Napisane przez: futrzak | 8 Luty 2017

No country for old people…

Statytyki cytowane za Dice pokazują, ze mediana wieku ludzi pracujących w USA w tech industry to 31 lat. Średnia dotycząca wszystkich pracujących w USA to 42 lata. Wiek, w którym osiąga się najwyższe zarobki w życiu w wypadku kobiet wynosi 39 lat, a w wypadku mężczyzn 48. W latach późniejszych pracownicy osiągają co najwyżej podwyżkę 2-3% rocznie, co nie pokrywa nawet wzrostu kosztów życia.

Znam wiele osób, które podniecają się możliwością wyjazdu i pracy w USA w branzy Hi-Tech. Widzą sześciocyfrowe pensje na ogłoszeniu, jakieś tam bonusy i dostają małpiego rozumu. No i wszystko ładnie pięknie, dopoki jestes mlody, bez rodziny i zdrowy. Wtedy faktycznie, mozna zasuwac jak kon roboczy, 60-70 godzin tygodniowo z nadzieją, że nachapiemy się, a potem w krzaki. Zarządy corpo to wiedzą i wykorzystują na ile się da.
Ale niech no tylko coś pójdzie nie tak – np. przydaży się nieszczesliwy wypadek, który będzie wymagał długotrwałego pobytu w szpitalu. Oczywiście, pracując w wielkiej corpo mamy świetne ubezpieczenie (tzw. cadillac plans – znane hasło, jak kogoś interesuje, może sobie wygooglać), ale jeśli po tym wypadku nie jest możliwy całkowity powrót do zdrowia umozliwiajacy znowu zasuwanie w nadgodzinach – to baj, piękna praco, a razem z nią piękne ubezpieczenie.

Oszczędzanie na emeryturę? No, sa 401K plans, które działają tak, że co miesiąc odprowadza się na rzecz funduszu 401K jakąś sumę pieniędzy. Te fundusze są zarządzane przez wielkie korporacje typu Fidelity, Vanguard etc. Owe korporacje inwestują pieniądze w giełdę, przy czym Kowalski nie może sobie dowolnie decydować, w co będą one inwestowane. Do wyboru ma portfolio z kilkoma opcjami: low risk, high risk, steady return. Może wybrać tylko daną opcję, ale już nie firmy, które znajdują się w każdym zestawie.
Oczywiście, dla chętnych są możliwości indywidualnego oszczędzania, czyli IRA. Polega to na tym, że otwieramy sobie indywidualne konto emerytalne i na nie odprowadzamy pieniądze a potem możemy sami decydować, gdzie je inwestować – pod warunkiem, że będzie to amerykański stock market.

Generalnie planów jest w pytę, różne kombinacje, warianty, zależne od kupy regulacji i tak dalej – charakteryzują się jednak tym, że im bardziej chcemy decydować w co inwestować, tym mniej możemy rocznie odprowadzić na ten cel pieniędzy zwolnionych z opodatkowania; poza tym plany oferowane przez pracodawców mają jeszcze opcję „matching” czyli na kazdego dolara odprowadzonego z naszej pensji pracodawca oferuje wplacić ileś tam centów (w dobrych czasach ta suma może wynosić i 100% wkładu pracownika).
Problem jednak z tego typu oszczędzaniem polega na tym, że w momencie kryzysu – takiego jak 2008 roku – z giełdy wyparowywują tryliony dolarów, i nagle okazuje się, że na naszym koncie zostało ledwie 20% tego, co przed kryzysem. Dla kogoś, kto jest po czterdziestce, oznacza to po prostu figę, a nie emeryturę. W takiej sytuacji znalazły sie po 2008 miliony Amerykanów.

Dane z roku 2012: z 18 mln. pracujących w wieku 55-64 lat, 4.3 miliona popadnie w biedę zanim osiągną 65 lat. Jeśli obecne trendy utrzymają się do 2022 roku, to liczba 65-latków żyjących w biedzie zwiększy się o 146%.

PS: oczywiście jest jeszcze Social Security, na ktory pracując legalnie w USA trzeba obowiązkowo odprowadzać składkę. Tyle, ze wysokosc przecietnego świadczenia nie pozwala na normalne utrzymanie się. No i w tej chwili istnieje realne zagrożenie, że świadczenia z SS zostaną poważnie ograniczone lub wręcz zlikwidowane.

źródło

Napisane przez: futrzak | 4 Luty 2017

…

Sytuacja się rozwija.
Sędzia federalny James Robart (zaprzysiężony przez George’a W. Busha) wydał polecenie służbowe natychmiastowego zawieszenia bana imigracyjnego. Zezłościło to prezydenta, który na twitterze dał upust swoim emocjom:

The opinion of this so-called judge, which essentially takes law-enforcement away from our country, is ridiculous and will be overturned!”

No.
To by było na tyle w temacie poszanowania przez nowego prezydenta jakichkolwiek demokratycznych procedur.

Napisane przez: futrzak | 2 Luty 2017

O miejscu urodzenia i co z tego wyniknąć może

Dekret Trumpa pociągnął za sobą (przynajmniej w anglojęzycznej strefie Internetu) rozważania o emigracji.

W Polsce nieco osób (które same wyjechały) coś o tym wie i ma własną perspektywę, ale większosć Polaków ma zerową – Polska od II wojny jest krajem wyjątkowo (jak na własną historię) jednolitym etnicznie i zarówno moje pokolenie jak i moich rodziców nie ma doświadczen związanych z życiem w wieloetnicznym i wielokulturowym społeczeństwie. En mass rodacy są są zamknięci w swoim kręgu, wszystko co obce traktują podejrzliwie, a od jakiegoś czasu wrogo – czemu sprzyjają podsycane nastroje nacjonalistyczne. Może stąd biorą się absurdalne reakcje usprawiedliwiające stosowanie odpowiedzialności zbiorowej – bo tym w gruncie rzeczy był executive order Trumpa.

Racjonalne działanie, mające na celu (załóżmy na chwilę, że to prawda) ochronę kraju przed najazdem terrorystów wygladałoby tak: wstrzymujemy procedurę wydawania wiz dla obywateli danego kraju, przygotowujemy zaplecze do drobiazgowego sprawdzania przeszłości każdego kandydata do emigracji/wizy. Jednocześnie wewnątrz kraju wlasciwe sluzby zajmują się rozpracowywaniem istniejących i potencjalnych organizacji/ludzi mogących stanowić zagrożenie. Tak było robione to zawsze i jest to jedyna skuteczna metoda. Żaden odpowiedzialny szef policji/sluzb granicznych/ochrony panstwa nie wyda rozkazu nakazujacego od godziny zero zatrzymywanie na granicy wszystkich legitymujących się danym paszportem lub posiadających podwójne obywatelstwo. Zawodowiec wie, z czym to się wiąże – ogromnym chaosem, paniką i że nic sensownego z tego nie wyniknie – bo nie może. To wyłącznie działanie stricte polityczne, obliczone na zademonstrowanie czegoś.

Czego?
Kiedy na skalę państwa stosuje się odpowiedzialność zbiorową?

Wojna. Albo stan wojenny. Pamiętacie Polska, 1981 rok, gdy rozkazem Jaruzelskiego zostały w jednej chwili zamknięte wszystkie granice i żaden obywatel polski, ani nikt inny nie mogł wrócić do kraju? Dziesiątki tysięcy ludzi zostało nagle uwięzionych na terenie obcych państw, bez środków do życia. Uważacie, że to miało uzasadnienie?
A teraz wyobraźcie sobie takie państwo jak USA, które jest państwem składającym się z samych emigrantów. Za wyjątkiem Native Americans – Indian – każdy jeden człowiek mieszkający w USA jest skądś.
Niektórzy przyjechali tam dopiero-co, niektórzy żyją dłuzej, ale emigrantami byli ich rodzice, dziadkowie czy pradziadkowie. Niektórzy nigdzie się nie ruszali – Meksykanie – żyli na swojej ziemi od pokoleń, tylko w którymś momencie granice państw się zmieniły…ilość ludzi, urodzonych poza granicami USA i/albo posiadajacych więcej niż jedno obywatelstwo jest ogromna, to właściwie wszyscy. I teraz wyobraźcie sobie, że świeżo wybrany prezydent kraju nagle zarządza, że ci urodzeni w X, Y i Z są raptem persona non grata, są zawracani na granicach i nie wpuszczani do kraju.

Rozumiecie już teraz, dlaczego wywołało to taką burzę? Dziś to kraje X, Y, Z, a jutro mogą być M,N,C. Albo: ktoś zagwarantuje, że jutro nie zmienią się kryteria i persona non-grata będą wszyscy, co mają ciemną skórę albo np. skośne oczy?* Czy to są normalne procedury, stosowane w kraju, który nie jest dyktaturą, nie jest w stanie wojny?

Czy może teraz bardziej się nad tym zastanowicie i przestaniecie usprawiedliwiać ten executive order?

* znający historię wiedzą, że ten przypadek miał miejsce w czasie II WW w USA, gdy wszyscy obywatele pochodzenia japońskiego zostali zmuszeni do przesiedlenia się do obozów internowania – a kryterium było — essencially — właśnie takie, bo 62% internowanych było obywatelami USA. Tylko, że wtedy USA było w stanie wojny z Japonią. Inny przypadek odpowiedzialności zbiorowej, opartej o pochodzenie etniczne? III Rzesza i getta dla Żydów.

PS:
A tak już poza wszystkim. Dziel i rządź. Daj mi jednolitą grupę ludzi, żyjących zgodnie, a sprawię, że skoczą sobie do oczu. Wystarczy wybudowac płot, rozdzielić ludzi na dwie grupy i nadać jednej grupie specjalne przywileje. To zawsze kończy się agresja – takich ekspyerymentów psycholodzy społeczni wykonali sporo, poczynając od eksperymentów Milgrama, eksperymentu wieziennego Zimbardo a koncząc na demonstracji tego samego zjawiska na dzieciach szkolnych. Politycy o tym wiedzą. Ci, co chcą zdobyć władzę dyktatorską zawsze będą dążyli do faworyzowania jakiejs grupy spolecznej i potępiania innej bo threat. Zawsze będą chcieli budować mury. I zawsze osiągną sukces, o ile ludzie będą nieświadomi i dadzą się zmanipulować.

Napisane przez: futrzak | 28 Styczeń 2017

Nowe zasady wjazdu do USA…

Zaczelo sie.
Kilka godzin po podpisaniu executive order banującego wjazd do USA imigrantów z siedmiu krajów muzułmańskich (Syria, Iran, Libya, Somalia, Yemen, Iraq, Sudan), ludzie są zatrzymywani na granicy przez urzędników departamentu Homeland Security, ich komputery i tablety konfiskowane, a urzędnicy sprawdzają ich konta fejsbukowe.

Wśród zatrzymanych są ludzie, którzy maja zieloną kartę, pracę i domy w USA i przebywali tam od lat, np. doktorant ze Stanfordu, mieszkający w USA od 22 lat. W innym wypadku obywatel Kanady, który ma również obywatelstwo irańskie, nie został wpuszczony na pokład samolotu w Ottawie.

Dekret, który Trump podpisał w piątek, dotyczy również posiadaczy zielonych kart (jak oficjalnie potwierdził Dept of Homeland Security) a ma na celu, cyt:

We want to ensure that we are not admitting into our country the very threats our soldiers are fighting overseas

Czyli oczywiście pod pozorem walki z terroryzmem.
Co śmieszne – dekret jest nielegalny, ponieważ w 1965 roku kongres uchwalil ustawe w myśl której żadna osoba nie może być dyskryminowana w procesie wizowym ze względu na jej rasę, płeć, narodowość, miejsce urodzenia bądz rezydencji.
Sąd apelacyjny może zablokować executive order – tak jak zablokował dekret Obamy mający na celu uniemozliwienie deportacji nielegalnych emigantów. Pytanie, czy zrobi to teraz.

Następnym ciekawym aspektem sprawy jest to, że wśród krajów objętych banem nie ma Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Libanu ani UAE – krajów, z których pochodzili zamachowcy na WTC. Na liście nie ma też Rosji – a tam przeciez urodzili sie bracia odpowiedzialni za zamach bombowy podczas bostońskiego maratonu.

Czy aby na pewno chodzi tutaj o terroryzm? Rozsądny człowiek od razu zauważy, że nie. Chodzi o wyprodukowanie sobie wroga, a następnie skierowanie nienawiści tłumów na niego. Kozioł ofiarny – tu w tej roli występują muzułmanie – ale nie wszyscy muzułmanie. Osobliwie wyjętymi spod banu są państwa, z którymi USA ma relacje biznesowe (KSA) lub do których sympatię żywi prezydent (Rosja).

Co z tego wynika? Że USA coraz szybciej wkracza na ścieżkę faszyzmu. To się własnie tak zaczyna.

Napisane przez: futrzak | 25 Styczeń 2017

Alimenciarze

Niedawna afera z fakturami Kijowskiego pokazała – przy okazji – że niepłacenie alimentów na własne dzieci to sprawa społecznie akceptowana w Polsce i no big deal, o ile ojciec JAKIEŚ pieniądze płaci (wtedy już nie będzie przez sąd zakwalifikowany jako uporczywie unikający). Oczywiście, protestują kobiety i matki, bo to one muszą (najczęściej) tyrać na dwóch etatach żeby siebie i dzieci jakoś wyżywić.

Jak spojrzeć na konkretne dane, to reczywiście smutno to wygląda:
Wg. Krajowrgo Rejestru Długów, dług alimentacyjny (rok 2016) przekroczył 10 miliardów zł. W bazie znajduje się 305 tysięcy nierzetelnych rodziców, aż 95 procent to ojcowie. Średnio do oddania dzieciom mają prawie 33 tysiące złotych.

Powszechnie stosowanym unikiem jest to, co robił Kijowski: nic nie mam, pracy nie mam, a te pieniądze co dostaję to też nie moje, tylko mojej drugiej żony, przecież wpływają na konto jej firmy.
Albo: panie, ja tu ciężko na budowie haruję, minimalną krajową dostaję, ledwie samemu na chleb mi starcza – i faktycznie na legalnej umowie ma tylko minimalną krajową, i jak mu udowodnisz, ze bierze więcej?

Napisane przez: futrzak | 23 Styczeń 2017

Neoliberalne mity

komiksnadziejalibertarian

ZUS jest źle zarządzany, opłaty dla samozatrudnionych powinny być sporo niższe, ale pogląd, że „jakby nie było ZUS to zarabiałbym na rękę tyle, co teraz zarabiam brutto” to czysta naiwność.

Napisane przez: futrzak | 21 Styczeń 2017

Prognozy odnośnie prezydentury Trumpa

Podsumował Robert Reich (opublikował to na fejsie).

Niedawno przy śniadaniu miałem okazję porozmawiać z przyjacielem, który kiedyś był republikańskim kongresmenem. Oto co powiedział:

On: Trump nie jest republikaninem. Ten człowiek to tylko wielkie, tłuste ego.
Ja: W takim razie dlaczego nic nie mówiłeś podczas kampanii?
On: No chyba żartujesz. Zewsząd otoczony byłem wyborcami Trumpa. Zniszczyliby mnie.
Ja: I co teraz? Co twoi republikańscy koledzy zamierzają robić?
On: (uśmiechając się ironicznie) będą z nim współpracować jakiś czas.
Ja: Jakiś?
On: Tak. Dostaną to, co będą chcieli – kolosalne obniżki podatków, deregulację, ekspansję zbrojeniówki, likwidację jakichkolwiek programów zwalczających biedę, a potem zabiorą się za rozmontowywanie Social Security i Medicare – i na samym końcu będą winić za to Trumpa. A on jest takim głupkiem, że oczywiście przypisze sobie wszystkie te działania.
Ja: A potem co?
On: (śmiejąc się) Republikanie lubią Pence’a.
Ja: Co masz na myśli?
On: Pence jest ich facetem. Oni wiedzą, że Trump jest nieobliczalnym szaleńcem.
Ja: No i co z tego?
On: To, że kiedy Trump zrobi coś na prawdę głupiego – przekroczy magiczną linię np. naruszy prawo w wyjątkowo oczywisty i kretyński sposób – a wiesz, że prędzej czy później to zrobi…
Ja: Uruchomią procedurę impeachmentu?
On: Masz to jak w banku. To oni pociągną za cyngiel.

Napisane przez: futrzak | 20 Styczeń 2017

So it begins…

Trump zaprzysiężony. Świecie – przygotuj się na jazdę bez trzymanki.
Ameryko – przygotuj się na ciemne czasy. Skład gabinetu i senackie hearings nie zostawiaja tutaj żadnych powodów do optymizmu.

Z kolei poczynania republikańskich lawmakers pokazują wyraźnie, w którą stronę będzie to zmierzac – kryminalizacji jakichkolwiek protestów obywatelskich. Zgodnie z zasadą „żabę gotuje się powoli” – zawsze znajdą się „obrońcy swobód obywatelskich”, którzy będą gardłować ze „sam sobie winien, trzeba bylo nie włazić na jezdnię” i do głów im nie przyjdzie, że ustawa pozwalająca bezkarnie zabić kogokolwiek blokującego drogę może mieć daleko idące konsekwencje – ot chociazby takie, że riot police będzie mogła ciężkim sprzętem bezproblemowo rozjechać protestantów – tak, jak zrobiono to na placu Tiananmen.
Albo: rok więzienia za blokadę drogi. Przypominam – w USA skazany ma złamane życie, bo zeby jakąkolwiek sensowną pracę dostać, musi przejść przez background check, może więc co najwyżej liczyć na proste prace fizyczne i w usługach, źle płatne. I felony nie usuwa się z ewidencji skazanych, tkwi tam do końca życia człowieka.

Republicans in Washington state have proposed a plan to reclassify as a felony civil disobedience protests that are deemed “economic terrorism”
oznacza, ze ktokolwiek bioracy udzial w jakichkolwiek protestach obywatelskich moze byc oskarzony i skazany jak za ciezkie przestepstwo – no bo przeciez któż będzie określał w konkretnym przypadku zakres znaczenia „ekonomicznego terroryzmu”? Jakikolwiek strajk pracownikow jest przeciez najczesciej organizowany z przyczyn ekonomicznych! A niewyplacone pensje? To tez przyczyny ekonomiczne!
Że takie prawo łamie konstytucję? I co z tego? Prezydent, kongres ani sąd najwyższy nie będzie się kwapił do obrony tejże, bo w kazdej z tych instytucji republikanie mają większość*

A wiecie, co w tym wszystkim najgorsze? Ze zidiociala europejska prawica (nie wyłączając polskiej, a jakże) cieszy się jak gwizdek. Bo Trump taki prawicowy, bo wreszcie „zrobi porządek”, bo „ta okropna poprawność politczna”. Kompletna bezmyślność – no bo po co przejmować się małpą z bombą atomową, skoro ta małpa mówi rzeczy miłe dla ich ucha? Jak się obudzą, będzie już za późno. Europa, niestety, ćwiczyła to już wiele razy :-/

* ok, w sądzie najwyższym jeszcze nie, ale to kwestia czasu tylko i nominowania jednego brakującego sędziego, którego kandydaturę wysuwa przecież prezydent. Co prawda demokraci mogliby blokować nominację tak samo, jak robili to przez ostatni rok republikanie, bo mają czterdziestu senatorów potrzebnych do zablokowania jakiegokolwiek punktu obrad – ale pewnie nie zrobią tego, bo większość z nich jest już dawno kupiona.

Napisane przez: futrzak | 17 Styczeń 2017

Takie tam uwagi lingwistyczne

Mówi się, że angielski jest łatwym językiem – a przynajmniej łatwym na poziomie podstawowej komunikacji.
I tak i nie.
Bo wymowa.
Tak na prawdę trzeba każdego słowa nauczyć się dwa razy – pisowni i wymowy właśnie. Niby jakieś reguły są, ale w zasadzie tak ulotne i obwarowane tyloma wyjątkami, że nikt normalny nie spamięta i nie zdoła przetwarzać w czasie rzeczywistym. Uczymy się więc dwa razy.
Ci, którzy są słuchowcami, załapią najpierw wymowę a będą robić koszmarne błędy pisowni.
Ci, którzy są wzrokowcami, nauczą się masy nowych słów czytając, ale nie będą w stanie ich poprawnie wymówić. A niuanse w angielskim potrafią być zabójcze: sheet, shit, ship, sheep, bird, beard i tak dalej.
Hiszpańskojęzyczni mają tutaj nawet trudniej niż Polacy, bo dzielą z angielskim całe mnóstwo bardzo podobnych słów, pochodzących (najczęściej) z łaciny, zapis może byc bardzo podobny ale za to wymowa…

Od tej strony hiszpański jest łatwy: są jasne reguły pisowni i wymowy, ustalone. Mogę nie znać znaczenia danego słowa, widzieć go pierwszy raz na oczy w druku, ale mniej-więcej prawidłowo potrafię wymówić. Bomba.
Ale…
Ale trudność objawia się gdzieś indziej. W hiszpańskim kazdy czasownik, a nawet rzeczownik, ma gazylion różnych znaczeń. I te znaczenia zmieniają się w zależności od kraju. Wymowa zresztą też.
Dla mnie, osoby tak sobie znającej hiszpański, wygląda to tak: oglądanie telewizji hiszpańskiej z Hiszpanii, Meksyku jest ok. Rozumiem. Książki dobre literacko – też. Ale już hiszpański uliczny z Argentyny czy Urugwaju (Rioplatense) to jest zupełnie inna bajka. Po pierwsze wymowa: występuje tu tzw. „fricative s” które przed inną spółgłoską staje się bezdzźwięczne np. „esto es lo mismo” jest wymiawiane jako „eʰto ˈeʰ lo ˈmiʰmo” czyli nie słychać tutaj w ogóle „s” tylko jakiś burk z głębi gardła.
Dla mnie to bariera prawie nie do przekroczenia, bo ja tego NIE SLYSZE. Dodajmy prędkość mówienia, intonacja zdania wzięta z włoskiego i mamrotanie – i jestem w czarnej dupie.
Skąd wiem? Ano stąd, że w poprzedniej firmie klienckiej miałam Daily Standup i resztę meetingów po hiszpańsku i nie miałam z tym problemów. Ale oni uhhhhh z innej klasy społecznej i bardzo ładnie wszystko wymawiali. A potem firma macierzysta i sporo ludzi pochodzących z dołów, mamroczących slangiem – i padam. Nie slyszę. Do tego dochodzi kwestia podobna jak w wypadku autystów: jak mówi kilka osób na raz, to zupełnie tego nie parsuję. Musi mówić tylko jedna osoba w danej chwili do mnie. Jakiekolwiek hałasy w tle, inne rozmowy, muzyka, szum ulicy uniemożliwiaja mi praktycznie rozumienie tego co ludzie mówią – i to nawet po polsku i angielsku, a co dopiero w języku, który słabo znam :-/

Ale poza wymową jest też kwestia semantyki: słowa, których znaczenie znam, ale nic nie rozumiem, bo mam ciąg słów, co nie układa się w żadne sensowne zdania. Bo owe słowa są używane w zupełnie innym znaczeniu. Slang oraz idiomy, normalka. W angielskim też miałam ten etap, ale szybciej się nauczyłam, bo od przybycia do USA nie miałam okazji rozmawiac z nikim po polsku – moj eks mauzonek byl Amerykaniniem, ze wszystkimi porozumiewałam się po angielsku. A tutaj cóż – na codzien uzywam trzech języków: polskiego, angielskiego i hiszpanskiego. I zaczynają się plątać – w pracy zwłaszcza używam mieszaniny angielskiego i hiszpańskiego. A potem widzę, że w firmie uzywają slangu i na to nie pomoże żaden słownik, a w urban dictionary nie ma, i nigdzie nie ma – chyba że zapytam, i tutaj też jest problem, bo kiepsko im idzie tłumaczenie, przy czym im bardziej ktoś czegoś nie wie, tym szybciej popierdala. Czasami odnoszę wrażenie, że jest to złośliwie. Znów – w poprzednich dwóch firmach, gdy o coś zapytałam, na ogół ludzie powoli i cierpliwie mi wyjaśniali. Tutaj – nie.

Z drugiej strony wiem, ze nie jestem jakimś tłumokiem, bo jednak robię tłumaczenie aneksu umowy biznesowej z hiszpańskiego na angielski. Ale. Tłumaczenie na piśmie, a chlapanie jęzorem to są dwie różne rzeczy..

No i tak to…

* Rioplatense ma ok. 9 tysiecy specyficznych słów nie uzywanych gdzie indziej, i to słów dosc podstawowych okreslajacych np. nazwy owocow, części garderoby, pożywienia i kuchni, części samochodów oraz oczywiście lokalny specyficzny slang, który zresztą jest różny w BuA i Urugwaju.

Napisane przez: futrzak | 16 Styczeń 2017

Potęga autorytetu…

Ukazał się właśnie najnowszy raport Oxfam pokazujacy, że osiem najbogatszych ludzi świata dysponuje majątkiem takim, co 3.5 mld biedniejszej części ludności świata (czyli połowy).

W tej sprawie wypowiedział się wybitny autorytet profesorski, Leszek Balcerowicz:

To prostacka analiza pod publiczkę, emocjonalne brednie. Ci, którzy tak się zajmują bogatymi, żerują na zawiści
.

Chylimy czoła nad głeboką, merytoryczną i fachową wypowiedzią pana profesora….

Napisane przez: futrzak | 15 Styczeń 2017

Wiara w politykę

Ukazał się właśniedość przygnębiający artykuł.

Zbadano rezonansem magnetycznym mózgi 40 ochotników: zadano im szereg pytań dotyczących ich poglądów politycznych oraz niepolitycznych, a następnie zaprezentowano kontrargumenty do ich przekonan obserwując równocześnie pracę ich mózgu.
Okazało sie, że próby podważania poglądów politycznych aktywują obszary mózgu odpowiedzialne za poczucie własnej tożsamości i odpowiedzi emocjonalnej na poczucie zagrożenia.
Słowem: racjonalne argumenty poddające w wątpliwość czyjeś poglądy polityczne są odbierane jako atak na własną tożsamość i tym samym są kompletnie odrzucane.

Czyli – mechanizm właściwie taki sam, jak w wypadku argumentacji na temat religii z osobą wierzącą.
Nie, żeby to jakaś nowość była – filozofowie i psycholodzy już dawno zauważyli, że z wiarą dyskusji nie ma.
Tyle, że w wypadku poglądów politycznych ma to dość poważne konsekwencje. Tam, gdzie ludzie powinni kierować się rozsądkiem, faktami i logiką, kierują się wiarą, co całkowicie uniemożliwia jakąkolwiek merytoryczną dyskusję. Recipe for disaster i właśnie to obserwujemy na scenie politycznej wielu państw.
Zamiast mieć do czynienia ze świadomymi obywatelami, mamy do czynienia z rzeszami wyznawców. A dla wyznawcy możliwym jest tylko zamiana jednej religii na drugą, tertium non datur. Wyznawcą można manipulować i wmówić mu najbardziej absurdalne rzeczy – ten właśnie mechanizm wykorzystują politycy i najróżniejszej maści oszuści i szarlatani.

Napisane przez: futrzak | 12 Styczeń 2017

Trump a kwestia wiz H-1B

Jak wiadomo podczas kampanii Trump wypowiadal sie przeciwko programowi wiz emigranckich i pracowniczych. Wszyscy jednak przyzwyczaili sie do tego, ze mowił on wiele rzeczy, potem odwoływał i zmieniał zdanie.

Ale.
W zeszłym tygodniu ustawa zwana Protect and Grow American Jobs Act została ponownie wprowadzona pod obrady. Jest to właściwie poprawka do już istniejącej ustawy „Immigration and Nationality Act” mająca na celu zmianę definicji czegoś, co nazywa się „exempt H–1B nonimmigrant”. W skrócie chodzi o zmianę warunków przyznawania wiz H-1B czyli wiz umożliwiających zatrudnianie cudzoziemców na etat, w pełnym wymiarze godzin no i legalnie (nie jest to wiza emigrancka, jesli cudzoziemiec chce zmienic pracodawcę, musi znaleźć nowego, który wystąpi znowu o tą samą wizę).

Wg. nowej definicji zostaje zniesiony wymóg posiadania przez cudzoziemca wyższego wykształcenia oraz podniesiona stawka wymaganej płacy minimalnej z 60,000 USD (brutto rocznie) do 100,000.

Poprawka w zamyśle twórców ma oczywiście na celu zmuszenie firm Hi-Tech do zatrudniania obywateli i rezydentów USA, tyle że prawdopodobnie nie osiągnie takiego efektu z prostego względu: firmy nadal mogą w sposób w zasadzie dowolny stosować offshoring i outsourcing i będą nadal go stosować. Kto skorzysta? Duże corpo, dla których kwestia otworzenia biur w dowolnym miejscu świata czy outsourcowania całych działów nie stanowi wielkiego problemu (mają budżety i armie prawników), za to jest często kwestią zaporową dla małych startupów – zwłaszcza takich, które nie mają za sobą milionów od Venture Capitalists.
Żegnaj więc drugi Applu, stworzony w garażu przez dwóch maniaków. Żegnajcie innowacyjne firmy tworzone przez studentów. Witajcie molochy typu Microsoft (dygresja: ile osób wie, że Bill Gates na rozkręcenie swojego biznesu nie potrzebowal pozyczac milionów, tylko dostal je od swojej rodziny?).

A wiecie, co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze? Że są dziesiątki tysiecy ignorantów, którym się wydaje, ze Trump robi dobrze amerykańskim pracownikom. I to jest smutne.

Napisane przez: futrzak | 8 Styczeń 2017

Na czym polega demokracja

Trafne podsumowanie w Guardianie, oraz komentarz do artykułu napisany na fejsie przez Ankę Adamczyk:

Przeczytałam wczoraj ten tekst. A dzisiaj czytam, jak Magdalena Środa i Wojciech Maziarski bronią Mateusza Kijowskiego. I już wiem, jaki jest problem z polską demokracją.

Polacy zupełnie nie rozumieją zinstytucjonalizowajej demokracji. Nie rozumieją pojęcia transparentności. Nie czują potrzeby demokratycznych procedur, tworzonych z myślą o tym, żeby były jasne, proste, przejrzyste i możliwie jak najbardziej odporne na korupcję i autorytaryzm. To nie jest tak, że rządy autorytarne może zastąpić opozycja, która jest zarządzana tak samo autorytarnie, ale jest „nasza”. To nie jest tak, że nie ma znaczenia, czy wiemy, kto i w jaki sposób wystawiał faktury na opozycyjną kasę, bo wiadomo, opozycja jest uczciwa i, w przeciwieństwie do rządu, wydawała pieniądze mądrze. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość może z polską demokracją robić co chce, to właśnie dlatego, że nie ma, nigdy nie było!, zaufania do demokratycznych procedur, nie ma poczucia, że jedynym gwarantem uczciwości jest transparentność.

Polacy mają niczym nie uzasadnioną pewność, że jedyny sposób, żeby budować demokrację, to złapać szablę, na koń, i pod Sejm! Nie. Demokrację buduje się powoli, mozolnie, w nudny i męczący sposób. Wymyślając procedury kontroli przepływu środków i informacji. Tworząc zasady, które w maksymalny sposób chronią organizację przed nieuczciwością, nadużyciami, wykluczeniem z niej słabszych. Budując zaufanie do instytucji, nie do bożków, liderów i zbawców. Bo to nie zbawcy i liderzy są gwarantem demokracji, tylko sprawnie i transparentnie zarządzane państwo.

Dlatego chce mi się płakać teraz, kiedy czytam, że to, co dzieje się w KODzie nie ma znaczenia, bo przecież ktoś taki jak Kijowski nie mógł się dopuścić nadużyć i trzeba mu wierzyć. Są głosy, które mnie przekonują, że te nadużycia były, ale to dla mnie w ogóle nie ma znaczenia. Przeraża mnie nie to, że zbawca i lider mógł być oszustem, przeraża mnie to, że nikt nie zadbał, nawet w minimalnym stopniu, o to, żeby do tych nadużyć nie dopuścić! Prostymi, transparentnymi procedurami!

Chce mi się płakać za każdym razem, kiedy w demokratycznej telewizji prezenter żegna Adriana Zandberga słowami: „Rozmawiał z nami lider, hehe, dobrze, jak pan woli, hehe, członek zarządu Razem”, a Adrian z zażenowaniem patrzy wtedy w stół.

Tak, Razem o głowę przerasta Polskę w pojmowaniu demokracji. I nie ma w tym ani odrobiny przesady. Bardzo jestem z tego dumna.

Napisane przez: futrzak | 8 Styczeń 2017

Dlaczego spalanie paliw kopalnych emituje CO2?

Tak, wiem, każdy kto chociaż trochę uważał na lekcjach chemii i fizyki wzruszy ramionami i odpowie mniej-więcej tak: bo dwutlenek węgla jest produktem reakcji spalania.
Tyle, że taka opowiedź nie wyjaśnia, dlaczego dwutlenek węgla jest produktem reakcji spalania.

Tymczasem odpowiedź jest bardzo prosta, chociaż wielu osobom może się wydać absurdalna:

spalanie jest odwrotnością fotosyntezy.

Roślina podczas wzrostu produkuje swoje własne pożywienie w procesie fotosyntezy. To dość skomplikowany proces, ale maksymalnie go upraszczając można powiedzieć, że roślina pobiera z atmosfery CO2 oraz absorbuje energię świetlną z promieniowania słonecznego, aby następnie rozbić cząsteczkę dwutlenku węgla na węgiel i tlen. Węgiel jest przez roślinę zatrzymywany, natomiast tlen jest odpadem i z powrotem jest oddawany do atmosfery. Energia promienowania słonecznego zostaje przez roślinę zamieniona na energię chemiczną, która następnie może być zużytkowana.
Znów – w wielkim uproszczeniu – kawał drewna to nic innego, jak blok węgla oraz zmagazynowanej energii chemicznej.

Podczas spalania kawałka drewna następuje odwrócenie procesu syntezy. W normalnych warunkach tlen z atmosfery po prostu „odbija się” od cząsteczek węgla znajdujących się w drewnie. Natomiast w momencie gdy cząsteczki tlenu zaczynają poruszać się wystarczająco szybko, łączą się znowu z węglem i powstaje CO2. Owo połączenie uwalnia zgromadzona energię chemiczną i wzbudza znajdujące sie nieopodal molekuły tlenu, które znów łączą się z węglem uwalniając więcej energii aż w końcu następuje reakcja łańcuchowa i bum – kawał drewna zaczyna się palić.

Podsumowując: zjawisko spalania drewna jest procesem, w którym węgiel zawarty w drewnie łączy się z tlenem atmosferycznym i ulatuje w powietrze pod postacią dwutlenku węgla.

żródło.
W ogóle polecam przeczytanie całości tekstu z podanego linka – jest świetnym wyjaśnieniem wielu rzeczy i procesów które niby znamy ze szkoły, ale nikt wcześniej nie zadał sobie trudu, aby je dogłębnie wytłumaczyć.

Napisane przez: futrzak | 6 Styczeń 2017

Polskie ZOO

Doprawdy, lepszej opozycji nie wymyśliliby nawet mistrzowie pijaru, ani żaden dyktator.
Ale nie trzeba, wystarczy skoczyć do Polski.

Jeden tzw. „lider” najpierw nawołuje do protestów i sterczenia pod Sejmem (i w Sejmie) w zimnie w święta, a sam odnajduje się na pysznym wyjeździe sylwestrowym z posłanką-kochanką. Bo wiecie, wakacje mu się należały…
Gdy sprawa wychodzi na jaw, żona wywala go z domu.

Drugi przez rok wystawia sobie fakturki na niebagatelną kwotę za usługi tzw. informatyczne na rzecz stowarzyszenia. Usługi te są opłacane z darowizn członków i zbiórek, a faktyczne usługi informatyczne na rzecz stowarzyszenia wykonuje inna osoba, całkowicie wolontariacko, za darmo. Ironii sprawie dodaje fakt, ze lider mogłby być opłacany całkowicie legalnie, bo statut stowarzyszenia przewiduje wypłatę pensji – ale jak przytomnie ktoś zauważyl, wtedy komornik zająłby mu ową pensję na rzecz zaległych alimentów…

Potem jest płacz, że nie ma na kogo głosować, ze demokracja, że faszystowski rząd etc. itd. Panowie, popatrzcie na siebie i strzelcie baranka w ścianę. Zastanówcie się, czemuż to ach czemuż ludzie nie lecą za wami? Czemuż traktują niepoważnie? Co wy sobą reprezentujecie? Nawet jeśli pominąć warstwę polityczną (która i tak jest śmieszno-żałosna) to na zwykłej, ludzkiej płaszczyźnie jesteście dnem, z którym większość uczciwych ludzi nie chciałaby mieć na codzień do czynienia.
Może już czas oprzytomnieć i skończyć tą smutną błazenadę.

Napisane przez: futrzak | 5 Styczeń 2017

Prawo przyciągania

Sieć ma magiczną właściwość – prawo przyciągania.
Owo prawo pewnie kojarzy się coponiektórym zaraz z książką niejakiej Rhondy Byrne „Law of Attraction”, prawda?

Oto bowiem po 22 latach trafiłam w bąbel tych samych ludzi co zasię, w początkach Internetu w Polsce. Wtedy siedzieli na serwerach IRC oraz grupach newsowych.

A teraz serio: żadna magia, przyciąganie i inne pierdolety. Tak działają algorytmy fejsa :)

Napisane przez: futrzak | 3 Styczeń 2017

Jak wygląda tropikalny sztorm z bliska

Właśnie jeden przeszedł nad Urugwajem, a koledzy z pracy wykazali się refleksem i dziabnęli takąż oto scenkę:

Lokalizacja to Rambla, Pocitos. Przy plaży stoją Toi-Toje i jak widać jeden postanowił udać się na przejażdzkę….

Wiatr dochodził do 120km/h.

Po drodze z pracy do domu trzasnęłam te fotki:

img_1028

img_1031

img_1033

To drzewo rosło obok domu, w ktorym wynajmujemy mieszkanie.
Zawaliło się na sąsiedni budynek, a nie na nasz.
To się nazywa mieć fuksa…

img_1034

img_1035

img_1038

img_1039

img_1041

Niektórzy „nie wierzą” w globalne ocieplenie, a nawet jeśli już uznali, że tysiące pomiarów i obserwacji z całego świata na to wskazują, to dalej idą w zaparte twierdząc, że „klimat Ziemi zmieniał się zawsze i nie mamy żadnych dowodów, że tym razem dzieje się to za sprawą działalności człowieka”.

Otóż, mamy takie dowody.
Pozwoliłam sobie przetłumaczyc ten artykuł bo bardzo dobrze podsumowuje on skąd wiemy, że jednak ocieplenie powoduje człowiek.

Dowód na to, że nadmiar CO2 w atmosferze jest generowany przez człowieka

Możnaby myśleć, ze węgiel [pierwiastek] jest węglem i że jeśli zaobserwujemy, że jest go w atmosferze więcej, to nie będziemy mogli z całą pewnością wskazać jego źródła.
Tyle, że chemia nieco komplikuje tutaj sprawę. Istnieją różne rodzaje węgla (podobnie jak innych pierwiastków) – są to izotopy. Jeden z nich to C-14.
Promieniowanie kosmiczne bombarduje Ziemię z prędkoscią, która jest stała w miarę upływającego czasu. Kiedy promieniowanie dociera do Ziemi, uderza w atomy znajdujące się w górnej atmosferze i wybija z nich neutrony. Te neutrony zaś kolidują z najpowszechniej występującymi w atmosferze atomami: azotem. Zderzenie wybija proton z jądra azotu i powoduje, że azot zamienia się w izotop węgla z nadmiarową ilością neutronów: promieniotwórczy i niestabilny C-14, zamiast normalnego, stabilnego C-12.

Słyszeliście o datowaniu metodą węgla C-14, prawda? Robi się to porównując względem siebie ilości węgla C-14 i C-12 zawarte w tej samej próbce. Żywe organizmy, np. zwierzęta i drzewa, znajdują się w stanie równowagi z atmosferą. Rosnąc, oddychając i wchodząc w interakcje ze światem cały czas mają te same proporcje izotopów węgla, jakie występują w atmosferze. Kiedy umrą, izotop C-14 ulega stopniowemu rozpadowi (znamy dokładnie czas jego półrozpadu), a ponieważ organizm już nie przyswaja pokarmu i nie oddycha, to nie przyswaja również nowego C-14. Stąd, po określonym upływie czasu, w szczątkach organicznych zostaje już tylko węgiel C-12 i niewielkie ilości C-13.
Paliwa kopalne, takie jak ropa i gaz ziemny, powstały z roślin, które żyły miliony lat temu i nie mają już zadnego C-14 w swoim składzie. Dwutlenek węgla generowany poprzez spalanie paliw kopalnych zawiera tylko węgiel C-12.

Gdy pali się istniejący dziś na Ziemi las, dwutlenek węgla pochodzi z żywych albo niedawno zmarłych drzew, więc dym zawiera te same proporcje C-12 i C-14 jakie znajdują się w atmosferze. Podobnie wygląda to w wypadku dwutlenku węgla wydychanego przez wszystkie żyjące zwierzęta, w tym ludzi. Wystarczy więc dokonać datowania dwutlenku węgla znajdującego się w atmosferze metodą C-14, żeby powiedzieć dokładnie ile CO2 pochodzi ze źródeł naturalnych, a ile ze spalenia paliw kopalnych. To są konkretne i dokładne pomiary, nie ma tu miejsca na „interpretacje”.

Istnieje jednakże jedno naturalne źródło dwutlenku węgla zawierające tylko C-12: wulkany. To na nie pokazują palcem denialiści global warming. Czy słusznie?
Wulkany na naszej planecie ciągle wybuchają (na lądzie i pod wodą) i robią to ze stała prędkością w czasie. Jesteśmy w stanie zmierzyć ilości wyemitowanych przez nie gazów i stąd wiemy, że aktywność wulkaniczna generuje rocznie ok. 200 milionów ton dwutlenku węgla zawierającego tylko C-12, który jest nieodróżnialny od C-12 pochodzącego ze spalnia paliw kopalnych. Jednakże każdego roku pomiary wykazują dodatkowe 29 miliardów ton CO2 dodanego do atmosfery. Jest to 100 razy więcej niż wszystkie wulkany naszej planety byłyby w stanie wyprodukować rocznie. Jedynym innym źródłem tego dodatkowego CO2 zawierającego C-12 jest spalanie paliw kopalnych.

Krótko mówiąc, powyższe jest niepodważalnym dowodem tego, że używanie przez ludzi paliw kopalnych przynosi wzrost dwutlenku węgla w atmosferze. To nie żadne przypuszczenia, teorie, modele ani przewidywania. To mierzalne dane, które mogą być powtórzone przez kogokolwiek. Izotopy są izotopami, mają taki a nie inny okres półrozpadu i nie ma tu alternatywnych wyjaśnień.

Mimo to, niektórzy twierdzą jednak, że 29 miliardów ton jest zbyt małą ilością, aby mogła mieć ona jakiekolwiek znaczenie w porównaniu z całkowitą ilością CO2 znajdującego się w atmosferze Ziemi.
To prawda, że 29 miliardów ton jest kroplą w porównaniu do 750 miliardów ton, które każdego roku cyrkulują w cyklu węglowym (tak nazywamy naturalny proces w trakcie którego węgiel krąży pomiędzy atmosferą, oceanami i wegetacją). Każdego roku z tych 750 miliardów ocean pochłania netto ok. 6 miliardów i wegetacja ok. 11 miliardów. Pozostałe 15 miliardów ton każdego roku pozostaje w atmosferze, bo nasza planeta nie jest w stanie zaaobsorbować więcej. Powyższe ilości również są mierzalnymi wielkościami, a nie żadnymi modelami, przewidywaniami czy przypuszczeniami.

Dowód na to, że dwutlenek węgla generowany przez człowieka powoduje efekt cieplarniany

Podobnie jak w wypadku dwutlenku węgla, nie potrzebujemy żadnych modeli czy przypuszczen, aby zmierzyć źródło ciepła w atmosferze.
Jest pięć gazów cieplarnianych odpowiedzialnych za powstawanie efektu cieplarnianego:

– dwutlenek węgla
– metan
– para wodna
– podtlenek azotu (N2O)
– ozon

Tej wiedzy dostarcza nam spektroskopia (i spektroskometria) – metoda, która pozwala na wykrywanie pierwiastków poprzez analizę ich widma elektromagnetycznego, a dokładniej rzecz biorąc poprzez obserwowanie tego, jak promieniowanie elektromgnetyczne przepływa przez nie. Różne pierwiastki mają elektrony na orbitach o różnych poziomach energii i ma to wpływ na sposób, w jaki rezonują. Mechanizm ten powoduje że widzimy kolorowe światło w neonach – kolor zależy od gazu, którym wypełnimy tubę neonu. Dzięki niemu możemy też określić proporcje wodoru, helu i innych pierwiastków, które znajdują się w odległych gwiazdach: spektrum światła tychże gwiazd ma charakterystyczne „szczyty” i „doliny” które są chemicznym odciskiem palca poszczególnych gazów znajdujących się w ich wnętrzu.

Powierzchnia Ziemi jest nagrzewana przez Słońce, a będąc ciepłym ciałem niebieskim w przestrzeni, emituje to ciepło w kosmos w postaci promieniowania podczerwonego. Jeśli wyjdziemy na otwartą przestrzeń i skierujemy spektrometr w niebo, możemy zaobserwować „szczyty” i „doliny” w spektrum podczerwieni. Niektóre fale ciepła o określonej długości są bez przeszkód emitowane bezpośrednio w przestrzeń, podczas gdy inne są absorbowane przez atmosferę i wtedy ciepło zostaje tam, gdzie możemy zmierzyć jego długość fali za pomocą spektrometru. W ten sam sposób, w jaki mierzymy skład gazowy odległych gwiazd, mierzymy też skład gazów cieplarnianych, które blokują wypromieniowywanie w przestrzeń ziemskiego ciepła. W ten sposób wiemy, jakie są to gazy – i nie jest to bynajmniej wiedza nowa, tylko dostępna naukowcom od 200 lat i oparta o pomiary, które każda osoba dysponująca spektrometrem może powtórzyć w dowolnej chwili. To nie jest model, teoria, czy hipoteza.

Para wodna, która jest głównym składnikiem gazów cieplarnianych, określa podstawowe właściwości jego widma w podczerwieni. Większość promieniowania podczerwonego, które opuszcza Ziemię, wydostaje się przez tzw. okno pozostawione przez parę wodną, które to okno nazywamy oknem podczerwieni. Jest ono dość szerokie, a jego środek na widmie przypada w okolicy długości fali ok. 10 mikrometrów. Powyżej i poniżej tej długości fali para wodna absorbuje większość promieniowania cieplnego Ziemi i dlatego nasza planeta zawsze korzystała z tego okna, żeby pozbyć się nadmiarowego ciepła. Jeden koniec okna podczerwieni nakłada się na zasięg absorpcji dwutlenku węgla, który przypada wokół długości 15 mikrometrów. Ilość dwutlenku węgla znajdującego się w atmosferze odgrywa rolę przesuwnych drzwi, które zwiększają bądź zmniejszają okno podczerwieni. Im więcej dwutlenku węgla, tym okno podczerwieni jest mniejsze i mniej ciepła ulega wypromieniowaniu w przestrzeń, a więcej zaabsorbowaniu przez atmosferę.
Na drugim końcu okna podczerwieni (ok. 7,5 mikrometrów) podobną funkcję pełni metan, którego wkład do efektu cieplarnianego to około 1/4 wkładu generowanego przez CO2.

Spektroskopia jest konkretną nauką ścisłą. Nie musimy tutaj konstruować modeli czy uprawiać przewidywań – po prostu wystarczy wycelować przyrządy pomiarowe w niebo i juz możemy bezpośrednio zaobserwować i zindentyfikować gazy cieplarniane oraz zmierzyć ile energii cieplnej jest wypromieniowywanej, a ile zostało zaabsorbowane przez atmosferę. Ten bezpośredni, nie zostawiający wątpliwości pomiar spektroskopowy jest niepodważalnym dowodem na to, że nadmiar energii cieplnej zatrzymywanej przez atmosferę Ziemi spowodowany jest dwutlenkiem węgla. A ten dwutlenek węgla jest generowany przez ludzkość poprzez spalanie paliw kopalnych.

Widmo podczerwieni zmierzyliśmy także z przestrzeni kosmicznej, używając do tego satelitów, żeby sprawdzić które długości fali energii cieplnej są zatrzymywane przez gazy cieplarniane, a które uciekają w przestrzeń. Pomiary rozpoczęły się w 1970 roku z satelity IRIS, dostarczyły one danych służących jako punkt odniesienia do kolejnych pomiarów: w 1996 z japońskiego satelity IMG, potem w 2003 z satelity AIRS i w 2004 z AURA. Zebrane dane układają się w jasny obraz. Odejmujemy nowe pomiary od pomiarów bazowych żeby sprawdzić deltę – określić, gdzie w widmie zaszły jakieś zmiany. W oknie podczerwieni definiowanym przez parę wodną jest jeden wielki skok – zakres 15 mikrometrów absorpcji CO2. To bezpośredni dowód na to, że przyczyną nadmiarowego ciepła zgromadzonego w naszej atmosferze jest dwutlenek węgla. Żadne modele ani hipotezy nie mają tu nic do rzeczy, to jest bezpośrednia obserwacja, twarda chemia i podstawy fizyki, a nie zgadywanki czy ekstrapolacje.

W miarę spalania paliw kopalnych ilość CO2 w atmosferze zwiększa się, okno podczerwieni maleje, coraz mniej
ciepła Ziemi wypromieniowuje w przestrzeń, a coraz więcej wraca do ekosystemu planety.
To są proste, twarde fakty.

W tym odcinku [serii artykułów na Skeptoid] skoncentrowałem się na faktach, które nie podlegają dyskusji. Nie włączyłem do tekstu żadnych szacunków ani przewidywań. Czemu? Dlatego że staram się wykluczyć opinie i ideologiczne skrzywienia. Nie mam odpowiedzi i rozwiązań dla ludzi, którzy chcieliby widzieć to konkretne naukowe zagadnienie poprzez pryzmat ideologii. Pomiary, które są częścią nauk o Ziemi, nie zawierają w sobie ideologii, podobnie jak astronomia, matematyka czy zoologia. Mierzalny wpływ, jaki wywiera ludzkie używanie paliw kopalnych na ekosystem ziemski, jest porażający. Musimy zadać sobie pytanie, czy ideologiczne wypaczanie i przekręcanie faktów jest aby na pewno najlepszą drogą naprzód.

Napisane przez: futrzak | 1 Styczeń 2017

Podsumowanie roku.

Jest 20.37, sylwester roku 2016.
Siedzę na balkonie patrząc na ostatnie światła zdychającego dnia, a cykady trzeszczą jak opętane: wszak dziś było ok. 40 stopni odczuwalnej temperatury w dzien…

Męczący dzień, ale jestem szczęśliwa, ze wlasnie zaczyna wiać wieczorna bryza, a za godzine czy dwie pojdziemy na plaże i da sie odetchnąć od upału dnia. To jest cos, co bylo zupelnie nieosiagalne przez 4 lata zycia w Buenos Aires – lato tam oznaczało heat, calor, upał i piec, przez dwa, a czasem więcej miesięcy w roku. Zero wytchnienia w środku rozpalonej dżungli betonowej – a czasem i większa tragedia, gdy wywaliło prąd w całej dzielnicy i zero klimy.

Jestem zadowolona, że przenieśliśmy się do Montevideo. Niby taki bliski kraj, niby tylko za rzeką, niby mówią tym samym językiem, niby też emigranci – a mentalność ludzi zupełnie różna. Portenos są wrzaskliwi, mają ego jak wieza Eiffla, obiecaja ci złote góry, a potem oszukają. Taka mentalność i juz – i jesli nawet są wyjątki, to są one tak nieliczne, że toną w morzu paskudztwa. Na dluzsza metę zycie wśród takich ludzi to jak pływanie w kisielu. Męczy jak cholera. A po co, skoro można nie. W kisielu napływałam się w Polsce w pipę.

Żałuję, że nie przenieśliśmy sie do Urugwaju wcześniej. Kolejny raz w życiu przekonałam się, że nie należy sluchać ZADNYCH rad, ale samemu zrobić research i rozpoznać sytuacje. Bo czym nas straszono? Że drogo. Ze tam nic nie ma. Ze nudno. Ze co ja tam będę robic.
Tymczasem tak – jest drozej niz w Argentynie – ale to kwestia względna. W Argentynie nie bylismy w stanie przejsc przez pozyskanie rezydencji, a wiec wynajem dwa razy drozszy (bo na zasadach dla turystow), a więc tymczasowosc, a więc kazdy nas może dymać. I dymali. Teraz zresztą sytuacja kosztowa sie odwrocila z powodu ogromnej inflacji w Argentynie.
W Urugwaju mamy rezydencję en tramite (w trakcie załatwiania). Mozna otworzyc konto w banku, mozna normalnie wynajac mieszkanie, mozna legalnie pracowac, przysluguja wszystkie swiadczenia takie same, jak Urugwajczykom. Urugwajczycy nie są idealni, ale to zasadniczo uczciwi ludzie. Nie muszę zakładać, ze celem każdej osoby tu spotkanej jest wycyckanie mnie, bom ekspata z USA, a więc dojna krowa.
Pracę znalazłam po 3 godzinach od zapostowania swojego resume na lokalny websajt z ogłoszeniami. Firma jest, jaka jest, ale płacą w miarę dobrze, mam etat, nie muszę sie martwic co będzie, jak jutro mi skasują kontrakt. Mam ustawowo zapewnione wakacje, chorobowe, opiekę medyczną i odprawę, gdyby firma chciala mnie zwolnic. Moge pracowac na swoim sprzęcie, nie jestem dyskryminowana z powodu wieku i płci. To więcej niż mialam kiedykolwiek w Dolinie Krzemowej, bo tam wszystkie niedostatki zasypuje się kasą a potem zajeżdza konie (pracowników znaczy się) do żywego mięsa.

Ze się w Urugwaju nic nie dzieje? A BARDZO DOBRZE. Juz mi się nadziało w życiu z nakładką, swoim życiorysem moge spokojnie obdzielić pięć osób. Teraz chcę mieć święty spokój i to jest znakomity kraj do uzyskania owego.

Tak, mogłoby być lepiej. Mogłabym juz dzis nie musieć pracować zarobkowo i żyć jako rentier. Ale co z tego? I tak, jako ofiara kryzysu 2008 roku nie mam źle. Bank co prawda zabrał mi dom (a wraz z nim kupę kasy juz splaconego kredytu i pieniedzy co poszly w remont), zwał na giełdzie zabrał mi całą emeryturę (witamy kapitalistyczny system emerycki, HAJ!) – czyli wszystko, czego dorobiłam się kilkunastoma latami ciężkiej pracy „by the book”. Ale z drugiej strony nie mam długów, zjeździłam pół świata, mam stabilną pracę, nie głoduję, mam dach nad głową i 4 przecznice do plaży ORAZ święty spokój i nie muszę się już hetać jak koń na wyścigach.

Tak, nie stać mnie na zakup* Tesli. Nie stać mnie na zakup własnego domu, a nawet mieszkania. Nie stać mnie na życie bez pracy zarobkowej. Nie stać mnie na wakacje na nartach w Alpach (byłam, wiem jak to jest, spoko – więcej w tym pokazówki niż faktycznej satysfakcji), nie stac mnie na kupę gadżetów, nie stać mnie na podróż dookoła świata. Ale wiecie co? Dobrze mi z tym, co mam. Emeryturę zapewni mi Urugwaj, bo to taki mały śmieszny i bardzo stabilny kraik. Emerytura niewielka, ale przeżyć się da. A plaża nadal jest 4 przecznice od domu, a lato przez pół roku… a zima taka, jak w krainie muminków tj. lepsza niż jesień w Polsce…

Także, jest dobrze. Czego i wam życzę.

* — nie stać mnie na zakup za gotówkę, bo na kredyt owszem, stać – mam wystarczającą zdolność kredytową znów. Ale po co?

Napisane przez: futrzak | 31 Grudzień 2016

Sylwester

A my Nowy Rok świętować będziemy tu:

img_0988

img_0990

Rozwiązanie bardzo przyjemne – chłodna bryza po dniu z odczuwalną temperaturą powyżej czterdziestu.
Nie trzeba wywalać kasy na jakieś ubrania, buty, kluby i inne pierdoletki. Tanio, przyjemnie i pod chmurką oraz zapewniony darmowy pokaz fajerwerków :)

Jeszcze jedna zaleta Montevideo w porównaniu z Buenos – w tym ostatnim trzebaby siedzieć przez cały czas pod klimą w pomieszczeniu – inaczej się nie da, bo temperatury w środku betonowej dżungli zwalają z nóg, nawet w nocy (bo mury wypromieniowują ciepło zgromadzone za dnia i nie ma chłodnej bryzy).

A kto zgadnie co jest na poniższym zdjęciu?

img_0997

Older Posts »

Kategorie