Co wolno wojewodzie?

Pozostańmy dziś w tematyce prawa, ale zajrzyjmy do niego od innej strony. Ostatnio zastanawialiśmy się nad tym, czy prawo naturalne jest ważniejsze od prawa stanowionego i czy na przykład lekarz może odstąpić od wykonania czynu nakazanego prawem, ale niezgodnego z prawem naturalnym. Dziś chciałbym zadać i odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób prawo obowiązuje istniejącą władzę. Popularne bowiem jest wśród rządzących nami polityków stwierdzenie, że katolikiem (czy szerzej – osobą wierzącą) można być sobie prywatnie, ale jeśli rządzi się państwem (miastem, gminą, itp.), swoje wierzenia należy zostawić w domu. Próbuję sobie wytłumaczyć jakoś to zjawisko i od niedawna pojmuję, że może tu wchodzić w grę takie myślenie, jak na przykład w kwestii hobby. Załóżmy, że prezes firmy zbiera klocki lego. Jednak kiedy przychodzi do biura, nie kieruje się swoją pasją, ma zdecydowanie inne rzeczy na głowie i nie może podejmować decyzji związanych z firmą na podstawie swoich zainteresowań. Albo kobieta, która do biura dojeżdża na rolkach, przed wejściem do pracy zdejmie legginsy i założy spódnicę. Takie życie – to co w domu, to w domu. To co w pracy, to w pracy. Niestety, to myślenie jest błędne gdy chodzi o wiarę.

Dobro i złoReligia której bowiem człowiek jest wyznawcą to nie tylko swego rodzaju osobiste zainteresowanie. W ramach religii występuje także wiara w jakiś wyższy byt, jak również wyznawane wartości. To dotyczy każdej religii, nie tylko chrześcijaństwa, a wyznawane wartości są tu słowem kluczowym. Wartości bowiem, które się wyznaje, przekładają się na życie. Nigdy nie było inaczej – jeśli ktoś prywatnie nie kopie kotów, to nie robi tego także publicznie tylko dlatego, że swoje przekonania zostawił w domu. Przekonań nie zostawia się w domu i każdy trzeźwo myślący człowiek dojdzie do tego wniosku. Człowiek, który prywatnie pomaga sierotom, będzie pomagał im także publicznie, chyba że jest zakłamanym dwulicowcem. Arab, który nie je wieprzowiny w swoim domu nie tknie jej także na oficjalnym przyjęciu. I tak dalej, przykłady można by mnożyć. Co więc zmienia się w przypadku spojrzenia na katolików? Coś sprawiło, że od lat stanowią oni polityczny i medialny wyjątek od reguły. Jeśli jesteś katolikiem, swoją wiarę i przekonania masz – jak wspomniano – zostawić w domu i nie kierować się nimi na zewnątrz. Tymczasem katolicyzm rzeczywiście jest w jakiś sposób wyjątkowy – nie dlatego, że nie niesie z sobą przekonań przekładających się na życie, lecz właśnie wręcz przeciwnie. Katolicyzm to wiara w to, że Bóg zbawił świat przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, a przekonania które kierują życiem katolika opierają się nie na dziwnych prawach opatentowanych przez głowy myślicieli, lecz na prawie naturalnym, na naturalnym dążeniu do dobra. Podstawowe zasady umieszczone w kodeksie postępowania katolika dotyczą nieczynienia krzywdy, lecz wprowadzania dobra. „Nie zabijaj” pomaga nam nie decydować o mniejszym czy większym złu w przypadku potrzeby zamordowania kogoś, lecz wyraźnie stawia sprawę: nie wolno zabijać ani chorych, ani umierających, ani starych, ani nienarodzonych, ani innowierców. Przykazanie „nie cudzołóż” dotyka oczywistej zasady o pozostawaniu na wyłączność dla swojego męża czy żony, bez zdrad, skoków na boki i wielożeństwa, które muszą wprowadzać rozłam. W samym katolicyzmie nie ma zasad odnośnie zakazów jedzenia czy picia czegoś, albo podcierania się tą a nie inną ręką. Jedyne prawa kierujące życiem katolika dotyczą zbliżania się do Boga – w sposób wybitnie nieinwazyjny – oraz przestrzegania podstawowych ludzkich praw, wynikających z ludzkiej natury.

Zatem katolik jest w prosty sposób zmotywowany do przestrzegania naturalnego porządku rzeczy i tym się ma kierować. Jednak są ludzie, którzy Boga omijają szerokim łukiem, ale żyją dobrze. Słyszałem kiedyś, że choć odrzucają oni trzy pierwsze przykazania, żyją według siedmiu pozostałych. Mogę żałować, że nie chcą oni zbliżać się do Boga, ale muszę docenić ich postępowanie w zgodzie z prawem naturalnym. I rzeczywiście istnieją ateiści czy agnostycy będący kategorycznie przeciw aborcji (to może się niektórym wydawać paradoksem, ale w żadnym razie nim nie jest), a także tacy, którym do głowy nie przyjdzie zdradzenie żony. Mówi się, że mocna wiara w Boga i zbawienie motywuje do przestrzegania praw moralnych i to jest prawda, ale dla niektórych nie jest to warunek konieczny. I odwrotnie – choć odejście od Pana często sprowadza się do rezygnacji z dobra w życiu, to nie musi się tak zdarzyć i nie zawsze się zdarza. Ciekawostką jest jednak inne zjawisko, które obserwujemy w dzisiejszym świecie i które próbuje zdominować opinię publiczną – jest to wspomniany wcześniej nacisk na porzucenie praw moralnych dla „dobra” ludzkiego. Samo z siebie to zjawisko jest już paradoksalne, przecież prawo moralne działa właśnie dla dobra ludzkiego. Nie ma większego ludzkiego dobra niż to zawarte w moralnym prawie naturalnym. Polecenie „nie zabijaj” nie jest dążeniem do mniejszego dobra, niż polecenie „możesz zabijać, jeśli twoja ofiara jest chora lub niepełnosprawna”. Ale media i politycy trąbią dookoła, że prawo moralne należy zostawić w domu, że swoją wiarę i przekonania należy zostawić w domu i w życie publiczne iść z takimi przekonaniami, jakie głoszą media właśnie. Że należy przestrzegać prawa stanowionego nawet gdy jest niezgodne z prawem naturalnym.

Hanna Gronkiewicz-WaltzCo zatem wolno wojewodzie? Co wolno premierowi, prezydentowi kraju czy miasta? O tych rzeczach mogliśmy się przekonać nie raz. Pani Ewa Kopacz, deklarująca się jako wierzący katolik, w sprawie „Agaty” zaś osobiście wskazująca szpital, w którym czternastolatka mogła usunąć swoje całkowicie zdrowe dziecko, które naprawdę nie powstało w wyniku gwałtu (ale w wyniku „czynu zabronionego” – współżycia z dzieckiem poniżej 15 lat), sama uzasadniając swoją decyzję powiedziała, że przekonania katolika nie mogą wchodzić do polityki, że muszą pozostać w domu. Po nastąpieniu aborcji ludzie zastanawiali się nad tym, czy Ewa Kopacz nałożyła na siebie kościelną ekskomunikę, czy nie, o czym już pisałem. Prezydent Komorowski opowiadał się oficjalnie za in vitro, jednocześnie będąc przekonanym, że może sobie spokojnie przystępować do komunii, a żaden z biskupów nie powiedział mu, że jest odwrotnie – nadal sami biegali do niego z Panem Jezusem (więcej u mnie tutaj). Dziś wreszcie sytuacja się powtarza. Nieodwołana w warszawskim referendum prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zdejmuje ze stanowiska dyrektora szpitala Świętej Rodziny profesora Bogdana Chazana. Robi to, ponieważ ten odmówił aborcji kobiecie z niepełnosprawnym dzieckiem i nie udzielił jej informacji o tym, gdzie mogłaby tej aborcji dokonać. Sama Gronkiewicz-Waltz jednocześnie od wielu lat podkreśla swój katolicyzm, swoją przynależność do Odnowy w Duchu Świętym, swoje przywiązanie do Jana Pawła II. Jej wypowiedzi w tym temacie mogą być przez niektórych uważane wręcz za fanatyczne. A jednak tak, jak brakiem kompetencji i logicznego myślenia, pani prezydent cechuje się również brakiem tego przywiązania, brakiem przywiązania do – podobno wyznawanych – zasad moralnych. Z jej toku rozumowania wynika, że ma swoje bardzo poważne przekonania, ale jako prezydent Warszawy ma obowiązek przestrzegać obowiązującego prawa. Wielokrotnie udowodniono już, że prawo to obowiązuje tylko medialnie, nie było bowiem podstaw prawnych do usunięcia doktora Chazana ze stanowiska dyrektora, ale prawo medialne okazało się ważniejsze zarówno od prawa moralnego, jak i stanowionego. Podobnie przecież było w przypadku czternastoletniej Agaty, której ciążę zakończono ze względu na medialną nagonkę i była to pierwsza aborcja, której przyczyną był „czyn zabroniony” nie będący gwałtem.

Ale nie to wolno wojewodzie. Wojewoda czy prezydent katolik ma w pierwszej kolejności obowiązek przestrzegania prawa naturalnego. Prezydent Warszawy czy minister zdrowia podający się za katolików mają w pierwszej kolejności bronić prawa do życia – każdego życia – a nie walczyć o możliwość zabicia, a w przypadku niedokonania owego – zwalniać prawego moralnie lekarza. Dlatego dziś oczekuje się mocnego, głośnego wezwania biskupów w stronę pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, która udowadnia, że katoliczką za bardzo jednak nie jest. Nie żyje tym, w co wierzy. I my wszyscy musimy pamiętać, że jeśli jesteśmy katolikami, jeśli znamy prawo moralne, musimy przestrzegać go zawsze, w każdym momencie życia. Wejście w politykę, w życie medialne, studia medyczne i żadną inną dziedzinę nie upoważnia nikogo do łamania prawa moralnego. A my oczekujemy na takich polityków-katolików, którzy za priorytet postawią sobie przestrzeganie prawa moralnego w państwie, w którym żyjemy.

Nie wolno wojewodzie, ani tobie, smrodzie!
____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Dobro i zło – grafika za: http://roznice.com/swiat-nauki/roznice-miedzy-etyka-a-moralnoscia/
2. Hanna Gronkiewicz-Waltz, za: http://www.se.pl/wydarzenia/warszawa/warszawiacy-chca-odwoac-prezydent-hanne-gronkiewicz-waltz_320360.html

Kategorie: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 2 komentarzy

Tu wasz szeryf, przestrzegajcie prawa!

Zanim „Wprost” wywołał aferę podsłuchową i stał się wielkim obrońcą wolności słowa, postanowił powiesić kilka słów na wybitnym, znanym i poważanym lekarzu Bogdanie Chazanie. Było to związane z podpisaniem przez wielu lekarzy tzw. deklaracji wiary, w której opowiadali się oni za ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Profesor Chazan także tę deklarację podpisał, a poszedł na pierwszy ogień mainstreamowych mediów ponieważ jego nazwisko jest szczególnie znane. Jeśli chcesz zniszczyć jakąś ideę – zaatakuj kogoś, kto stoi na jej szczycie, jeśli spadnie, tym większa będzie klęska całości. Tak też do dr Chazana wybrała się kobieta, której nienarodzone dziecko miało poważną wadę i niewielkie szanse na przeżycie po urodzeniu. Doktor nie zdecydował się na dokonanie aborcji, odmówił też udzielenia informacji o innym miejscu, gdzie można by przeprowadzić zabieg przerwania ciąży. W związku zwłaszcza z tą drugą kwestią media i internet zagrzmiały – po raz kolejny – o konieczności respektowania i przestrzegania przepisów prawa przez lekarzy, polityków, przedsiębiorców itp. I dlatego dziś o przestrzeganiu prawa właśnie.

prawoTaka tendencja właśnie daje się zauważyć, zwłaszcza wśród liberałów, tj. ludzi, którzy podobno optują za wolnością. Oni to właśnie kategorycznie żądają od lekarzy przestrzegania przepisów prawa jeśli chodzi o aborcję. Polskie prawo dopuszcza dokonanie aborcji w trzech przypadkach: gwałtu, trwałego uszkodzenia płodu i narażenia go na chorobę lub śmierć, oraz zagrożenia życia lub zdrowia matki. Jeśli zaś któryś z lekarzy ginekologów nie podejmuje się dokonania tego procederu, odzywają się głosy, że takie jest prawo i należy go przestrzegać. Jeśli powołamy się na klauzulę sumienia, padają hasła, że liczy się prawo, a nie jakieś klauzule sumienia. Dość zaznaczyć, że dla niektórych ludzi zwroty „deklaracja wiary” i „klauzula sumienia” łączą się w jedno. Można podać im argument: klauzula sumienia jest zapisana w prawie (art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996). Usłyszymy jednak, że lekarz odmawiający dokonania świadczenia medycznego ma prawny obowiązek wskazać inne miejsce, gdzie zabieg zostanie wykonany. Kto tego nie robi, działa poza prawem, a prawa trzeba przestrzegać.

Z pewnymi wyjątkami, takimi jak rzeczona klauzula sumienia.

Do czego dążę? Prawo krajowe może być różne. Każdy kraj nakłada jakieś przepisy, które z jakiegoś powodu wydają mu się w porządku. W naszym prawie kary cielesne są zabronione, a w niektórych stanach USA nie są. W Stanach jest kara śmierci, u nas z niej zrezygnowano. W Polsce można jeździć po autostradzie z prędkością 140 kilometrów na godzinę, choć jest to jak na standardy światowe wysoki limit (większość krajów ma max. 130). Z drugiej strony na autostradzie w Niemczech pojedziesz ile fabryka dała (sugerowane ograniczenie to 130, ale nie jest ono obowiązkowe). Jak więc widać każdy kraj ma swoje prawa i w każdym są one inne. Można powiedzieć – przestrzegaj prawa, jakie obowiązuje w twoim kraju. Jednak w każdym kraju i prawa aborcyjne są różne. Są kraje, gdzie jest całkowity zakaz i takie, gdzie można usuwać ciążę w każdym wieku i bez względu na przyczynę. Nie wygląda przy tym na to, by Polki czy Arabki przestrzegały tylko tego prawa, które obowiązuje w ich kraju. Jeśli chcą dokonać aborcji „na żądanie” mogą pojechać np. do Szwecji. Jeśli mają trudności ekonomiczne, mogą też spokojnie pozbyć się płodu w Wielkiej Brytanii. Nie ma grzmienia: przestrzegaj prawa obowiązującego w twoim kraju! Dlaczego?

WoodyPrzede wszystkim dlatego, że głównym argumentem liberałów nie jest wcale idea przestrzegania prawa. Prawo tu jest wyłącznie słowem-wytrychem mającym wymusić na lekarzach to, czego chcą ludzie (niektórzy). Ci sami liberałowie walczący o dostęp do legalnej aborcji są za tym często, by bez problemu mieć dostęp do narkotyków, by jeździć z instynktowną prędkością po drogach, by ściągać muzykę, gry, filmy z internetu. Zatem prawo jest dobre wtedy, gdy działa na naszą korzyść (czy – mówiąc inaczej – dla naszej przyjemności, bo my tak chcemy). Jeśli zaś prawo nie działa tak, jak my byśmy chcieli, to są trzy wyjścia: łamać prawo; naciskać na zmianę prawa; jechać gdzieś, gdzie prawo działa tak, jak byśmy chcieli. Prawo zatem dotyczące aborcji jest bardzo dobre dla lekarzy – tzw. kompromis aborcyjny jest czymś, co sprawia, że lekarz powinien uczciwie usuwać ciąże pacjentek. Jest jednak zły dla liberałów i nie jest prawdą, że należy mieć do prawa szacunek. Prawo należy zmieniać, by aborcja była dostępna na życzenie – nigdy w drugą stronę. Tak samo jest w kwestii związków partnerskich czy tzw. homoseksualnych małżeństw. Tu nie mamy prawa powiedzieć: szanujmy nasze prawo, które pozwala zawierać małżeństwa między osobami płci przeciwnych. Nie, musimy powiedzieć: prawo trzeba zmienić. Tak, by działało na naszą korzyść.

Jak to jednak jest z tym prawem? Prawo istniało od wieków. Rzymianie stworzyli przepisy prawne i sposób ich ujmowania jaki znamy do dziś. Ale inne kultury też miały swoje prawo. Żydzi, od których chrześcijaństwo bierze początki, mieli Prawo, które było prawem religijnym i składało się z wielu przepisów dotyczących czystości rytualnej czy wyciągania konsekwencji z czynów innych ludzi. Ale europejska kultura oparta jest na filarze prawa rzymskiego, nie żydowskiego. Jest też oparta na filarze greckiej filozofii. Oraz wiary chrześcijańskiej. Ale chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, jak to więc jest z tym Prawem?

kazanie-na-gorzeOtóż Prawo wypełniło się w Chrystusie. On zniósł dla nas wszelkie przepisy prawne nie mające nic wspólnego z prawem Bożym. Przepisy rytualne zostały przezeń odtrącone: „Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym” (Mt 15,11). Przepisy o kamienowaniu czy karze śmierci zostały odtrącone: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień” (J 8,7). Jezus odtrącił Prawo i dlatego chrześcijaństwo nie jest religią prawa. Chrześcijaństwo jest religią miłości, wiary i nadziei. Ale to nie znaczy, że prawo przestało istnieć z chwilą przyjścia Chrystusa. Jezus sam wyniósł niektóre prawa na wyżyny – jak choćby to o cudzołóstwie, gdzie nie należy nawet pożądliwie spoglądać na kobietę. Powiedział też, żeby oddać Bogu co boskie i Cezarowi co cesarskie. I w tych dwóch sprawach sięgamy sedna prawa samego w sobie. Istnieją bowiem dwa rodzaje prawa: prawo naturalne i prawo stanowione. Chrystus odtrąca bezsensowne przepisy prawa stanowionego. Prawo naturalne jednak wyjaśnia i podnosi do najwyższej rangi. Nakazuje jednocześnie przestrzegania prawa stanowionego tam, gdzie ma ono sens. Zatem tam, gdzie nie stoi ono w wyraźnej opozycji do prawa naturalnego.

Prawo naturalne to nie jest jakiś wymysł Kościoła – jak chcieliby niektórzy. To tak naprawdę wrodzone poczucie sprawiedliwości, które mają w sobie wszyscy ludzie. Prawo mówiące nam, że każdy człowiek ma prawo do życia. Prawo mówiące nam, że wchodząc w związek z innym człowiekiem winien mu jesteś uczciwość. Prawo mówiące, że nie da się utrzymać ludzkości przy życiu, jeśli będziemy się łączyć w pary jednopłciowe. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście człowiek tym różni się od zwierzęcia, że jest w stanie to prawo zagłuszyć (albo oddać w dyspozycję Kościołowi). I tak zamiast „człowiek” mówi „płód”. Stawia wartość życia matki wyżej niż wartość życia dziecka. Zezwala na klauzulę sumienia w kwestii zabijania, pod warunkiem, że wskaże się zabójcę w zastępstwie. Lub stawia prawo stanowione wyżej, niż prawo naturalne.

Tu jest poważny błąd. W prawie stanowionym są bowiem prawa neutralne względem prawa naturalnego (np. kwestia prędkości na autostradzie), te z nim zgodne i takie, które są niezgodne. Jak choćby kwestia aborcji. W naturze ludzkiej oczywiste jest poddanie życia dziecka wtedy, kiedy życie matki jest zagrożone i jest pewność, że w razie braku reakcji oboje umrą. Wówczas mamy prawo podejmować działania, które pośrednio mogą doprowadzić do śmierci płodu (choć nie możemy bezpośrednio go zabijać). Dziecko bowiem zagraża zarówno życiu własnemu, jak i matki – dla ratowania obojga możemy poświęcić, niespecjalnie, to słabsze. W innych przypadkach zabijanie nienarodzonego jest niezgodne z naturą. Kwestie zdrowotne bowiem nie są nigdy ważniejsze od naturalnego prawa do życia. Podobnie ma się sprawa z gwałtem: poczęty człowiek nie jest winien gwałtu dokonanego na matce i nie może zostać zamordowany dla – pozornego często – komfortu psychicznego tejże matki. Każde zaś prawo stanowione, które nie jest zgodne z prawem natury, musi podlegać odrzuceniu przez ludzi sumienia. Nie ze względu na wiarę, lecz na prawdę. Bo nie tylko chrześcijanie sądzą, że należy żyć zgodnie z prawem naturalnym. A prawa stanowionego przestrzegać zawsze wtedy kiedy nie stoi w sprzeczności z prawem naturalnym.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Symbole prawa – sędziowski młotek i waga Temidy, źródło: http://www.angliaodszkodowanie.pl/poradnik-pracownika/prawa-i-obowiazki-pracownika-w-anglii.html
2. „Uwaga! Tu wasz szeryf! Przestrzegajcie prawa!” – fragment z filmu „Toy Story”, za http://www.youtube.com/watch?v=xfHyQ4m3BxU
3. Kazanie na górze – malowidło z kościoła w Dąbrówce Wisłockiej, Parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy i św. Kazimierza, za: http://dabrowkawislocka.pl/wnetrze-kosciola/

Kategorie: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarzy

Stan umysłu

Za kilka dni wybory do Europarlamentu. Będziemy decydować o tym, jaką reprezentację będziemy mieć w miejscu, które kontroluje, lub stara się przynajmniej kontrolować politykę, gospodarkę i życie społeczne w większości krajów kontynentu Europejskiego. Prognozuje się, że mogą to być pierwsze od dawna wybory wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość (jedną z głównych porażek PiS miałoby być to, że przegrało 6 wyborów z rzędu – a przecież nie przegrało, tylko zajęło drugie miejsce, a pierwsze od lat zajmuje jej największy konkurent, nie wchodźmy w to czy prowadzący politykę w sposób uczciwy; tak czy inaczej – nie ma o co kopii kruszyć), pierwsza od dawna porażka Platformy Obywatelskiej.

A jednak, dość niespodziewanie, pierwsze miejsce w debacie medialnej – dziś już nie tylko tej internetowej – zajmuje kto inny, niż wreszcie dążący do triumfu Jarosław Kaczyński. Wiadomości o Kaczyńskim giną pod naporem tych dotyczących Janusza Korwina-Mikke (proszę zwolenników poprawności deklinacyjnej o wyrozumiałość, sprawdzałem w internetach i dozwolono używanie różnych form, a mnie ta najbardziej pasuje), szefa Nowej Prawicy. Jest to spowodowane nagłym wzrostem poparcia dla partii Janusza Korwina-Mikke, która w sondażach po raz pierwszy przekracza próg wyborczy, osiągając nawet 7% poparcia. Wszystkie media – od lewicy po prawicę – zastanawiają się, skąd nagły fenomen Korwina-Mikke, który przecież w polityce jest od dawna i właściwie swoich poglądów dotyczących różnych spraw nie zmienia. Pojawia się na ten temat kilka odpowiedzi, w każdej jest cząstka prawdy, może poza twierdzeniami samych zwolenników Korwina, którzy twierdzą, jakoby Nowa Prawica miała być jedyną szansą dla Polski. I tak Tomasz Lis w Newsweeku pisze, że Korwin-Mikke jest w tych wyborach przedstawicielem elektoratu buntu, który pojawia się za każdym razem, bo część ludzi zawsze ma dość aktualnego stanu polityki i pragnie zmian. W poprzednich wyborach takim objawem buntu było poparcie dla Ruchu Palikota. Z kolei we „wSieci” Łukasz Warzecha zaznacza, że partia Janusza Korwina-Mikke działa jak sekta, przyciągając najróżniejszych zwolenników, zwłaszcza żądnych zmian młodych, mamiąc ich nierealnymi, abstrakcyjnymi obietnicami. I w obu tych teoriach jest prawda.

Wizja polityczna Korwina-Mikke

Nie chcę tutaj się dziś zagłębiać w programy jakiejkolwiek partii. Chcę raczej zilustrować jak wygląda podejście pana Janusza Korwina-Mikke do polityki. Otóż pierwszym podstawowym założeniem, którym zachwyca swoich wyborców, jest u Korwina to, że obecny porządek rzeczy jest zły. Zła jest demokracja, złe są starcia polityczne na szczycie, zła jest konkurencja PO-PiS i zła jest Unia Europejska. Znaleźliśmy się, zdaniem Korwina-Mikke, w matni, z której pozornie nie ma wyjścia. Oczywiście tego typu stwierdzenia działają na wielu ludzi, którzy czują się niepewnie w istniejącym systemie rzeczy i pragną odmiany, pragną czegoś nowego. A skoro już wzbudzono zainteresowanie części elektoratu poszukującej całkowitej przemiany tego, co istnieje, należy jeszcze tylko wskazać rozwiązanie. To rozwiązanie jest jedno: Janusz Korwin-Mikke. Jeśli PiS dojdzie do władzy, nic się nie zmieni. Jeśli wybory do Unii wygrają reformatorzy pragnący naprawiać to, co istnieje, nic się nie zmieni. Zmieni się wszystko tylko wtedy, kiedy do władzy dojdzie Janusz Korwin-Mikke i zrobi rewolucję. Zatem nie ma możliwości zmiany na lepsze, jeśli wszystkiego nie rozjedzie się buldożerem i nie zbuduje od początku. To są hasła, które – rzecz jasna – przyciągną zawsze jakąś część elektoratu. Dotychczas ta część, wierząca w podobne ciekawostki, była zbyt mała, by wygrać jakiekolwiek wybory, ale teraz to się zmieniło. Grupa buntu chcąca budować porządek od nowa, na nowych fundamentach, wzrosła.

Zatem zadaniem Korwina, jego partii i wyborców jest zlikwidować demokrację (którą z jakichś powodów się wygwiazdkowuje). Na miejsce demokracji należy wprowadzić monarchię i, być może, rządy mniejszości (przykładowo: najinteligentniejszych). Należy odebrać prawo głosu wszystkim, którzy nie znają się na polityce, którzy posiadają zbyt mały iloraz inteligencji itp. Przy okazji wychodzimy z założenia, że kobiety mają z natury mniejszy iloraz inteligencji niż mężczyźni, więc należy wrócić do czasów, kiedy one nie mogły wybierać władzy. W ogóle wypadałoby wrócić do czasów, kiedy rządził król, ludzie mu podlegali, niektórzy co mądrzejsi doradzali, a kobiety zajmowały się domem nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Przy tym wszystkim wypowiedzi Janusza Korwina-Mikke są tak logicznie skonstruowane, że ciężko z nimi de facto polemizować. Tak się przynajmniej wydaje na początku, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Otóż, jak słusznie zauważył Warzecha, logika Korwina wygląda nieco jak reguły gry w szachy lub w brydża. Sam Korwin jest zapalonym brydżystą i okazuje się być takim również w życiu politycznym. Otóż według niego nawet jeśli do wygrania danej partii prowadzi więcej niż jedna droga, to tak czy inaczej cel jest jeden i jeden zwycięzca. Na szachownicy są białe i czarne, w rzeczywistym świecie również. I tak oto jeśli, przykładowo, stwierdzi się, że kobiety szukają sobie mężczyzn bardziej inteligentnych od siebie, to jedynym kontrargumentem może być – śmieszne przecież – twierdzenie, że kobiety wolą jednak mniej inteligentnych mężczyzn. W żadnym wypadku nie przyjdzie p. Korwinowi do głowy, że być może partnerzy/współmałżonkowie starają się dogadywać ze sobą na tej samej płaszczyźnie, że szukają sobie kogoś, kto będzie im dorównywał w inteligencji, żeby mieć z kim pogadać. To rozwiązanie wydaje się być najbardziej naturalne, zwłaszcza w czasach gdy sami dobieramy sobie współmałżonków, a nie robią tego za nas rodzice czy swaci.

Rozwiązanie problemów politycznych Polski jest zdaniem Janusza Korwina-Mikke tylko jedno: całkowite zwycięstwo jego partii w wyborach. Nie może to być przekroczenie progu wyborczego, nie może to być piętnaście procent. Inne ugrupowania potrafią działać wygrywając wybory i szukając sobie partnerów do koalicji, żeby wprowadzać forsowane przez nie przepisy. Ideał taki, jaki osiągnięto na Węgrzech, gdzie Orban działa właściwie samodzielnie, jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak Janusz Korwin-Mikke ma świadomość, że nic się nie zmieni, dopóki nie osiągnie w sejmie większości głosów tak, by mógł rządzić samodzielnie. Wtedy i tylko wtedy mógłby zlikwidować „koryta”, obalić parlament i ogłosić królestwo – a jak jest potrzeba, zawsze się znajdzie ktoś odpowiedni na króla. Zatem wybory trzeba wygrać większością. Jednym ze sposobów forsowanych przez jego zwolenników jest namówienie 50% społeczeństwa, które nie chodzi na wybory, aby poszło na wybory i zagłosowało na Korwina. Są zapewne też inne sposoby, a dopóki to się nie uda, Korwin zamierza wchodzić do parlamentu (czy to europejskiego, czy krajowego), by niszczyć wszystko od środka. Już ma w krajowym parlamencie swojego człowieka (Przemysław Wipler), który na przykład jako jedyny zagłosował przeciw podwyższeniu stawki zapomogi dla rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi. Zadaniem zatem ugrupowania pana Janusza nie jest wchodzenie w koalicje i dogadywanie się z ludźmi, lecz albo przejęcie władzy, albo podminowanie wszystkiego i zniszczenie fundamentów.

Oderwanie od rzeczywistości

MikkeNiestety problemem w tym wszystkim jest to, że choćby było to najbardziej logiczne na świecie, to jest kompletnie nierealne. Myślenie Janusza Korwina-Mikke nie ma zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. Po pierwsze szanse na jednowładztwo w naszym kraju ma może PiS, może PO, bo to są ugrupowania, które w tej chwili się na scenie politycznej liczą. Pozostałe to blotki, pionki i Janusz Korwin-Mikke nie jest tu wyjątkiem. Tak, jak trudno jest wygrać partię szachową mając tylko jeden pion, tak i ciężko jest zdobyć w wyborach większość głosów mając poglądy kompletnie oderwane od realności aktualnej polityki krajowej czy światowej. Mówi się, że na szczycie polityki jest beton, że ciągła walka Platformy z PiSem, i że tylko Kongres Nowej Prawicy może cokolwiek zmienić, że tylko on jest alternatywą. Z tym, że to wcale nie jest żaden beton, tam na górze. To są realia współczesnej polityki. Jedna licząca się partia centrolewicowa, druga centroprawicowa, mające nieco inne podejście, ale odnajdujące się w zastanym systemie, budowanym w całym współczesnym świecie od kilkudziesięciu lat. Żadna z tych partii nie twierdzi, że będzie mogła rządzić skutecznie pod warunkiem, że zniszczy obecny system rzeczy i postawi w jego miejsce coś nowego/coś starego. Nie mówi tak również lewicowe SLD, chłopskie PSL czy inne, mniej liczące się partie. Jedynie Janusz Korwin-Mikke twierdzi, że tę partię da się wygrać, jeśli pozdejmuje się figury z planszy i ustawi się je na nowo. To oczywiście przyciąga, to oczywiście działa. I działa na ludzi rzeczywiście jak sekta. Bo to właśnie sekty działają, promując jakąś oderwaną od świata nowość, jakieś oczyszczenie, całkowite wyzwolenie i mamią swoich wiernych tymi nowościami. Większość sekt nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Mormoni wymyślają, że Jezus był w Ameryce, Świadkowie Jehowy dopisują do Biblii swojego Jehowę tam, gdzie go nie ma. Janusz Korwin-Mikke opowiada o królestwie i o zabieraniu pieniędzy ubogim, o rozwalaniu Unii od środka itp. To wszystko bardzo fajne, tylko nadal nie mające nic wspólnego z zastaną rzeczywistością. Co ciekawe – w podobny sposób opowiadali Izraelici przed nadejściem Chrystusa. Oczekiwali oni na Mesjasza, który zbije Rzymian, odbije Jerozolimę i zasiądzie na tronie Dawida. Nic takiego nie nastąpiło, bo nie miało szansy nastąpić. Tego rodzaju marzenia były niezgodne z zastaną rzeczywistością. Prawdziwy Mesjasz też mówił o królestwie – ale Jego królestwo nie było z tego świata. Powielanie błędnego myślenia starożytnych jest, być może, ciekawostką przyrodniczą, ale nikogo nigdzie nie zaprowadzi.

Janusz Korwin-Mikke patrzy na politykę jak na mecz szachowy i wydaje mu się, że jeśli nie wygra, to przegra. Prawdopodobieństwo zatem, że osiągnie politycznie jakikolwiek potencjał który sprawi, że będzie się liczył jako figura, nie jako pionek, jest znikome. Być może to dlatego, że jest zbyt inteligentny, by większość pospołu mogła go zrozumieć?

Myślenie jednobiegunowe

Bardzo ważną rolę w myśleniu Janusza Korwina-Mikke stanowi statystyka. Liczy się ona między innymi wtedy, gdy chodzi o kobiety. Bywa on ogłaszany szowinistą roku, ale jego zwolennicy twierdzą, że jest wręcz przeciwnie – że właśnie bardzo szanuje on kobiety, uważa że ich praca jest lepsza od pracy mężczyzn, trudniejsza itp. Pytanie: dlaczego w takim razie jest ogłaszany szowinistą? Odpowiedź na to jest prosta. Ponieważ jego szacunek do kobiet kompletnie odbiega od tego, co współcześnie definiuje się jako szacunek do kobiet. To tak, jakby ktoś mówił jedno, a robił drugie. Janusz Korwin-Mikke nie mówi jednego i nie robi czegoś przeciwnego, on zwyczajnie nie rozumie co to znaczy „szacunek do kobiet”. I nie mówię tu o tym, że pozwala kobietom uczestniczyć w polityce, że pozwala im pracować „nawet i na pięciu etatach”. Mówię o tym, że stara się je zmieścić w sztywnych ramach, jakby one nie odpowiadały za swoje życie, za swoje decyzje. Jakby rzeczywiście szukały sobie inteligentniejszych mężczyzn, jakby rzeczywiście były wystarczająco mało inteligentne, by siedzieć ponad godzinę z dzieckiem (podobno inteligentny mężczyzna by tego nie wytrzymał, ale widocznie ja jestem nieinteligentnym mężczyzną). Oczywiście przy tym wszystkim podkreśla się, że „nieinteligentne” nie znaczy „głupie”. To tak, jakbym powiedział, że „diament” to nie znaczy „węgiel”. Można sobie mówić, a oczywistym jest, że jeśli powie się komuś, że jest nieinteligentny, to odczyta to jako „głupi”, chyba, że jest skażony korwinowskim myśleniem.

FrederickTymczasem, jak już wspomniałem, statystyka nie ma wiele wspólnego z tym, co dzieje się naprawdę. Mnóstwo kobiet (nie wiem czy statystycznie większość) wcale nie szuka sobie inteligentniejszego męża, lecz takiego, który byłby na podobnym poziomie intelektualnym. Takiego, z którym dałoby się porozmawiać, z którym można twórczo działać i interesować się tymi samymi rzeczami. Nie jest tak jednobiegunowo, że kobiety są mniej inteligentne. Tak samo jak nie jest tak, że – co wynikło w ostatniej debacie Janusza Korwina-Mikke z Pawłem Kowalem – „zawsze się troszeczkę gwałci”, bo „kobiety zawsze udają, że pewien opór stawiają”. Takie myślenie nie jest szowinistyczne? Można powiedzieć oczywiście, że to jest prawda. Ale to nie jest prawda. Współżycie, zwłaszcza w dobranym, mądrym i Bożym małżeństwie, następuje za obopólną decyzją i zgodą małżonków. Mądry mężczyzna nie dąży do stosunku, gdy kobieta stawia opór. Czy to jest statystyka? Nie wiem. Wiem, że gwałt to przemoc, a miłość małżeńska zakłada wzajemną zgodę na akt małżeński. Gwałcenie jest złe, nawet jeśli nie następuje zawsze, tylko czasami.

Jeszcze jedna ważna sprawa warta zauważenia, czyli kwestia poglądów kobiety, która nawet jeśli mało inteligentna, jest bardzo szanowana przez Janusza Korwina-Mikke. Cytat: „Kobieta przesiąka poglądami człowieka, z którym sypia. Ostatecznie (Natura czy Bóg – nie będziemy się spierać) nie po to tak skonstruował mężczyzn, by setki tysięcy plemników się marnowały; wnikają one w ciało kobiety i przerabiają ją na obraz i podobieństwo mężczyzny, do którego ona należy”. Skąd wzięła się teoria, że w męskich plemnikach zawarty jest materiał światopoglądowy, tego ja nie wiem. Załóżmy, że to przenośnia, że chodzi raczej o mentalną manipulację. Jest to jednak tylko i wyłącznie manipulacja wyssanymi z palca teoriami Korwina. Być może element projekcji, przekazania tego, jak wyglądają kwestie poglądów w jego rodzinie? Ja związałem się z moją Żoną, bo miała takie jak ja poglądy, zarówno na wiarę i Boga, jak i na politykę. Teraz wzajemnie się uzupełniamy, czytamy tę samą prasę, podsyłamy sobie wzajemnie artykuły i czasem się sprzeczamy, a częściej się zgadzamy. Kiedy polemizuję z kimś np. w intenecie i piszę jakąś myśl, a potem mówię Żonie, co mi napisano, Ona komentuje to tymi samymi słowami, których ja użyłem. Nie jest tak, że ja mojej Żonie wkładam poglądy do głowy (lub w inne części ciała). Zwyczajnie zgadzamy się ze sobą – i dlatego jesteśmy razem szczęśliwi.

Co jednak, jeśli szczęśliwe małżeństwo nie zgadza się ze sobą w kwestiach politycznych? Znam jednego człowieka, który jest całym sobą w Gazecie Wyborczej. Jego żona zaś dała się wciągnąć w Łysiaka i często się ze sobą kłócą. Idąc do wyborów wrzucają głos na kogo innego. Czyżby ona była niesubordynowana? Powinna podporządkować się mężowi? To jest szacunek do kobiety? Nie, każdy człowiek bowiem może mieć własne poglądy. I mogą one być nawet sprzeczne z poglądami współmałżonka. Bez względu na to, czy jest się mężczyzną, czy kobietą. Ale jednobiegunowe myślenie Janusza Korwina-Mikke nie dopuszcza takiej możliwości. Żona ma być podporządkowana mężowi, a na dobrą sprawę – jeśli tak – to on mógłby mieć jej głos i wrzucać dwa. Oczywiście na Korwina.

Słowo na wybory

To koniec wpisu, choć niemożliwym jest, bym wszystkie myśli przekazał. Zawarłem własne przemyślenia skrótowo i oczekuję krytyki. Na koniec namawiam do głosowania w niedzielę (i w całym życiu) zgodnie z własnym sumieniem i własnymi poglądami – niekoniecznie w zgodzie z poglądami męża. Zachęcam do oddawania głosu na tego, kogo uważacie za najlepszą alternatywę. Czy to będzie Korwin? To już jest Wasz wybór. Czy ma on realne szanse na wprowadzenie realnych zmian w realnej polityce? Mam nadzieję, że nie ma.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Janusz Korwin-Mikke, pobrane ze strony http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,12451909,Korwin_Mikke_pozywa_za_rysunek_z_niepelnosprawnym.html
2. The Long Journey – Frederick Cayley Robinson, z dodanym komentarzem, za https://www.facebook.com/RozgadaneObrazy/photos/a.123193057844570.27132.123137091183500/302959083201299/?type=1&theater

Kategorie: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 4 komentarzy

Środa, Piątek, ona w ciąży

W każdy piątek poza kilkoma wyjątkami, gdy wypada uroczystość lub jej oktawa, obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych. Zasada, z którą kłócić się można, niektórym wydaje się dziwna, bo można zamiast kiepskiej szynki zjeść łososia albo sushi, albo kawior; albo – do czego czepiał się niedawno Jan Turnau – aligatora. Zatem zamiast zwykłego mięska można zjeść wodny rarytas. Mniejsza z tym, tradycja niejedzenia mięsa pochodzi z dawnych czasów, gdy to mięso właśnie było raczej rarytasem, a post jakościowy (czyli wstrzemięźliwość) jest raczej czymś symbolicznym. Ma to swoje uzasadnienie w tym, że czcimy dzień śmierci Jezusa, poprzez wybrany sposób poszczenia. W tradycji jest to właśnie wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych.

postTroszeczkę inaczej sprawa ma się z dwoma dniami w ciągu roku: Środą Popielcową i Wielkim Piątkiem (do niedawna obejmowało to jeszcze trzeci dzień, Wigilię Bożego Narodzenia, ale dziś to już tylko tradycyjny obrząd). Wówczas, oprócz wstrzemięźliwości obowiązuje jeszcze post ilościowy. Oznacza on, że można zjeść trzy posiłki w ciągu dnia. Dwa „po trochu”, a więc do podtrzymania życia (dajmy na to jeden sucharek, albo jabłko), a jeden do syta, a więc żeby się najeść. Wiem z doświadczenia dość dziwnego, i to nie tylko z Wigilii, ale i ze Środy Popielcowej, że w efekcie dwa posiłki bywają do syta, a trzeci okazuje się być taką mega wyżerką, jaką rzadko się spotyka w codzienności. Tak na przykład wyglądała moja Środa Popielcowa w seminarium. Tak czy inaczej, jeśli chcemy rzeczywiście zastosować się do nakazu wstrzemięźliwości i postu, musimy się nie najadać (posiłek „do syta” to normalny np. obiad, a nie jakiś przesadnie przerośnięty). Jak te zasady prezentują się według przepisów?

Kan. 1252 – Prawem o wstrzemięźliwości są związane osoby, które ukończyły czternasty rok życia, prawem zaś o poście są związane wszystkie osoby pełnoletnie, aż do rozpoczęcia sześćdziesiątego roku życia. Duszpasterze oraz rodzice winni zatroszczyć się o to, ażeby również ci, którzy z racji młodszego wieku nie związani jeszcze prawem postu i wstrzemięźliwości, byli wprowadzeni w autentyczny duch pokuty.

Zatem mięso w piątki jeść mogą nasze dzieci, aż nie skończą 14 lat. Ilościowo poszczą dopiero osiemnastolatkowie (!) i tylko pięćdziesięciodziewięciolatkowie. Wcześniej i później ten rodzaj postu ich nie dotyczy. Co jednak z kobietami w ciąży?

fast-food-ciazaPiszę tę notkę, ponieważ temat dotyczy kilku moich znajomych kobiet, w tym również mojej żony. Temat wywołuje kontrowersje, a przepisy kościelne nie wspominają nic o dyspensie dla pań spodziewających się dziecka. Z prostego rozumienia przepisów należy zatem wyczytać, że matka, jeśli ukończyła już 14 lat, powinna się powstrzymać od spożywania mięsa w piątki i Środę Popielcową. Jeśli zaś ukończyła 18 lat, powinna również w Środę i Piątek ograniczyć ilościowe spożycie. I pojawiają się głosy, że przeciętna kobieta w ciąży nie powinna mieć problemów z niejedzeniem mięsa raz w tygodniu, jak również z ilościowym ograniczeniem dwa razy w ciągu roku. Pojawiają się jednak również takie głosy, które podkreślają, że niektóre kobiety na konkretnych etapach ciąży mają bardzo ograniczone preferencje żywieniowe, mogą jeść tylko konkretne rzeczy, a inne powodują u nich mdłości i wymioty. Jeśli mają możliwość jedzenia wyłączenie mięsa, nie powinno się im zabraniać zjedzenia jakiegokolwiek posiłku. Ja dołożę do tego od siebie informację, że kobieta w ciąży powinna jeść często i regularnie. Tak, jak dla zdrowego życia należy posiłkować się pięć razy dziennie, ale raz na jakiś czas można się ograniczyć, tak kobieta nosząca pod swoim sercem dodatkowe życie nie powinna tego typu ograniczeń wprowadzać. Decyzja o ograniczeniu jedzenia może nawet po jednym dniu zmienić układ sił w organizmie na niekorzyść, wprowadzić zamieszanie w wynikach badań itp. Nie mówiąc już o sytuacji, w której kobieta będąc w ciąży choruje na cukrzycę lub inne ciężkie choroby. Wówczas nie widzę żadnego powodu, by zmuszać taką niewiastę do ograniczania się.

Choć nie ma żadnych wytycznych w Kodeksie Prawa Kanonicznego odnośnie wstrzemięźliwości kobiet w ciąży, a czytając tekst KPK powinniśmy raczej uznać, że należy powstrzymać się od mięsa i najadania nawet gdy jest się w błogosławionym stanie, myślę że warto pamiętać o bardzo ważnych słowach Chrystusa: „Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: «Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno?». On im odpowiedział: «Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom». I dodał: «To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu»” (Mk 2,23-28). Ten jeden fragment oczywiście nie powoduje negacji całego prawa i wszystkich przepisów, które nas obowiązują w Kościele. Prawo i dokumenty Kościoła są po to, by kierować ludem, by prowadzić go. By pokazywać gdzie jest jeszcze Kościół, a gdzie tylko jego parodia. Jednak Jezus podkreślił, że On jest panem szabatu i że nie ma konieczności, by wszystkich praw przestrzegać z linijką w ręku. I ja sądzę, choć nie wypowiadam się tu jako znawca i bez powagi nauczania Kościoła katolickiego, że podobnie sytuacja się ma w stosunku do kobiet w ciąży.

Kobieto, nosisz pod swoim sercem malutkie dziecko, nowego człowieka! Twoim prawem jest usiąść w pociągu czy tramwaju (albo autobusie). To Ty decydujesz o tym, czy poprosisz kogoś, by ustąpił Ci miejsca albo przepuścił w kolejce do kasy. Oczywiście znajdą się zawsze niezadowoleni, którzy będą narzekać. Ale to Ty jesteś w specjalnej sytuacji i masz do tego prawo. Podobnie z postem w Środę Popielcową czy każdy piątek. To Ty decydujesz, czy przegłodzenie się nie przyniesie szkód Tobie i Twojemu dziecku, czy masz szansę przeżyć jeden dzień tak, żeby było trochę pod górkę. Jeśli jednak miałabyś mdleć, wymiotować czy słabnąć, jeśli Twoje wyniki miałyby się pogorszyć, a co za tym idzie – miałyby pogorszyć się warunki zdrowotne, to nie wahaj się zrezygnować z poszczenia, nawet w Wielki Piątek, nawet w Środę Popielcową. To post został ustanowiony dla Ciebie, a nie Ty dla postu!

Nawet jeśli znajdą się tacy, którzy będą ględzić. Ględzą w tramwaju i w kolejce do kasy, będą i ględzić w Wielki Piątek. Ale to Ty jesteś w ciąży. I naprawdę najlepiej zdajesz sobie sprawę, co jest dla Was lepsze!

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Post o chlebie i wodzie, pobrane ze strony http://www.emaus.czest.pl/
2. Fast-Food w ciąży, za stroną http://www.przyslijprzepis.pl/artykul/fast-food-w-czasie-ciazy

Kategorie: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 6 komentarzy

Post Daniela

Trwa ten szczególny okres w roku liturgicznym, jakim jest Wielki Post. Jest to okres przygotowania do misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, który obchodzimy na pamiątkę czterdziestodniowego pobytu Jezusa na pustyni, gdzie sam pościł i znosił cierpliwie kuszenie szatana. Innym przełożeniem 40 dni może być 40 lat błądzenia Izraela przed dotarciem do Ziemi Obiecanej, albo 40 dni i 40 nocy dryfowania arki Noego po wodach potopu. Wszystkie te sytuacje związane były z odosobnieniem, odseparowaniem nieskończonymi połaciami terenu – piasku lub wody – i ogromem zaufania Bogu.

W ramach przeżywania Wielkiego Postu chciałbym zaproponować sposób na oczyszczenie organizmu, ale też zrzucenie zbędnych kilogramów, które odłożyły się u wielu w trakcie zimy (albo, jak w moim przypadku, przez lata zaniedbań). Tym sposobem jest tzw. post Daniela, inaczej zwany dietą Ewy Dąbrowskiej (od nazwiska osoby, która tę dietę opracowała), ew. pół-głodówką. Polecam tę dietę tutaj, na blogu, ponieważ nie stanowi ona wyłącznie dobrego sposobu na schudnięcie, ale również oczyszcza organizm, a co za tym idzie, również ludzkiego ducha. Zastanówmy się na czym polega taka dieta, zanim wykażę dlaczego wpływa ona pozytywnie na ciało i ducha.

Nazwa „Post Daniela” wzięła się od biblijnego proroka Daniela. W księdze poświęconej temu prorokowi możemy przeczytać historię o tym jak on i trzej jego przyjaciele odmówili jedzenia królewskiego pożywienia, by się nimi nie kalać:

„Daniel powziął postanowienie, by się nie kalać potrawami królewskimi ani winem, które [król] pijał. Poprosił więc nadzorcę służby dworskiej, by nie musiał się kalać. Bóg zaś obdarzył Daniela przychylnością i miłosierdziem nadzorcy służby dworskiej. Nadzorca służby dworskiej powiedział do Daniela: «Obawiam się, by mój pan, król, który przydzielił wam pożywienie i napoje, nie ujrzał, że wasze twarze są chudsze niż [twarze] młodzieńców w waszym wieku i byście nie narazili mojej głowy na niebezpieczeństwo u króla». Daniel zaś powiedział do strażnika, którego ustanowił nadzorca służby dworskiej nad Danielem, Chananiaszem, Miszaelem i Azariaszem: «Poddaj sługi twoje dziesięciodniowej próbie: niech nam dają jarzyny do jedzenia i wodę do picia. Wtedy zobaczysz, jak my wyglądamy, a jak wyglądają młodzieńcy jedzący potrawy królewskie i postąpisz ze swoimi sługami według tego, co widziałeś». Przystał na to żądanie i poddał ich dziesięciodniowej próbie. A po upływie dziesięciu dni wygląd ich był lepszy i zdrowszy niż innych młodzieńców, którzy spożywali potrawy królewskie. Strażnik zabierał więc ich potrawy i wino do picia, a podawał im jarzyny” (Dn 1,8-16).

warzywa_1_1Z powyższego fragmentu można wywnioskować, że Daniel wraz z przyjaciółmi odmówili spożywania mięsa i innych pokarmów królewskich, zamiast tego decydując się na warzywa i wodę, ale ich ufność w Panu była tak wielka, że zamiast wychudnąć czy nawet umrzeć z głodu, po dziesięciu dniach byli zdrowsi i lepiej wyglądali niż ci, którzy żywili się mięsem z królewskiego stołu. Całe to opowiadanie przywodzi na myśl wielkość i wszechmoc Boga, bo przecież w normalnych warunkach, żywiąc się wyłącznie warzywami przez dziesięć dni, można zejść z tego świata. Prawdą jest jednak oczywiście, że Bóg jest wielki, ale prawdą jest też, że w tym przypadku raczej zadziałały zwyczajne procesy biologiczne, które okazały się łatwe do wyjaśnienia, a które m.in. dr Ewa Dąbrowska postanowiła opisać. Pisząc swoje artykuły czy mówiąc audycje w Radiu Maryja, pani doktor podkreślała, że problemem dzisiejszego społeczeństwa jest strach przed głodem. Ludziom wydaje się, że skoro mają swobodny dostęp do jedzenia, powinni się objadać, jeść na zapas czy zwyczajnie jeść co popadnie. Kiedy dowiadują się, że ktoś żyje dobrze jedząc tylko warzywa, myślą że to cudowny człowiek – jedzenie bowiem warzyw, a przy tym niejedzenie mięsa kojarzy się z głodzeniem się. Co więcej, odrzuca się tu nie tylko mięso, ale też wszelkie produkty zbożowe, cukry, skrobię itp. Jeśli powiedzieć o tym zwykłemu zjadaczowi chleba (nomen omen), zdziwi się mocno, że w ogóle można tak przeżyć dłużej niż w Wielki Piątek i Środę Popielcową.

Strach zatem przed uczuciem głodu sprawia, że nie potrafimy wyobrazić sobie życia na samych warzywach, choćby przez kilka dni. Tymczasem okazuje się, że jest to możliwe. Czy jedzenie samych warzyw jest pożywne? Nie. Tak naprawdę robiąc to nie dostarczamy do organizmu nic poza wodą, witaminami i solami mineralnymi. Oczywiście w warzywach występuje też białko, tłuszcz czy cukry, ale w porównaniu do mięsa, masła, słodyczy – w znikomym stopniu. Wyklucza się dlatego z diety warzywa wysokobiałkowe, jak fasola i inne rośliny strączkowe. Jak więc można przeżyć nie dostarczając organizmowi niemal żadnych składników odżywczych? Można, pod warunkiem, że nie jest się skrajnie wychudzonym.

Dieta warzywno-owocowa opiera się bowiem na żywieniu wewnętrznym. Organizm, któremu dostarcza się wyłącznie minerałów i witamin, oraz błonnika, po kilku dniach biologicznie zauważa, że nie może przeżyć, jeśli nie zacznie spożywać. Ponieważ jednak nie dostaje składników odżywczych zaczyna spalać to, co już w sobie posiada. Czy oznacza to, że stracimy mózg i zaczniemy głupieć? Albo mięśnie nóg i przestaniemy chodzić? W żadnej mierze! Dopóki nie jesteśmy skrajnie wychudzeni, organizm spala to, co jest dla niego zbędne, niekonieczne do przeżycia. Spożywanie wewnętrzne zaczyna się więc od tłuszczu, który odkładamy sobie na czarną godzinę, przez co jesteśmy grubi (nie wszyscy oczywiście, ale ja na przykład jestem). Przy okazji spalają się wszystkie złogi, uszkodzone komórki, organizm zużywa stare, martwe komórki ciała odłożone gdzieś w organizmie. Pozbywa się cholesterolu z krwi, kwasów ze stawów, wszelkich fizycznych rzeczy mogących powodować schorzenia. Ze względu na to już kilka dni po rozpoczęciu diety warzywnej, zamiast zmarnieć i rozchorować się, człowiek nabiera energii, odczuwa większą chęć do życia. Jeśli miał trądzik, trądzik zaczyna się cofać. Jeśli miał łupież, łupież znika. Przechodzą bóle mięśni, mijają bóle głowy, wszelkie symptomy chorobowe, a nawet naturalna skłonność do chorowania jest redukowana.

Nie jest zbyt kolorowo przez pierwsze dni. Towarzyszy człowiekowi uczucie głodu, ale także pojawiają się nieznośne bóle głowy, nadmierna potliwość itp. Jest to spowodowane tym, że organizm walczy z „dostawcą” pożywienia, usiłując namówić go na dostarczenie składników odżywczych. Myślę, że ten fakt dotyczy wszystkich sytuacji w których organizm jest przyzwyczajony do czegoś (nie chcę tu używać słowa „uzależniony”) i przestaje to coś otrzymywać. Tak jest przy odstawianiu każdej używki: alkoholu, papierosów czy kawy (a w diecie warzywno-owocowej zaleca się odstawienie każdego z powyższych), tak też musi być, kiedy przestaje się jeść. Już po dwóch-trzech dniach jednak nasze ciało zaczyna rozumieć, że z obiadu nici i przestawia się na żywienie wewnętrzne. Znikają bóle, a człowiek zaczyna wracać do zdrowia. Znika także poczucie głodu, przyzwyczajamy się do tego, że żywimy się tylko tym, co mamy w sobie.

Co można jeść w czasie postu Daniela? Przede wszystkim wiele warzyw, bez dodatku śmietany, serów itp., jedynie z niektórymi przyprawami (np. sól wolno). Odrzucamy jednak warzywa wysokokaloryczne czy wysokobiałkowe. Odpadają ziemniaki, bób, fasola i inne strączkowe. Pozostają wszelkie brokuły, marchewki, kalafiory, rzodkiewki, pomidory, pietruszki itp. Wybór jest wielki. Ja na przykład lubię sobie nadziać paprykę cukinią, cebulą, pomidorkiem i wrzucić do piekarnika. Oczywiście nie smażymy, jedynie gotujemy, najlepiej na parze, albo pieczemy w piekarniku. Możemy jeść też trzy owoce: jabłka, grejpfruty i cytryny. Postać każda: zarówno na surowo, jak i w postaci zup czy soków. Pijemy zarówno dużo wody, jak i – jak już wspomniałem – soki, a także słabą herbatę. Kawa, alkohol, wszystkie napoje słodzone (także słodzikiem, który truje organizm) odpadają.

cialo-i-ducha-ratowac-zywieniem-9788370191375Na początku sam do owej diety podchodziłem sceptycznie. Kolegę, który mówił o oczyszczeniu i o zwiększeniu energii raczej ironicznie skrytykowałem. Ale później postanowiłem spróbować i – mimo początkowego zwątpienia – nie pożałowałem. Obecnie trwam na niej po raz trzeci, chcę spróbować wytrwać jak najdłużej w czasie Wielkiego Postu (zalecany czas to od dwóch do sześciu tygodni, gdyż niektóre procesy chorobowe cofają się dopiero pod koniec tego okresu). Jedyne co mi przeszkadza w tym, co pisze czy mówi p. doktor Ewa Dąbrowska, to przesada w próbie uargumentowania postu Daniela w sposób teologiczny. Rozumiem doskonale podciągnięcie pod tę dietę samej Księgi Daniela, gdzie rzeczywiście wykazane jest ewidentne zbawienne działanie podobnego sposobu żywienia. Problem sprawiają mi fragmenty wywodu mówiące o początkach człowieka (Adam i Ewa) i ich życiu w Raju. Ewa Dąbrowska twierdzi, że człowiek od początku stworzony został do jedzenia wyłącznie roślin, bo jak głosi Księga Rodzaju: „I rzekł Bóg: Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem” (Rdz 1,29). Zatem dopiero grzech spowodował, że człowiek zaczął spożywać mięso. Nie zagłębiając się w to, czy opowieść o Raju była prawdziwa, czy to tylko mit mający zobrazować działanie Boga w świecie, należy podkreślić, że jedzenie mięsa nie jest niczym grzesznym, złym, a także niezdrowym. Sama pani doktor podkreśla, że skończywszy dietę warzywno-owocową należy przejść na zdrowe żywienie, w skład którego wchodzą ryby i drób, a więc mięso. Post Daniela ma za zadanie oczyścić ludzki organizm, ale nie jest docelowym sposobem żywienia – choć oczywiście zagorzali weganie wprowadzą do diety ziemniaki, zboże i soję i już zachowają „rajskie” zalecenia przy jednoczesnym mniej-więcej zdrowym odżywianiu. Mnie zwyczajnie nie pasuje podciąganie historii o stworzeniu świata pod własną ideologię, żeby usprawiedliwić czy znobilitować dietę, którą się promuje.

Mimo mankamentów polecam jeszcze raz dietę, zwłaszcza osobom mającym kłopoty ze zdrowiem, a przede wszystkim z nadwagą, nadciśnieniem i cholesterolem. Zapraszam na oficjalną stronę doktor Ewy Dąbrowskiej w celu zapoznania się ze szczegółami. Polecam też jej książkę „Ciało i ducha ratować żywieniem” jako lekturę na Wielki Post.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Warzywa i owoce, pobrane ze strony http://mojafirma.infor.pl/nieruchomosci/ogrod/warzywa/306200,Owoce-i-warzywa-w-czerwcu.html
2. Ewa Dąbrowska, „Ciało i ducha ratować żywieniem” i „Przywracać zdrowie żywieniem”, pobrane ze strony http://www.nokaut.pl/ksiazki/cialo-i-ducha-ratowac-zywieniem-9788370191375.html#pid=119468&cid=6

Kategorie: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 7 komentarzy

Dziecko śmierci

Mój bliski opowiedział mi pewnego razu swoją historię. Jego rodzice chcieli mieć tylko jedno dziecko. Kiedy więc urodził się ich syn, postanowili zaniechać dalszych starań o potomka. Tym synem nie był mój bliski. Można więc przypuszczać, że on nigdy by nie zaistniał, nigdy by się nie urodził, gdyż – zgodnie z planem – rodzice mieli już to jedyne dziecko. Syn jednak zmarł. Po odbyciu żałoby rodzice zdecydowali się zatem, że – skoro chcą mieć jedno dziecko – postarają się o kolejne. Wtedy urodził się mój znajomy. To właśnie on, wiele lat później, opowiedział mi o zjawisku, które nazwał „dzieckiem śmierci”. On sam tak siebie nazwał. Gdyby nie umarł jego brat, którego nie miał nawet szansy poznać, jego nigdy by nie było.

Potem zacząłem zastanawiać się nad zjawiskiem dziecka śmierci. Doszedłem do wniosku, że każdy człowiek na ziemi jest z pewnością dzieckiem śmierci, bo każdy człowiek istnieje dzięki temu, że ktoś przed nim, w odpowiednich okolicznościach, umarł. Niekoniecznie musiała to być tak prostolinijna historia, jak u mojego znajomego. Nie musiało być tak, że zmarło czyjeś starsze rodzeństwo, które miało być jedynym dzieckiem. Ale jeśli cofniemy się myślami w czasie wystarczająco daleko, napotkamy z pewnością na śmierć, która doprowadziła do naszego życia. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.

dzieckoZnam historię życia człowieka niezwykle bliską mojemu sercu. Żyła sobie piękna, młoda kobieta, która pokochała młodego mężczyznę. Byli ze sobą szczęśliwi i planowali wspólne życie. Planowali ślub i rodzinę, planowali dzieci. Niestety okazało się, że narzeczony dziewczyny jest ciężko chory, że umiera. To będzie historia z happy endem, nawet mimo tego, że ten mężczyzna w końcu umrze. Może się to wydawać ironiczne, ale naprawdę wielu ludziom później przyniesie szczęście. Mężczyzna chorował i umarł. Został pożegnany, a po pewnym czasie kobieta pokochała innego mężczyznę. Z tym mężczyzną wzięła ślub i w ich małżeństwie pojawiło się dziecko. Tym dzieckiem był ów człowiek, o którym wspomniałem na początku. Urodził się w szczęśliwej rodzinie, a data jego urodzin była kolejną rocznicą pogrzebu pierwszego narzeczonego jego matki…

W środę byliśmy na mszy w Zagościńcu. Zagościniec jest małą miejscowością, która znajduje się blisko miejsca mojej pracy i w której mamy nadzieję pewnego dnia zamieszkać. Nasze zamieszkiwanie w Zagościńcu zaczęło się nietypowo – od śmierci naszego Trzeciego Maluszka. Szukając miejsca na pochówek wybraliśmy sobie właśnie Zagościniec z myślą, że gdy kiedyś tam zamieszkamy, nasz grób będzie w pobliżu. Byliśmy na mszy, którą wcześniej zamówiliśmy w intencji zbawienia naszego Maleństwa. Termin ten pokrywał się zaś mniej-więcej z datą przewidywanego rozwiązania, które planowane było na koniec lutego. Gdybyśmy zatem nie stracili dzieciątka, to nasze Trzecie byłoby już z nami, na wierzchu, lub właśnie by się rodziło. Dziwnie się o tym pisze w 5 miesięcy od jego śmierci, kiedy tak naprawdę w ogóle nie czuje się już, że można by musieć opiekować się noworodkiem.

JezusdzieciJesteśmy w trzecim miesiącu ciąży. Nasze Czwarte w tej chwili jest zdrowe, rozkokoszone i bezpieczne. Kiedy pytają mnie o to, jak się miewa, odpowiadam w stylu typowym dla mnie, że jeszcze żyje. Ale żyje i podobno miewa się dobrze. Gdyby nasze Trzecie Maleństwo nie umarło, dziś rodziłoby się, a Czwartego nie mielibyśmy nawet w planach. No, może bardzo odległych. Kiedy jednak okazało się, że straciliśmy jednego z dzieciaczków, postaraliśmy się z Bożą pomocą o kolejnego, gdy tylko lekarze zajmujący się nami wskazali, że już jest dobry moment, by się starać. Nasze Czwarte Dzieciątko, to które teraz się rozwija w swoim życiu płodowym, nigdy by nie zaistniało, gdyby nie umarło jego starsze rodzeństwo. Ono istnieje tylko dlatego, że jego brat lub siostra opuścił nas przedwcześnie. Każde kolejne z naszych dzieci będzie już inne niż byłoby każde kolejne z naszych dzieci, gdyby Trzecie nie umarło. Ale to jedno, Czwarte, zawsze będzie inne w wyjątkowy, bardzo bezpośredni sposób. Ono jest bardzo bezpośrednio dzieckiem śmierci.

Proszę Was serdecznie o modlitwę w intencji naszego Czwartego Maluszka, aby bezpiecznie przeszedł przez ciążę i zdrowo wyszedł na zewnątrz w odpowiednim momencie. Oraz w intencji Trzeciego, aby miał możliwość cieszyć się wiecznym szczęściem w Niebie, skoro Pan postanowił powołać go tak wcześnie.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Figura Dziecka Utraconego, pobrana ze strony http://wiara.wm.pl/126599,Dzien-Dziecka-Utraconego.html
2. Wizerunek Jezusa i Dzieci, pobrany ze strony http://anulka77.wordpress.com/2012/08/03/dzieci-i-pan-jezus/

Kategorie: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 3 komentarzy

Co ma Pan Bóg do Hobbita?

Wielu spośród Was zapewne zdaje sobie już sprawę z tego, że jestem fanem literatury fantasy. Co za tym idzie bardzo lubię też filmy o tej tematyce. Nie należę do anty-potterowców, walczących z każdym przejawem magii w książkach, nie zamykam się na Wiedźmina, który bywa wulgarny i przesączony zbędnymi scenami seksu. Jestem jednak zdania, że aby wejść w świat Pottera, albo Geralta z Rivii, czy choćby Pratchetta lub Gry o Tron, warto zapoznać się z klasyką gatunku. A do klasyki zaliczam dwóch twórców: C.S.Lewisa i J.R.R.Tolkiena (a dobrze jest dodać do ich kompanii Ursulę K.Le Guin). To Lewis i Tolkien stworzyli dwa wielkie, żyjące własnym życiem światy i wprowadzili do nich wyrazistych bohaterów, dając tym samym inspirację kilku pokoleniom czytelników i podążającym ich śladem pisarzom. Tolkien swój świat stworzył całkowicie od podstaw, jako niezależny od tego, w którym my żyjemy. Lewis wprowadził ideę światów przenikających się, gdzie ludzie z naszej strony mogą przejść na drugi brzeg przez starą szafę, albo przez ramy obrazu. Oba z tych pomysłów znajdują odzwierciedlenie w dziełach licznych autorów podążających tropem klasyki fantasy.

Wielu zdaje sobie sprawę z tego, że klasyczne fantasy opiera się na legendach, podaniach ludowych i mitologii. Nie oszuka nikogo bowiem ten, kto stwierdzi, że to starożytni Grecy (opiewający centaury, Minotaura czy Ikara i Dedala lecących na skrzydłach ku słońcu), Egipcjanie (mówiący o bóstwach w ciałach ludzi, lecz z głowami zwierząt) czy choćby Skandynawowie (Odyn na sześcionożnym rumaku, Thor z młotem, mity o Ragnaroku), starając się wyjaśnić różne zjawiska, stworzyli pierwotną fantastykę. Do tego doszły tysiące podań i legend, przekazywanych lub wymyślanych przez tysiące lat w różnych zakątkach ziemi – jak lewiatany i krakeny niszczące statki marynarzy wyprawiających się w morze, wielkie Yeti żyjące we wszystkich wyższych górach świata czy dziwne potwory zamieszkujące szkockie jeziora (najpopularniejszy z nich mieszka do dziś w Jeziorze Loch Ness). To wszystko twórcy fantastyki z połowy XX wieku włączyli do swoich inspiracji, by opisać nowe światy. Tolkien sięgnął zatem głównie po mitologię i podania anglosaskie, a jego przyjaciel Lewis zainspirował się także grecką mitologią starożytną (włączając w swoje opowieści zarówno faunów, jak i satyrów, nie wyjaśniając jednak różnic między jednymi, a drugimi).

Są jednak i tacy, którzy wiedzą, że zarówno Tolkien, który był bardzo zaangażowanym katolikiem, jak i Lewis, nawrócony na anglikanizm ateista – tu duża zasługa Tolkiena, ale także konflikt między przyjaciółmi, ponieważ Tolkien miał żal do Lewisa o to, że nie wstąpił do Kościoła katolickiego – oparli dzieła swojego życia na Ewangelii. Są rzecz jasna i tacy, dla których pozostawało to tajemnicą. Fantasy to fantasy, odradzający się czarodzieje i gadające lwy to kwestia konwencji. Kiedy zatem powiedziałem koleżance, która była niedługo po fascynacji „Opowieściami z Narnii”, że Lewis umieścił w swojej serii przesłanie z Ewangelii, usłyszałem: „No i zepsułeś mi całą radość z czytania”. Fantasy to bowiem fantasy, przygoda w wyobraźni, obce, wspaniałe światy, a Ewangelia – zdaniem niektórych – to bujda, zaś wkręcanie jej gdziekolwiek jest zniesmaczające.

aslanTymczasem faktem jest, że zarówno Lewis – bardzo bezpośrednio, jak i Tolkien – nieco bardziej dookoła, w swoich dziełach zawarli przesłanie o zbawieniu, o samym Chrystusie, prawdziwym Bogu, synu Boga Ojca. Bohaterowie jednego i drugiego szukają swojej drogi nie tylko do rozwiązania trudnej przygody, lecz również do zbawienia, do wiecznego wybawienia. Spójrzmy chociaż na „Opowieści z Narnii” i na najbardziej znaczącą postać lwa Aslana. Kim jest Aslan? Jest postacią, która dla większości bohaterów jest rodzajem legendy, kimś, kto opiekuje się całą Narnią, wszystkimi żyjącym w niej istotami. Jest nazywany Synem Władcy zza Morza i kiedy wreszcie się pojawia, by przynieść prawdziwą pomoc bohaterom, później wraca za to Morze (w jednej części podąża z nim jeden z bohaterów). Aslan również umiera, zostaje zamordowany, by później powstać, pokonać Białą Czarownicę, która go zabiła. Jak ktoś pragnie, może to traktować jako czystą fantastykę. Analogia jednak z postacią Chrystusa wydaje się być więcej niż oczywista. Chrystus też był Synem wielkiego Władcy. Do tego Władcy powracał, zabierając też z sobą wiernych Mu ludzi (tak, jak Aslan zabrał Ryczypiska). Jezus Chrystus zabity został na krzyżu, tak jak Aslan przez Białą Czarownicę na kamieniu. Kamień pękł, gdy Aslan powstawał – i w ten sposób przedstawia się często zmartwychwstanie Jezusa. Analogia staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy w „Podróży »Wędrowca do Świtu«”, właśnie przy odchodzeniu Za Morze, Edmund pyta Aslana o jego obecność w ich (czyli naszym) świecie: „Czy ty… czy tam jesteś również, panie?” Aslan odpowiada: „Jestem. Ale tam noszę inne imię. Musicie mnie rozpoznać pod tym imieniem”.

Tolkien, jak wspomniałem, nie jest już tak bezpośredni w lokowaniu Ewangelii w swych dziełach. Czasem można pomyśleć, że jeśli udaje się odszukać jakieś analogie, to pewnie przez przypadek się tam znalazły. Że Tolkien jako zaangażowany katolik mimo woli umieszczał w swoich książkach to, czym żył. Poznając jednak szerszą twórczość autora, w tym jego listy, ale też dowiadując się, że dopracowywał swoje powieści w najmniejszych szczegółach, pozbywamy się wątpliwości, że Śródziemie też ma swoją Ewangelię, nieco inną od naszej, ale równie wyrazistą.

Zaczynając od Hobbita musimy podkreślić, że to była pierwsza powieść Tolkiena i nie wiadomo, czy planował jakiś dalszy ciąg, dopóki czytelnicy nie zachłysnęli się historią o Bilbo Bagginsie i nie zażądali kontynuacji. W samym Hobbicie, krótkiej, trzystustronicowej książce, wielkich analogii do Ewangelicznego życia trudno się doszukiwać. Dlatego na dzieło mistrza należy patrzeć szeroko, z perspektywy Władcy Pierścieni, ale i jeszcze szerzej – z perspektywy Silmarillionu. Zacznijmy jednak od Hobbita. W tej krótkiej historii rzucają się w oczy szczególnie postaci krasnoludów. Mało konkretnych, stanowiących raczej kogoś w rodzaju „ludu”, z jednym wyraźnym przywódcą, ale nie wyróżniających się między sobą. Wielu widzi w nich analogię do narodu wybranego, czyli do Izraela. Wydaje się to jasne w perspektywie posiadania wspaniałego kraju, z którego zostają wygnani, tak jak wygnany ze swej ziemi na przestrzeni wieków – i to kilkakrotnie – był Izrael. Postacią wyganiającą ich jest pożądający bogactw i władzy smok, który w Biblii jest symbolem diabła. Oczywiście w wielu innych opowieściach występują smoki, wiele z nich ma dobry charakter. Smok Tolkiena jest jednak diaboliczny, bezwzględny i zły – a żaden dobry smok się u niego nie pojawia. Oczywiście ostatecznie zostaje on pokonany dzięki poświęceniu zarówno krasnoludów, jak i ludzi, a także najmniejszego i najsłabszego: hobbita.

gandalfPrzejdźmy jednak do dalszej historii, a więc do Władcy Pierścieni. Tu Ewangelia przebija już ze wszystkich stron. Wprawdzie nie mamy jednego wyrazistego obrazu Chrystusa, jak u Lewisa, ale to, co w Ewangelii przynależy do jednej osoby, Tolkien rozpisał na trzy. I tak – przede wszystkim – hobbit Frodo, który jest „słaby w oczach świata”, wykonuje misję, która wybawia cały świat spod władzy złego. Ten zły jest – w sposób zdecydowany – obrazem Szatana w książkach Tolkiena. Drugi obraz Chrystusa to Gandalf. On jest przewodnikiem, kierownikiem, wskazuje wszystkim najlepszą, najmądrzejszą drogę. W pewnym momencie jednak staje do walki z Balrogiem, który nawet wyglądem przypominać ma znane nam wizerunki diabła. Pokonuje stwora, ale sam spada i umiera jako Gandalf Szary. Później jednak rodzi się na nowo, zmartwychwstaje przemieniony jako Gandalf Biały – jeszcze mądrzejszy i potężniejszy. Tak samo, jak Aslan w Opowieściach z Narnii. Analogicznie do Jezusa Chrystusa w naszym świecie. Nareszcie „trzeci Chrystus”, a więc prawdziwy król, Aragorn. Podobnie jak w narodzie wybranym dynastia Dawida została przerwana, a Jezus okazał się być dziedzicem tronu Dawida, tak i w Gondorze zaginął ślad po dynastii królewskiej, której ostatnim żyjącym potomkiem był Aragorn, znany jako Obieżyświat przez wzgląd na swój tułaczy tryb życia. On zaś nie tylko powraca na tron, nie obalając namiestnika (ostatnim żyjącym namiestnikiem pozostaje Faramir), lecz zaprzyjaźniając się z nim, ale też wyzwala dusze, które oczekiwały na wybawienie. Podobnie jak w naszej tradycji Chrystus „zstąpił do piekieł”, by z łona Abrahama uwolnić sprawiedliwych sprzed Jego przybycia na ziemię, tak Aragorn wstępuje między przeklętych umarłych, zawołuje ich do wierności swemu królowi i ostatecznie uwalnia ich dusze od klątwy.

Jeśli wgłębić się w strony Władcy Pierścieni, można napisać na ten temat niejedną pracę doktorską z teologii. Znam dwoje znamienitych katolickich publicystów, którzy więcej na ten temat niż ja powiedzą (Elżbieta Wiater i Wojciech Teister). Ja teraz sięgnę jeszcze głębiej, a więc do Silmarillionu. Ta powieść Tolkiena – acz mam wątpliwości, czy nazywać ją powieścią – jest czymś w rodzaju mitologii Śródziemia. Albo może Księgi Rodzaju Śródziemia. Opowiada o stworzeniu świata, o dziele stworzenia ludzi, krasnoludów, elfów, entów, orłów… I tak – przede wszystkim – Stwórca jest jeden. Zwą Go Eru lub Iluvatar i On jest Panem wszystkiego. Z miłości stwarza Valarów, zwanych niekiedy bogami (ale będącymi odpowiednikami aniołów z naszej wiary), a ci Valarowie „śpiewają” świat. Oprócz Valarów istnieją też Majarowie, pomniejsze dusze, należące do tej samej, co Valarowie rodziny Ainurów. Jednym i najbardziej nam znanym z nich jest Gandalf.

Nie będę opowiadał całej historii Śródziemia i powiązań ewangelicznych, bo nie sposób to uczynić. Dość tylko zaznaczyć, że twórczość Tolkiena jest nie tylko wspaniałą historią fantasy, ale niesie w sobie ogromne przesłanie Ewangeliczne. Pan Bóg ma bardzo wiele wspólnego z Hobbitem, bo Tolkien – prawdopodobnie w sposób bardzo świadomy – włożył do Hobbita bardzo dużo Boga. A w zestawieniu Tolkiena z Lewisem widzę wyraźne odzwierciedlenie własnej teorii fantasy: Jeśli istnieje jakikolwiek świat inny od naszego, czy to naprawdę, czy tylko w naszej wyobraźni, z pewnością został on stworzony przez tego samego Boga.

Polecam przeczytanie książek Tolkiena i Lewisa przed sięgnięciem po filmy. Trudno bowiem doszukiwać się w ekranizacjach jednego i drugiego dzieła tak wyraźnych odniesień do Ewangelii, które zawarli autorzy. Sprawa jest jeszcze bardziej podejrzana przy ekranizacji Hobbita. W sumie co to za pomysł, by trzystustronicową „broszurę” rozpisać na 9 godzin filmu? Jeśli jednak tak wiele Boga znajdziemy w powieściach, możemy także, choćby dla zwykłego porównania, obejrzeć filmy, w celu doszukiwania się w nich pierwiastków Boskich.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Aslan, kadr z filmu, ilustracja dostępna między innymi tu: http://id.wikipedia.org/wiki/Aslan
2. Gandalf i Balrog, autorstwa Flavio Hoffe, źródło (oficjalna strona autora): http://www.flaviohoffe.com/2008/11/14/teste/

Kategorie: Świat i Kościół | Tagi: , , , , | 2 komentarzy

Czy w niedzielę można iść do kina?

Temat wypłynął kiedy, korzystając ze świąt Bożego Narodzenia, wybrałem się z Żoną na „Hobbita…” do kina. Po powrocie zamieściłem na Facebooku krótką opinię w związku z moimi przeżyciami, ale dyskusja pod wpisem ominęła temat samego filmu, a rozwinęła się wokół pytania: Czy w święta można chodzić do kina? Ponieważ pojawiały się zarówno argumenty za, jak i przeciw, postanowiłem przemyśleć sprawę i rozpisać się szerzej na blogu.

Temat ma, jak już zauważyłem, dwie strony. Pojawiają się zarówno argumenty za, jak i przeciw chodzeniu do kina w niedzielę, czy w święta. Nie mogę też zaprzeczyć, że poniekąd obie strony mają trochę racji. Zastanówmy się zatem najpierw, czym w ogóle jest niedziela i czy święta Bożego Narodzenia są ważniejsze od niedzieli. Otóż wiemy, że tydzień chrześcijanina swój najważniejszy punkt ma właśnie w niedzielę. W kalendarzu liturgicznym każda niedziela ma rangę uroczystości, zatem zajmuje pierwsze miejsce nie tylko w samym tygodniu, ale i w życiu chrześcijanina. Mówi się nawet, że celebracja niedzieli jest jeszcze ważniejsza, niż uroczystość Narodzenia Pańskiego czy Wielkanoc. To w psychice ludzi i w sakro-laickim sposobie życia utkwione jest przeświadczenie, że Boże Narodzenie jest ważniejsze niż „przeciętna” niedziela, że zatem w Boże Narodzenie sklepy muszą być zamknięte, a w niedzielę nie.

W każdym razie wiele osób, w tym „weekendowo” nauczyciele, uczniowie i studenci (wyłączając zaocznych), ale też pracownicy innych firm, w niedzielę ma wolne od pracy. Niedziela bowiem jest dniem odpoczynku, już nie tylko chrześcijańskiego, ale i zupełnie świeckiego, choć tradycja wzięła się z założeń Kościoła. Niedziela jako Dzień Pański jest też dniem świętowania, odwiedzin w Domu Pana, spotkania z najlepszym Przyjacielem, którym powinien dla nas być Jezus Chrystus. Zarówno niedziela, jak i pozostałe uroczystości, to – oprócz dnia oddania czci Bogu – dzień, który spędzać należy w gronie osób, które się kocha, wspólnie wypoczywając, a nie niepotrzebnie pracując. Niedziela nie powinna być zatem ani dniem dorabiania sobie, ani dniem robienia zakupów, ani dniem sprzątania mieszkania, robienia prania itp. W niedzielę i święta odpoczywamy wspólnie z rodziną.

rodzinaSą jednak różne formy odpoczynku i tu zaczyna się kontrowersja. Miłe jest bowiem udanie się w taką niedzielę, po kościele, w gronie najbliższych, do restauracji na obiad. Albo do kawiarni na lody. Jest to dobry sposób na odpoczynek, przy czym musimy zauważyć, że skoro jedni chcą sobie zjeść obiad w restauracji, drudzy muszą w tym czasie w restauracji pracować. Albo rzeczone kino: komuś przychodzi do głowy pójść w niedzielę z rodziną do kina. Może być też Boże Narodzenie – my byliśmy w kinie z moim szwagrem i jego żoną, a była to naprawdę wyjątkowa okazja, by się z nimi integrować, poza świętami bowiem nie spotykamy się właściwie wcale. Zatem przychodzi nam do głowy wyjść do kina i jest to wartościowy sposób spędzania niedzielnego wypoczynku. Ale pamiętać należy, że w tym czasie w tym kinie, choćby było Boże Narodzenie, pracują inni ludzie.

Rozważmy argumenty, które się pojawiają przeciw jedzeniu w restauracji czy rozrywaniu się w kinie/w teatrze w czasie niedzieli czy świąt. Niektórzy pytają, czy nie lepiej dla wszystkich byłoby spędzić ten dzień z rodziną w domu, by pozwolić pozostałym odpocząć; czy zatem nie lepiej pójść do kina lub restauracji w innym dniu, który nie jest niedzielą? Problem polega na tym, że wiele rodzin nie ma autentycznie możliwości wybrania się do kina w dniu innym, niż niedziela. Jeśli rodzice pracują do późna, często także w soboty, niedziela jest jedynym dniem by móc oddać się tego rodzaju rozrywce. Poza tym musimy pamiętać, że niedziela jest dniem radości, dniem świętowania. Zarówno kontaktu z Bogiem, jak i z najbliższymi. Bzdurą byłoby zatem traktowanie tej radości w sposób ascetyczny: odmówię sobie rozrywki, wyjścia do kina czy obiadu w restauracji, żeby ktoś inny nie musiał dla mnie pracować. Jeśli radość, to nie asceza, tak mi się wydaje. A jednak, żebyśmy się mogli radować, ktoś inny musi pracować.

Całą odpowiedź na podany dylemat daje nam Katechizm Kościoła Katolickiego i poniżej przytoczę cztery punkty, z których w tym miejscu możemy skorzystać.

2184 Jak Bóg „odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2, 2), tak również życie ludzkie składa się z pracy i odpoczynku. Ustanowienie dnia Pańskiego przyczynia się do tego, by wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęcić życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu.

2185 W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni powinni powstrzymać się od wykonywania prac lub zajęć, które przeszkadzają oddawaniu czci należnej Bogu, przeżywaniu radości właściwej dniowi Pańskiemu, pełnieniu uczynków miłosierdzia i koniecznemu odpoczynkowi duchowemu i fizycznemu. Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego. Wierni powinni jednak czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia.

Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę.

2186 Chrześcijanie dysponujący wolnym czasem powinni pamiętać o swoich braciach, którzy mają te same potrzeby i te same prawa, a którzy nie mogą odpoczywać z powodu ubóstwa i nędzy. W pobożności chrześcijańskiej niedziela jest tradycyjnie poświęcona na dobre uczynki i pokorne posługi względem ludzi chorych, kalekich i starszych. Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia. Niedziela jest czasem refleksji, ciszy, lektury i medytacji, które sprzyjają wzrostowi życia wewnętrznego i chrześcijańskiego.

2187 Świętowanie niedziel i dni świątecznych wymaga wspólnego wysiłku. Każdy chrześcijanin powinien unikać narzucania – bez potrzeby – drugiemu tego, co przeszkodziłoby mu w zachowywaniu dnia Pańskiego. Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego. Wierni powinni czuwać z umiarkowaniem i miłością nad tym, by unikać nadużyć i przemocy, jakie rodzą niekiedy rozrywki masowe. Pomimo przymusu ekonomicznego władze publiczne powinny czuwać nad zapewnieniem obywatelom czasu przeznaczonego na odpoczynek i oddawanie czci Bogu. Pracodawcy mają analogiczny obowiązek względem swoich pracowników.

Z punktu 2184 już dowiadujemy się, że odpoczynek niedzielny (i świąteczny) łączy się z poświęceniem się życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu. Specjalnie podkreśliłem słowo „kulturalnemu”, ponieważ ukulturalnianie się związane być może z czytaniem książek i oglądaniem wartościowych programów czy filmów w telewizji, ale też z wychodzeniem do kina, teatru czy opery. W punkcie 2185 czytamy, że w niedziele i święta należy się powstrzymać od zajęć uniemożliwiających oddawanie czci Bogu czy odpoczynek. Jednak dowiadujemy się także, że „Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego„. Czy praca w restauracji, teatrze czy kinie jest ważnym zadaniem społecznym? Śmiem twierdzić, że tak, podobnie jak – niestety – praca na stacji benzynowej, czasem bowiem komuś w podróży braknie benzyny i w niedzielę. „Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę” – to zdanie można by zapisać gdzieś na wieczną rzeczy pamiątkę, doskonale bowiem obrazuje to, czym jest praca w niedzielę.

kino-1Z punktu 2186 wyciągnę to zdanie: „Chrześcijanie powinni także świętować niedzielę, oddając swojej rodzinie i bliskim czas i staranie, o które trudno w pozostałe dni tygodnia„. Tu widzimy to, o czym wspomniałem już wcześniej: że wiele rodzin nie ma dla siebie czasu w dni poza niedzielą. Że niedziela może być jedynym dniem, w którym można pójść do kina z dziećmi, albo z żoną na randkę, w pozostałe bowiem dni ciężko się pracuje. Bardzo jednak ważne zdanie przeczytamy wreszcie w punkcie 2187 i ono powinno nam wystarczyć za podsumowanie: „Gdy zwyczaje (sport, rozrywki itd.) i obowiązki społeczne (służby publiczne itp.) wymagają od niektórych pracy w niedzielę, powinni czuć się odpowiedzialni za zapewnienie sobie wystarczającego czasu wolnego„. Wynika z tego zatem, że nie każda praca w niedzielę jest niekonieczna. Ogólnie pojęte wręcz zwyczaje są tutaj ukazane jako coś, co sprawia, że w niedzielę należy udać się do pracy. Sport i rozrywki to właśnie te ukulturalniające sprawy, z których korzystać mogą w radości osoby spędzające, świętujące niedzielę. Druga część zdania jest tu jednak kluczowa. Otóż nawet ten, kto w niedzielę czy święta pracuje, ma obowiązek tak zagospodarować czas pracy, by mieć wystarczająco dużo czasu na odpoczynek. By, zapewne, mieć czas na oddanie należnej czci Bogu i spędzenie czasu ze swoimi bliskimi.

Jak to ma się do chodzenia do kina w Boże Narodzenie (25 grudnia, 26 bowiem to tylko tradycyjne święto, ale już żadna uroczystość)? Rozumiem doskonale dylemat, bowiem Boże Narodzenie jest specyficznym dniem, w szczególny sposób rodzinnym i każdemu należy się możliwość spędzenia tego dnia z bliskimi. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie by człowiek, jeśli tego dnia musi pracować, czy to w służbach publicznych (policja, służba zdrowia), czy w rozrywce i sporcie (kino, teatr, mecze piłkarskie), czy wreszcie w gastronomii (restauracje czy zwykłe McDonaldy), zagospodarował sobie wystarczająco dużo czasu na wizytę w kościele i rodzinne śniadanie, czy obiad, a w ostateczności – po powrocie z pracy – kolację. Zdecydowanie trudniej jest świętować, kiedy trzeba pracować. Pamiętajmy jednak, że niektórzy muszą pracować, żeby inni mieli możliwość należycie odpocząć. My zaś, którzy z tych form odpoczynku korzystamy, powinniśmy okazywać wdzięczność w życiu codziennym i w modlitwie osobom, dzięki którym możemy prawdziwie świętować.

____________________________________

We wpisie zastosowano następujące ilustracje:
1. Ikona Świętej Rodziny napisana dla Equipes Notre-Dame przez siostrę Marię-Paulę (dziś także oficjalna ikona ruchu Domowego Kościoła), źródło: http://oazarodzinwieliczka.wordpress.com/category/ikona-swietej-rodziny-oaza-rodzin/
2. Fotografia neonu „Kino”, dostępna między innymi: http://www.ilkino.it/il-programma-di-aprile/

Kategorie: Duchowość i moralność | Tagi: , , , , | 29 komentarzy

Józef

Kilka lat temu napisałem bożonarodzeniową notkę o Maryi. Nazwałem ją „Marysia” i przedstawiłem hipotetyczną sytuację, w której nastolatka zamiast przyjąć zwiastowane jej, z Boga poczęte dziecię, decyduje się pozbyć go, by nie mieć z jego tytułu kłopotów. Nie pomyślałem chyba wówczas nawet o tym, co podkreślał wielokrotnie mój długoletni czytelnik i komentator Zgredzik, że w prawie żydowskim normą była „aborcja płodu wraz z matką”, czyli kamienowanie kobiety będącej w ciąży za sprawą kogokolwiek innego niż tylko własnego męża. A dziś chciałbym skupić się na roli męża w całej tej historii.

Święty Józef, mąż Maryi, matki Jezusa, był postacią przez wiele wieków traktowaną bardzo pobocznie. Występuje wszak do pewnego momentu życia Jezusa, w czasie Jego dzieciństwa, a potem znika. Na łamach Pisma Świętego nie wypowiada ani jednego słowa. Postać pozornie mało znacząca. Niedawno jednak Józef stał się osobą często omawianą, często przywoływaną. Mnóstwo kazań czy rekolekcji skupia się na postaci Józefa gdy trzeba powiedzieć o ojcostwie czy małżeństwie, o wierności żonie. Dla mnie osobiście, chociaż milczący, Józef również stanowi wzór prawdziwego męża i ojca.

W starożytnym Izraelu i jeszcze wiele, wiele wieków później, praktycznie do czasów nam współczesnych, młode kobiety nie miały wiele do powiedzenia jeśli chodzi o ich uczucia czy dar miłości. Ich rodzice, mając nad nimi realną władzę, wydawali je za mężczyzn, za których wydać się je opłacało. Wielokrotnie za mężczyzn znacznie starszych niż one same, wymagających bezwzględnego posłuszeństwa i oddania, także cielesnego. Podobnie było prawdopodobnie i z Maryją. W kolędzie śpiewamy o Józefie, że był stary – i prawdopodobnie rzeczywiście był od swojej żony starszy o kilkanaście, może kilkadziesiąt lat. Zanim Maryja za sprawą Ducha Świętego zaszła w ciążę, Józef już był jej mężem, choć nie przeprowadzono jej jeszcze do niego – zaślubiny w Izraelu odbywały się w dwóch etapach: najpierw ślub, potem przeprowadzka – a zatem do współżycia nie doszło (stąd to sławetne „nie znam męża”, chociaż przecież już go znała). Kiedy Józef dowiedział się o tym, że jego znacznie młodsza małżonka jest w ciąży, chciał ją oddalić. Nie było to równoznaczne z przysługującym mu prawem wydania na ukamienowanie, ale nawet jeśli Maryja przeżyłaby tę sytuację, do końca życia byłaby wytykana palcami jako matka bękarta, oddalona przez męża, wydana na pośmiewisko.

St Joseph taking care of JesusDo Józefa przyszedł jednak anioł, by powiedzieć mu jak cała sytuacja wyglądała. Oczywiście nie wiemy, czy gdyby nie zwiastun z niebios, Józef postąpiłby podobnie przemyślawszy sprawę, ale wiemy o tym, że wkrótce Józef wziął ją do siebie – zatem przyjął Maryję jako swoją prawowitą małżonkę. Potem oboje wybrali się na spis ludności do rodzinnego miasta Józefa – Betlejem. Niektórzy mówią (dziś słyszałem, jak w ten sposób mówił Robert Friedrich w głoszonych wraz z Adamem Szustakiem OP rekolekcjach adwentowych), że Józefa i Maryi nie przyjęto w gospodzie, bo wiedziano o nim, iż wziął sobie kobietę w ciąży, co było uważane za zniewagę i nie chciano mieć z nim nic wspólnego. Osobiście myślę inaczej. Myślę, że Józef „wziął ją do siebie” na tyle szybko, że nikt wcale nie musiał wiedzieć, iż Maryja była w ciąży już uprzednio. Owszem, po tym jak życie Jezusa się wydarzyło, wiele osób dowiedziało się, jaka była prawda. Na początku jednak sam Józef rozegrał wszystko tak, by wyglądało jakby Maryja stała się brzemienną za jego sprawą, a nie za sprawą Ducha Świętego. Prawnie zatem to Józef był ojcem Jezusa, o czym świadczy choćby rozmowa Maryi z dwunastoletnim Jezusem w świątyni w Jerozolimie: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

Józef, choć był starszym od Maryi mężczyzną, który miał – owszem – opiekować się nią i troszczyć, ale również miał do niej prawo i mógł nią zarządzać jak własnym dobrem, przyjął nie tylko ją pod swoje pełne miłości ramiona. On również wziął jej dziecko, przyjął je jako swoje i tak też, prawdopodobnie, mówił innym. Moim zdaniem to świadczy o tym, że nie tylko Maryja sama została uprzednio wybrana przez Boga na matkę Zbawiciela. Również i Józef, w rzeczywistości opiekun, według prawa ojciec Jezusa był wcześniej przez Boga do tej roli przygotowany.

Józef staje się dla nas wzorem męża idealnego. Jest w stanie kochać swoją żonę tak, że kocha, wychowuje i kształci jej dziecko, przyjmując je z pełną odpowiedzialnością jako swoje. Jezus stał się prawdziwie synem Józefa, bo Józef postanowił przyjąć Go jako swojego syna. Czego uczy mnie postawa Józefa? Tego, że – jeśli kocham swoją żoną naprawdę – jestem gotów przyjąć każde jej dziecko jako swoje, nawet jeśli nie będzie ono w rzeczywistości moje.

Gdybyśmy dopiero szukali dla siebie żony i pokochalibyśmy kobietę, która jest w ciąży, nie za naszą sprawą, albo która ma już dziecko czy dzieci, czy potrafilibyśmy – tak jak Józef – zaufać Bogu i przyjąć jej dzieci jako swoje?

Tak często słyszy się o mężach, którzy opuszczają swoje żony – tak, dzieje się to do dzisiejszych czasów! – kiedy te zostają zgwałcone, tak jakby stawały się nieczyste, winne swojego nieszczęścia. Nie mówiąc już o przyjmowaniu dziecka pochodzącego z tego gwałtu jako swojego. Czy my, gdyby nasza żona została zgwałcona i w wyniku tego gwałtu zaszła w ciążę, próbowalibyśmy wymóc na niej aborcję, czy też zaufalibyśmy – tak jak Józef – Bogu i przyjęlibyśmy to dziecko jako nasze?

Jeśliby wreszcie nasza żona zdradziła nas i w wyniku zdrady zaszła w ciążę. Potem przyszłaby do nas i w żalu wyznała nam to wszystko. Albo chciałaby odejść, by samotnie lub z nowym partnerem zająć się dzieckiem. Czy odtrącilibyśmy ją, czy może – tak jak Józef – zaufalibyśmy Bogu i zabiegalibyśmy o dobro, o miłość naszej małżonki, przyjmując jej dziecko, pochodzące ze zdrady, jako swoje?

Mam wielką nadzieję i wierzę w to mocno, że – mimo może rozgoryczenia, złości, smutku, żalu i wielu innych uczuć mogących towarzyszyć każdej z powyższych sytuacji – odpowiedź w moim przypadku zawsze brzmiałaby „tak”. Tak, bo moim wzorem jest Józef, mąż Maryi, który – choć miał wiele praw – nie skorzystał ze swoich przywilejów, lecz wziął Maryję i jej dziecko do siebie, stając się Jego prawdziwym ojcem.

I wreszcie, na koniec, pytanie: czy, będąc ojcami naszych dzieci i dzieci naszej żony, mamy dla tych dzieci czas? Czy jesteśmy dla nich naprawdę, oddani w całości, czy może znikamy rano, gdy jeszcze śpią, wracamy z pracy wieczorem, gdy już śpią, a nawet jeśli jesteśmy obok nich, to rzeczywiście jest to obok, a nie z nimi? Ja czasem wychodzę bardzo rano i wracam bardzo wieczorem. Mogę przez cały dzień nie zobaczyć swoich dzieci. Nie znoszę takich dni i dlatego walczę o możliwość przeprowadzki na wieś, skąd do pracy będę miał 10 minut jazdy, a nie dwie godziny. Bo pragnę, tak jak Józef, być prawdziwym, oddanym ojcem swoich dzieci.

Niech w te święta Bożego Narodzenia postać Józefa prowadzi nas do poznania prawdy o naszym małżeństwie i rodzicielstwie.

Kategorie: Bóg i miłość | Tagi: , , , , | 2 komentarzy

Pożegnanie dziecka nienarodzonego

Minęły już dwa miesiące odkąd dowiedzieliśmy się o tym, że nasze trzecie Maleństwo nie żyje. Sądzę, że póki sprawa jest jeszcze dość świeża, ale już nie tak bolesna, warto napisać kilka słów o sytuacji ojca w radzeniu sobie z tak przykrym zdarzeniem.

Jestem mężczyzną, ojcem, a co za tym idzie – nie ulega to wątpliwości – dziecko w łonie matki jest dla mnie większą abstrakcją, niż to poza jej łonem, jak i większą abstrakcją niż dla matki tego dziecka. To kobieta nosi w swoim łonie maleństwo, czuje je, jak wpływa na jej organizm, na jej codzienność, wreszcie czuje jego ruchy. Ale nie jest prawdą, że świadomy i kochający mężczyzna nie ufa swemu ojcostwu do momentu porodu. I ja od samego początku kochałem każde z moich dzieci, i ja troszczyłem się i rozmawiałem z tymi, których nie widziałem. Podobnie było z Trzecim, które towarzyszyło nam od momentu poczęcia – nie tylko mojej Żonie, ale nam, razem, a także naszym pozostałym dzieciom. I Synek modlił się za Maleństwo przy codziennej modlitwie, i całował brzuch mamy na dobranoc. Podobnie troszczył się kiedy w brzuchu była Córka i dlatego nie było dla niego niespodzianką, kiedy wreszcie się urodziła. Ja o naszym Trzecim wspomniałem tu, na blogu, kiedy jechaliśmy z Żoną do Paryża. To było nasze jedyne dziecko, które nam w tej podróży towarzyszyło.

Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że zmarło. Trzeba było wszystkim powiedzieć; wszystkim tym, którzy już wiedzieli o jego istnieniu. Trzeba było załatwić sprawy medyczne. Trzeba było zagospodarować dzieci na ten czas (tu dziękuję szczególnie mojej dalszej rodzinie, w tym mojemu Bratu i jego Żonie). Trzeba było oczywiście również zająć się sprawami pogrzebu. To zadanie spłynęło więc na mnie.

żałobaRodzice dziecka poronionego mają prawo do normalnego pogrzebu. Aby go jednak dokonać, należy załatwić rejestrację narodzin i zgonu w urzędzie. W tym przypadku sytuacja jest bardzo skomplikowana, ponieważ urząd nie zadowala się nazwą „płód” w swoich zapiskach. Potrzebuje mieć płeć i imiona dziecka. Jeśli płci nie da się określić, urząd w Warszawie (nie wiem jak jest w innych miejscach) życzy sobie określenia płci na drodze badań genetycznych. Na szczęście szpital idzie rodzicom na rękę i nie każe płacić za drogie badania, lecz pozostawia ciało dziecka u siebie przez czas, jaki byłby potrzebny na przeprowadzenie badań, a następnie wpisuje płeć domniemaną przez rodziców. Jest to ciekawy sposób walki z biurokracją (o którym wiedzą nawet pracownicy urzędu), który niestety znacząco opóźnia sprawy pogrzebowe. Kiedy płeć jest już zadeklarowana, w urzędzie trzeba zapisać imiona dziecka. Byłem tam, załatwiałem sprawy i imienia nadawać nie chciałem. Stwierdziłem bowiem, że Maleństwo jest nieochrzczone, a w tradycji chrześcijańskiej imię nadaje się w momencie chrztu. Wiedzieliśmy wprawdzie jak chcieliśmy, żeby Maluszek miał na imię, ale oficjalnie nie używaliśmy tego imienia i stwierdziłem, że jego imię zna Bóg. W urzędzie nie miałem jednak wyjścia, musiałem imię nadać, albo zdecydować, by zostało nadane losowo przez urząd. Zapisałem więc imiona, które nasze Trzecie dzieciątko miałoby, gdyby się urodziło i gdyby było tej płci, którą zadeklarowaliśmy. Zorientowaliśmy się jednak ostatnio, że mimo imion w dokumentach my nadal mówimy o naszym dzieciątku Maleństwo lub Maluszek. Mimo że w kwestii nadawania imion mieliśmy odmienne zdania.

Pozostaje jeszcze kwestia pogrzebu. Na początku byliśmy pewni, że chcemy pochować naszego Maluszka sami. Kiedy jednak dowiedziałem się jak mają się sprawy w stolicy, zwątpiłem. Wykup jednego miejsca na cmentarzu to około 3000 złotych. Oczywiście, nie chciałbym być skąpcem jeśli chodzi o sprawy moich dzieci, ale na taki wydatek nie byłem przygotowany. Pojawił się pomysł pogrzebu we wspólnej mogile na terenie dziadków, ale nie widzieliśmy siebie jeżdżących tam po to, by odwiedzić grób naszego Maluszka. Jest jeszcze opcja zostawienia ciała w szpitalu, gdzie zostanie pochowane wraz z innymi utraconymi dziećmi we wspólnej mogile. Rozważaliśmy także tę opcję, choć było nam trudno pogodzić się z takim bezosobowym traktowaniem naszego dziecka. Ale potem pomyśleliśmy, że w sumie zamierzamy się wkrótce przeprowadzić na wieś. Rozpoczynanie zaś życia na wsi poprzez stawianie tam grobu nie jest zaś może zbyt konwencjonalne, ale dobre jak każde inne. Widzę w tym interwencję Bożą, ponieważ pojawiły się wokół nas osoby, które poświęciły swój czas i wysiłek, by pomóc nam rozwiązać nasz problem. Mój znajomy z pracy, zamieszkujący właśnie w tamtej parafii na wsi, postanowił porozmawiać z księdzem na nasz temat. Okazało się, że proboszcz na wsi może udostępnić miejsce na cmentarzu zupełnie za darmo – oczywiście zwróciwszy uwagę na nasz trudny stan. Grabarz pracował po kosztach, zakład pogrzebowy też wziął mniejszą stawkę i tak udało nam się zamknąć w naprawdę niewielkiej sumie. Dziękuję w tym miejscu wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc nam. Należy również oddać chwałę Bogu, który, jestem o tym przekonany, w zdecydowany sposób tu interweniował.

A do pogrzebu przysługuje rodzicom zmarłych dzieci zasiłek pogrzebowy; ja jeszcze go nie odebrałem, ale myślę, że warto o nim przypomnieć wszystkim rodzicom borykającym się ze śmiercią dziecka. Oznacza to, że jeśli pomyśli się odpowiednio, zwróci do odpowiednich ludzi i do Bożej opatrzności, nie trzeba się martwić kosztami pochówku swojego zmarłego dziecka. Nie w tym rzecz, by pieniądze były jakimś ogromnym problemem. Ale dużo łatwiej – każdemu, jak sądzę – jest przeżywać śmierć kogoś bliskiego, a zwłaszcza własnego dziecka, gdy nie trzeba przy okazji martwić się finansami.

Pogrzeb odbył się z opóźnieniem, spowodowanym właśnie kwestiami urzędowymi. Pojechaliśmy na wieś wraz z naszymi dziećmi, które przeżyły śmierć braciszka albo siostrzyczki na swój sposób. Mogliśmy zakończyć nasze sprawy, przeżyć naszą żałobę. Dziś mam nadzieję, że Pan Bóg lituje się nad dziećmi nienarodzonymi, które nie miały chrztu. Że nie karze dzieci za grzech pierworodny, na którego zaistnienie i trwanie w nich nie miały wpływu. I mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się w niebie z naszym Maluszkiem. I wtedy poznamy jak naprawdę ma na imię.

Przy okazji pomyślałem sobie, że wszyscy w jakiś sposób możemy nazywać się dziećmi śmierci. Ja istnieję, bo ktoś przede mną umarł, torując tym samym drogę do mojego zaistnienia. Każdy z nas ma za sobą przynajmniej jedną taką śmierć, a prawdopodobnie znacznie więcej. Teraz czas nam myśleć o następnym dzieciaczku. I zdajemy sobie sprawę, że żadne z naszych kolejnych dzieci nie byłoby tym, kim będzie, gdyby jedno z ich rodzeństwa wcześniej nie umarło.

Kategorie: Ku chwale innych | Tagi: , , , , | 4 komentarzy
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 616 other followers