rozjaśniać.
Jak pamiętamy: protagonistka została wrobiona w morderstwo kolegi z tajnej agencji, który również był szpiegiem. Dlatego jest ścigana przez brygadę operacyjną z ARC-7. Chcąc dowieść swojej niewinności, musi przystąpić do kontrataku i odkryć, kto stoi za całą intrygą. Metodą eliminacji wyklucza kolejne osoby, które z cienia mogą pociągać za sznurki. Kobieta nie cofnie się przed niczym, aby dojść do prawdy. Początkowo chciałem napisać: „Nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać swoje dawne życie”, ale uświadomiłem sobie, że to wcale nie jest podstawową motywacją. Nie na tym bohaterce zależy.
Ona po prostu nie znosi być niczyją marionetką, stąd takie intensywne poszukiwania. Posuwa się nawet do spektakularnych porwań, które nie zawsze są tym, czym wydają się być na pierwszy rzut oka.
Intryga skrojona przez Brubakera zatacza coraz szersze kręgi. Czytelnik kilka razy skutecznie zostaje wyprowadzony na manowce. Zresztą spotyka to i pannę Templeton. Zagubienie i niepewność bohaterki udziela się czytelnikowi. Zadziwiające, z jaką łatwością dajemy się zwieść scenarzyście. Podczas lektury mamy jakieś wyobrażenia dotyczące tego, w jakim kierunku będzie rozwijała się fabuła, ale kilka stron dalej okazuje się, że zupełnie przestrzeliliśmy. To frustruje, ale i pozwala docenić pisarski kunszt Eda Brubakera.
Od strony graficznej Tajne życie umarlaków niczym nie różni się od uprzedniego albumu.
Jeśli spodobało się Wam u U kresu, to podziwiając plansze Steve’a Eptinga, nie będziecie zawiedzeni. Tak wysoka ocena warstwy wizualnej nie byłaby możliwa, gdyby nie fenomenalna robota kolorystki – Elizabeth Breitweiser, która postawiła na zimne i ciemne barwy. Co przekłada się na wyraźne odczucie, że rzeczywistość, w której działa Velvet nie jest przyjaznym miejscem.
Jak widać Velvet to perfekcyjnie zbudowany thriller szpiegowski, ale także komiks akcji: świetnie ukazane sceny walki wręcz, strzelaniny, emocjonujące pościgi, częste zmiany lokacji (przemieszczamy się po całej Europie) i środków transportu. Brubaker i Epting opowiadają historię wciągającą i pasjonującą, która przypomina najlepsze filmy z Jamesem Bondem.
Ed Brubaker (sc.), Steve Epting (rys.), „Velvet #2: Tajne życie umarlaków”, tłum. Jacek Drewnowski, Mucha Comics, Warszawa 2016.
[scenariusz: 5+, rysunki: 5, kolory/cienie: 6-]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}
Recenzja napisana dla serwisu Aleja Komiksu, klikać :tu: tak! :tu:
Calvin i Hobbes #11: Dziki kot – psychopatyczny morderca
22/01/2017 § Dodaj komentarz
Reformator i filozof
Dziki kot – psychopatyczny morderca to jedenasty i ostatni już tom zbiorczego wydania komiksowych pasków z przygodami Calvina i Hobbesa. Szkoda, że nowych opowieści już nie będzie, ale ważniejsze jest, że do samego końca seria zachowała wysoki poziom. Kot… więc zachwyca, bawi i skłania do myślenia. I przy okazji tak znakomicie poprawia humor, że po odłożeniu książeczki na twarzy na długo pozostaje błogi uśmiech.
Tym razem ktoś zaczyna wysyłać do Calvina listy. Chłopiec, który do tej pory nie mógł narzekać na nadmiar korespondencji nagle otrzymuje coraz więcej dziwnych wiadomości pisanych nie wiadomo przez kogo. Nadawca każdą z nich sygnuje znakiem czaszki i coraz mocniej obraża Calvina. Kto to może być? I dlaczego to robi? Wiadome jest jedno, listy wysyła ktoś z tego miasta…
To jednak dopiero początek! Nastała zima, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a jak wiadomo Calvin do najgrzeczniejszych dzieci nie należy. Czy lepiej opłaca się więc próbować na siłę (nad)robić dobre uczynki w oczekiwaniu na prezent czy jednak bawić się dobrze i bezkompromisowo już teraz? A może za złe uczynki nie dostanie prezentu, ale takiego, na którym wcale mu nie zależy? I pozostaje jeszcze oczywiście kwestia listu do Świętego Mikołaja i tego, jaką taktykę obrać, by jak najlepiej wmanewrować go w prezenty…
Ta seria jest po prostu rewelacyjna. Wyrosła na gruncie nieśmiertelnych Fistaszków Schultza oferuje nie tylko to, co w paskach tworzonych do codziennych gazet najlepsze, ale przede wszystkim własny, niepowtarzalny styl i charakter. Specyficznego klimatu także nie można jej odmówić. Scenariusze poszczególnych odcinków, czy to łączących się w większą całość czy też stanowiących autonomiczną opowiastkę (jak każdemu miłośnikowi komiksu wiadomo także i te wyrwane ze środka większych treści znakomicie nadają się do samodzielnego czytania), to rozbrajające historyjki, mocno satyryczne i gorzkie w swym brzmieniu. A jednak nie sposób się przy nich nie śmiać.
Co ważne, a może nawet najważniejsze, poziom humoru jest odpowiedni zarówno dla dzieci, młodzieży, jak również dorosłych. Każdy też inaczej odbierze prezentowaną treść, a ta jest naprawdę głęboka, zaangażowana i ciekawa. Nie przypadkiem daj główni bohaterowie, mały chłopiec i pluszowy tygrys, który ożywa w jego oczach dzielą imiona reformatora chrześcijaństwa i filozofa.
Jak komiks prezentuje się pod względem graficznym? Wprost znakomicie! Jak w przypadku Fistaszków czy Garfileda, tak również tutaj największą siłą jest prostota. Ale prostota absolutnie zachwycająca. A co więcej autor pokazuje się także nie raz od bardziej złożonej i realistycznej strony, nie zapominając także o porcji odcinków w pełni kolorowych.
Rewelacyjna rzecz. Dobrze, że Egmont wydał tę serię i dobrze, że ją wznowił. Warto po nią sięgnąć, warto przeczytać i warto wracać raz po raz. Nie zastanawiajcie się, dobra i inteligentna zabawa gwarantowana. Dlatego polecam bardzo gorąco.
Bill Watterson (sc. & rys.), „Calvin i Hobbes #11: Dziki kot – psychopatyczny morderca”, tłum. Piotr W. Cholewa, Klub Świata Komiksu – album 586, Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o., wyd. II, Warszawa 2016.
[autor: Michał Lipka]

{komiks można kupić tu: klik! klik!}










