Najnowsze
Czy patriarchat szkodzi mężczyznom?
O czym jest „Ida”?
„Ida“ to film o zniszczeniu żydowskiej tożsamości przez polskość i Polaków.
Wanda Gruz w perwersyjny sposób realizuje schemat polskiego bohatera romantycznego: wiedziona poczuciem obowiązku porzuca rodzinę, aby walczyć o Polskę. Rodzinę tę traci na dobre, ale po zwycięstwie angażuje się w dzieło odbudowy kraju – niestety dla niej okazuje się jednak, że niedobrej służyła sprawie, że nie o taką Polskę walczyli Polacy (przynajmniej w swoich opowieściach, przecież aparat Polski Ludowej tworzyli prawie wyłącznie Polacy). Jej rezygnacja z żydowskości nie skutkuje żadną integracją, nie przynosi nic dobrego jej ani Polakom: osamotniona Wanda dogorywa gdzieś na marginesie; wyrzucona poza nawias polskości, zinternalizowała polski, antysemicki obraz Żydówki: resztki swojej żydowskości realizuje, upijając się i rozpijając porządnych, polskich mężczyzn, a potem uwodząc ich z niesłowiańską przecież lubieżnością.
Z idą natomiast jest łatwiej: zostaje włączona w polskość, ale za cenę całkowitego wymazania żydowskości (albo wręcz cech osobniczych). Tymczasowe zaburzenie tego stanu rzeczy, będące tematem filmu, i jej chwilowy bunt, będą służyć tylko skuteczniejszemu trzymaniu jej na uwięzi, jako ułuda dokonania wyboru (faktycznie go przecież nie miała) i straszna tajemnica, o której zachowanie będzie musiała całe życie zabiegać, tym bardziej więc dopasowując się do polskich oczekiwań.
Filmowi Polacy nie tylko wymordowali rodzinę Wandy i Idy, ale także odebrali im ich dziedzictwo, zastępując autentyczną żydowską pamięć jej atrapą „made in Poland“. Ten wątek podejmuje też film na metapoziomie – w końcu jest to opowieść Polaków o Polakach, w której żydowskość została potraktowana instrumentalnie jako pretekst.
Zdradzeni przez Ciechana
Właśnie przewala się fala oburzu na właściciela browaru w Ciechanowie, a ostatnie wylanego krople piwa spływają rynsztokami koło modnych warszawskich knajp. Co wzbudziło tak masową etyczną mobilizację subkultury hipsterów? Tzn. wiadomo, że homo- i transfobiczne głupoty wygadywane przez Jakubiaka, ale przecież nie pierwszy to ani jedyny obskurant wśród elity Polski.
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zahaczyć o fundamentalną kwestię: kto jest hipsterem? Jakie są fundamentalne wartości hipsteryzmu? Otóż uważam, że jednym z filarów jest dążenie do zmiany świata na lepsze przez ukierunkowanie indywidualnej konsumpcji ku etyczności; to znaczy: wydaj więcej, poświęć czas, ale kup lokalne, niepryskane, prospołeczne, antykorporacyjne, autentyczne. Wiąże się z tym nieufność wobec masowych marek, oznaczeń handlowych i korporacji – na propsie jest drajw do niszy, wynikający nie z, jak się to często upraszcza, bezmyślnego elitaryzmu, tylko z impulsu etycznego, bo przecież mejnstrim jest opanowany przez siły kapitalistycznego zła, od którego uciekaj. Który to impuls wyradza się często w bezmyślny elitaryzm – to nie jest już ruch alterglobalistyczny przełomu wieków, a tylko ideologiczna popłuczyna po nim; naprawianie świata stało się indywidualną sprawą poszczególnych osób, wybierających etyczność jako lajfstajl. Oczywiście musi pojawiać się napięcie między niszowością a mejnstrimizacją: jeśli drajw do niszy ma zmienić świat, to nisze powinny się zmejnstrimować, ale mejnstrimując się, ulegają zepsuciu.
Ciechan to idealny produkt dla hipsterów – marketowany pod hasłami sprzeciwu wobec masowej produkcji w dużych browarach, powrotu do korzeni browarnictwa, sztuki piwowarskiej. Mała firma, produkt polski, walczący z globalnymi Goliatami. Właściciel musi zdawać sobie sprawę, jak ważne dla sukcesu jego marki jest pozostanie w niszy (albo na granicy między niszą a mejnstrimem) – w końcu kiedy piwo niepasteryzowane weszło do mejnstrimu, zrezygnował z tego określenia. To piwo jebiące starą ścierą, więc jego picie nie będzie przyjemnością dla zwykłego, masowego konsumenta, ale może stanowić jouissance dla etycznego znawcy.
Co więc mogło pójść nie tak? Ciechan powinien zmieniać ze swojej niszy świat na lepsze, a wtem (wcale nie wtem – że Jakubiak wspiera skrajną prawicę, to już było wiadomo w zeszłym sezonie) okazuje się, że i tak walczy w służbie zła.
Wielka pustka
Bohaterów „Jetlagu“ Michała R. Wiśniewskiego łączy przede wszystkim poczucie beznadziei i samotności. Ci z głównej linii fabularnej, połączeni przypadkową, powierzchowną znajomościa udającą przyjaźń, próbują bez większego sukcesu uciekać przed nim w gotowe formy (najbanalniejsza – konserwatywne małżeństwo; miłość „od pierwszego wejrzenia“ do widzianej przez chwilę dziewczyny), znane z kolorowych żurnali (seks z dwiema kobietami naraz) albo z mediów liberalnych (internetowy startup). Ci z krótkich opowiadań wplecionych między rozdziały linii głównej najczęściej sami w nie wpadają, goniąc za absurdalnymi ambicjami; czasem cena za próbę znalezienia swojej społecznej niszy okazuje się bardzo wysoka (jak w opowiadaniu o walce atarowców z commodorowcami).
Ich motywacja więc to z jednej strony próba dostosowania się do mainstreamowych oczekiwań i, co gorsza, odnalezienia w nich własnej drogi do szczęścia; z drugiej – próba podążania drogą tak nonkonformistycznie odmienną od tych oczekiwań, że jest to skazane na porażkę. Ciekawe przy tym jest całkowite pogodzenie ze światem. Bohaterowie usiłują jedynie zmienić swoje miejsce w układzie odniesienia, jaki stanowi świat, natomiast próby dokonania czynu zmieniającego sam układ odniesienia są poza ich horyzontem wyobrażeń. Nawet w świetnej końcówce, kiedy bohaterka podejmuje wreszcie próbę radykalnej zmiany swojego położenia, ogranicza się to do groteskowych poszukiwań „swojego prawdziwego ja“ według przepisów fundowanych przez machiny kapitalistycznego marketingu. Polityka pojawia się bodaj tylko raz, jako metonimia czegoś nudnego i alienującego, czym zajmują się inni.
Gdzieś tam oczywiście musi dojrzewać potencjał zmian, wspólnego działania, organizacji – dostępne przepisy na życie przestały dawać satysfakcjonujący efekt, a spełnienie się w tych nowych pozostaje niemożliwe w skostniałym społeczeństwie – jak na razie jednak zamiast myślenia o pospolitej rzeczy i działania dla jej dobra mamy zamknięte cztery ściany prywatności i wielką pustkę. Ta pustka jest najważniejszym tematem „Jetlagu“.
Michał R. Wiśniewski, „Jetlag”, Wyd. Krytyka Polityczna 2014
Symetryzm revisited
Diagnoza trapiącej mejnstrim choroby symetryzmu i prawdy leżącej po środku ma już parę lat, a mejnstrim ma wciąż na nią wyjebane i nie chce się leczyć. Grałem niedawno w žižuku – grę polegającą na odwróceniu, niczym prawdziwy Žižek, jakiegoś twierdzenia powszechnie uznawanego za prawdziwe i wymyśleniu zabawnego i odkrywczego uzasadnienia dla tego odwrócenia – i zdobyłem dużo punktów, zadając pytanie: a co, jeśli pozorne symetryczne traktowanie prawicy i lewicy, i ustawianie prawdy zawsze pośrodku pomiędzy stanowiskiem prawicy a stanowiskiem lewicy, w istocie służy maskowaniu głębokiej asymetrii w traktowaniu stron sporu politycznego przez mejnstrim?
Wyciągnąłem z pawlacza swój Zestaw Małego Freuda, odkurzyłem go i przystąpiłem do działania. Wyszło mi, że w mejnstrimie:
Prawica jest jak ojciec. Prawica pilnuje wartości, jest z natury surowa, czasem może z tą surowością przesadza, ale nie można jej mieć tego za złe: tak jest świat urządzony. Prawica obsztorcowuje, napomina, egzekwuje. Wymaga przestrzegania zasad, samodzielności, zaradności. Jeśli sobie nie radzisz, nie pomoże. Jeśli się nie dostosujesz do zasad, to tylko twoja wina. Operuje językiem twardych danych i cyferek. Cała władza jest w jej rękach.
Lewica jest jak matka. Jej zadanie to łagodzić surowość prawicy. Jest miła, dobra i łagodna. Przytuli do serca, spróbuje pojednać zwaśnione dzieciątka, pocieszy i pomoże, nawet jeśli to twoja wina. Jest miękka, wszystko wybacza. Operuje językiem miłości i zrozumienia. Nie ma praktycznie żadnej władzy.
No i teraz symetryczne ustawienie debaty w różnych sprawach służy nie tyle przyznaniu połowy racji lewicy, a połowy prawicy, ile porównaniu jednej i drugiej z wzorcami męskości i kobiecości. Porównanie to wypada z reguły niekorzystnie dla lewicy: skuteczne działania polityczne mają raczej charakter stereotypowo męski. W polityce lepiej się sprawdza język żądań, a nie próśb; postulowanie zasad, a nie prośby o wyrozumiałość.
Dlatego często można spotkać się ze stawianiem lewicy jako zarzutów kwestii, które prawicy uchodzą na sucho: a to że nie jest tolerancyjna wobec wszystkiego (szczególnie wobec braku tolerancji, zamiast wielkodusznie znosić dyskryminację i apelować do serca), a to że żąda pieniędzy (dla pracowników, zamiast zdać się na łaskę właścicieli i apelować do ich serc). To tłumaczy, czemu niezbyt poważna szarpanina z prawicowymi przebierańcami jest ciągle używana jako przeciwwaga dla powtarzanej co roku rozróby z udziałem kilku tysięcy osób i całej wzbierającej brunatnej fali: oto kobieta raz spróbowała być jak mężczyzna; nie można pozwolić na takie przekroczenie.
Palikot w wywiadzie, w którym stwierdził, że musi być chamem, spróbował to przełamać; zaczął od tłumaczenia się*.
*Proszę bez sporów o to, czy Palikot to prawdziwa lewica; może i nieprawdziwa, ale w mejnstrimie jest lewicą, a inną nie za bardzo mamy.
